Kanał RSS
Subskrybuj kanał - Doxa Przemysław Słomski
Subskrybuj
Sponsored Links
Kontakt z autorem …
... jest bardzo prosty ... przemyslaw malpeczka slomski kropeczka us
Liczniki długów
Dług publiczny Polski
 PLN

USA - Gross National Debt

Archiwum kategorii ‘Ważny Wpis’

Prognozy

Wednesday, 4 January 2012

Z racji nowego roku eksperci oraz ‘eksperci’ lubią stawiać prognozy. Moim zdaniem najbardziej trafnie ocenia rzeczywistość kolega Rybiński. Trudno o jeden linkowanie do jednego wpisu, warto zapoznać się z ostatnimi wpisami. Ujmując krótko, świat (a szczególnie Polska) będzie dryfować w kierunku Grecji i Węgier.

Codziennie ktoś pyta mnie ile będzie kosztować złoto. Gdybym wiedział na pewno, to grałbym na forexie z dźwignią 100x i po paru miesiącach przeszedłbym na zasłużoną emeryturę jak spracowany, trzydziestoparoletni policjant. Trudno określić, jak kształtować się będą ceny kruszców w krótkim horyzoncie czasu, ponieważ kurs podlega błądzeniu przypadkowemu, jak każda akcja spółki. Jeżeli dojdzie do panicznej wyprzedaży na giełdach, to ceny złota polecą gwałtownie w dół. Jeżeli dojdzie do kolejnej wojny w Zatoce, to złoto pofrunie w górę razem z ropą. Tak więc jest to typowa prognoza góralska – albo będzie lało, albo nie będzie.

Na szczęście dla mieszkańców Polski, którzy posiadają złoto oraz na nieszczęście tych, którzy są za głupi, żeby je mieć, w Polsce walutą jest złotówka, która charakteryzuje się tym, że trafnie oddaje stan gospodarki. Mówiąc krótko, złotówka pod względem swojej natury to szmata, i wcale nie różni się od złotówki Generalnej Guberni czy złotówki PRL. Wszelkie zaburzenia (a tych w 2012 czeka nas sporo) odbijać się będą na kursie złotówki do dolara, w którym z kolei wyceniane jest złoto. A to oznacza, że jeżeli w panice będzie spadać cena złota, to towarzyszyć jej będzie wyprzedaż i osłabienie złotówki, a to skompensuje spadek cen wyrażonych w dolarach. A gdy złoto poleci w górę przy okazji jakiejś wojenki w Iranie, to złotówka też się zeszmaci i złoto w Polsce poleci w górę jak na lewarze.

Innymi słowy, złoto jest najlepszym zabezpieczeniem przed zeszmaceniem złotówki, lepszym niż lokowanie w walutach obcych, które z natury są również walutami papierowymi i w dłuższym okresie czasu tracą wartość nabywczą.

Nie wykluczam, że przy sytuacji sprzyjającej (posiadaczom złota) zobaczymy jego ceny pod koniec roku na poziomie 10 000 PLN. W scenariuszu pesymistycznym będzie to 6 000 PLN. To moje widełki – czas pokaże na ile trafne.

Niestety są i wiadomości niekorzystne dla posiadaczy złota w Polsce. Pewne jest, że w tym roku dojdzie do spektakularnych przekrętów na Allegro oraz do implozji Schematu Ponziego, opartych na ‘inwestowaniu’ w złoto. Poszkodowanych ludzi będzie sporo, co na pewno odbije się szerokim echem w mediach. Z pewnością będzie to w smak mniej zamożnym rodakom, którzy jak powszechnie wiadomo cieszą się, gdy ‘Żyda szlag trafi’. Jezu, jak to zajebiście, że sąsiadowi stodoła płonie … No i jest to na rękę reżimowi, z ich perspektywy Polacy powinni topić oszczędności w legalnym Schemacie Ponziego obligacjach, a nie w jakimś tam złocie. Gdyby nie chęć utrzymania pozorów wolności gospodarczej, złoto już dawno byłoby zdelegalizowane.

Ilekroć rozmawia się ze zwykłymi zjadaczami mrożonego pieczywa (używając terminologii Rybińskiego) uderza ogromna ignorancja w temacie złota. Część moich rozmówców uważa, że jest to ‘bańka’ i ‘dokonywano nagonki jak na akcje’. Nie widzieli prawdziwej bańki, gdy portier sprzecza się ze sprzątaczką, jakie akcje kupić. Poza tym kto miałby robić taką nagonkę? Dilerzy, którzy mają groszowe marże i zerowe środki na reklamę w mediach?

Słyszałem też przeciwstawne opinie, jakoby złoto było ‘złotym expresem’. Tak naprawdę posiadanie złota to nie inwestycja, ponieważ nie przynosi odsetek. Złoto zabezpiecza przed inflacją – ukrytym podatkiem. Sytuacja, w której złoto uczyniłoby z kogoś bogacza musi wiązać się z ekstremalną sytuacją typu wojna czy naprawdę wysoka hiperinflacja. Co wtedy z tego, że złoto byłoby niesamowicie w cenie, gdy nie ma się pracy i normalnych dochodów, a na zakupy trzeba się wybierać z kawałkami złota. Nikomu nie życzę, aby dorobił się na złocie, raczej tego, by dzięki złotu nie okradł go własnoręcznie wybrany rząd.

Stawianie prognoz krótkotermoniwych jest nudne. O wiele ciekawsze są rozważania długofalowe, prognozy idące w dekady. Najbardziej martwi ryzyko wymierania gatunku ludzkiego, o wiele bardziej niż ryzyko ocieplenia. To nie są bezpodstawne obawy, niezaprzeczalnym faktem jest to, że Polacy wymierają. Gdzie znajduje się dno, jakiś poziom stabilizacji? Czy liczebność Polaków zatrzyma się na 30, a może dopiero na 20  milionach?

Również populacja świata jest zagrożona. Co prawda nadal rośnie, ale w obliczu kurczących się zasobów naturalnych wzrost ten jest ograniczony i w pewnym momencie musi się odwrócić. Co gorsza, ‘Arabska Wiosna’ wskazuje, że młoda część przeludnionych społeczeństw nie będzie spokojnie wymierać z głodu, raczej będzie podrzynać gardła sobie i komu tam jeszcze dosięgnie. Marsz na Europe i desant przez Morze Śródziemne już się dzieje, na razie pokojowo kutrami rybackimi, ale zawsze można je przerobić na torpedowe, a na pokład zabrać kałachy. Oprócz fali populizmu wywołanego światową Wielką Depresją 2.0 jest to największe zagrożenie wiszące nad światem w tej dekadzie.

Share This Post

NYSE

Monday, 8 August 2011

W ostatnim wpisie trafiłem idealnie z tajmingiem. 10/10. Nie będę ukrywał, że piszę to z ogromnym zadowoleniem. Okazuje się, że po raz kolejny potrafię skutecznie przewidzieć zbliżające się wydarzenia, po stokroć lepiej, niż cała banda łże-ekonomistów w mediach. Ludzie, którzy mnie posłuchali kupowali złoto po 600-900 USD/oz i tylko dziś cieszą się kilkudziesięcioma dolarami zysku na uncji – a to jeszcze nie koniec jazdy złota. Ci, którzy mnie posłuchali i nie kupili bzdur o ‘ożywieniu’ nie stracili na giełdzie. Obecnie, tak jak w roku 1932, nie mamy do czynienia z żadnym ‘ożywieniem’ lecz z krótkim okresem korekty w czasie długiej depresji.

To, że DOW spadł dziś o prawie 6% to tylko połowa brutalnej prawdy, jako że indeks wyrażony jest w amerykańskiej łże-walucie. Rzeź wygląda bardziej obrazowo gdy DOW wyrazi się w złocie – spadek wyniósł dziś około 10% i obecnie DOW kupuje tylko 6,3 uncji złota! Lecimy w kierunku DOW na poziomie 1-2 uncji złota.

Wygląda na to, że na wnioski z analizy technicznej wstrzeliła się doskonale informacja o spadku oceny kredytowej USA. Okazuje się nagle, że jest tylko jeden walor o ratingu AAA i jest nim złoto – o ile ktoś go nie ukradnie to kapitał jest całkowicie bezpieczny. W przypadku jakichkolwiek innych walorów, choćby ‘najbezpieczniejszych’ obligacji zawsze jest ryzyko wyparowania wartości.

Należy się dobrze rozumieć – nie ma ryzyka, że USA odmówią spłaty swojego długu. Oni to po prostu zrobią bezwartościową walutą, prosto z drukarki. I tak wiec dziś złoto płaci 0% odsetek. 10 letnie obligacje dadzą 2,31%, z tym, że kapitał zasadniczy utraci większość swojej siły nabywczej – wobec tego obligacje mają oprocentowanie negatywne, mniejsze od 0% płaconego przez złoto. Na tym polega niski rating USA.

Wraz ze spadkiem ratingu Stanów duzi gracze zaczynają się budzić z ręką w nocniku. Roznosi się nieprzyjemny smrodek po firmach, które mają rządzić światem i odnosić wyłącznie zyski. Są na świecie organizacje posiadające sporo kapitału w obligacjach – banki, ubezpieczalnie, fundusze emerytalne czy choćby fundacje. Teraz okazuje się, że znajdują się w sytuacji klientów Madoffa, o tyle lepszej, że co prawda Madoff nie mógł drukować banknotów, ale jeżeli amerykański rząd będzie płacił za obligi świeżą gotówka, to będzie ona bezwartościowa jak banknoty w Monopoly.

Tak więc nadal utrzymuję, że czekają nas ciekawe czasy i to wcale nie koniec jazdy. Ba, ta właściwa jazda nawet się nie zaczęła. Tym, którzy uważają inaczej niż ja, proponuję kupowanie akcji lub krótką sprzedaż kruszców, najlepiej jeszcze z dźwignią finansową.

Share This Post

O co biega na Wyspie

Monday, 27 June 2011

Przez Wielką Brytanię przewala się fala protestów niespotykanych od poprzedniej Depresji. Nawet te strajki z czasów Margaret Thatcher będą nimi przyćmione. Naturalnie w mediach nie mówi się o co właściwie chodzi, naturalnie dlatego, że pismacy sami nie wiedzą.

Pierwszy powód jest identyczny jak taki sam, jak ten który spowodował rewolucję w Egipcie – olej. UK zużyła całe swoje zasoby ropy naftowej na bieżącą konsumpcję i jeszcze się zadłużyła, jakby tego było mało. Obecnie, gdy złoża zarówno ropy jak i kredytu są niemal wyczerpane, gospodarka ma coraz bardziej pod górkę. Tak to wygląda na wykresie:

Morze północne jest już prawie puste. Nafciarze na platformach mogą powoli zająć się wędkowaniem, bo spod dna nie ma już co pompować. (Na marginesie. Z jakiegoś dziwnego powodu nie pokazuje się takich wykresów w TV, nieprawdaż? Ktoś to widział w Fakcie? To może w Wyborczej? A jeżeli nie to dlaczego? Czy ten wykres jest nieprawdziwy? Nie ma znaczenia? )

Warto jeszcze raz spojrzeć na grafikę. Cały ten ogromny zasób został sprzedany, a kasa wpompowana w gospodarkę, dzięki czemu poziom życia mógł być nieporównanie wyższy niż to, co możliwe jest bez ropy. Miałeś chamie złoty róg...

Dokładnie tak samo było i jest w Egipcie. Nadwyżka w produkcji ropy była sprzedawana za granicę w zamian za żywność. Obecnie Egipt jest w spadku wydobycia i więcej zużywa na własne potrzeby niż produkuje. Do przeszłości należy sytuacja, gdy Egipcjanie mieli sponsorowane jedzonko i mogli się rozmnażać jak stonka. Coś jak kolonia bakterii na szalce Petriego, gwałtownie się rozrastająca gdy pożywienia jest pod dostatkiem. To straszne i zabawne, ale ludzkość w sensie biologicznym ma ten sam rozsądek i kieruje się tymi samymi pryncypiami co kolonia bakterii. Żreć aż się wszystko zeżre a potem najwyżej się zdechnie.

I teraz drugi (wtórny) powód niepokojów- cięcie tego całego socjału, sponsorowanego przez ropę z Morza Północnego i zadłużanie kraju. Nowy rząd doszedł do władzy w UK pod hasłami cięcia socjału. Przywileje ma kilkanaście procent społeczeństwa, większość jest im przeciw, ale te kilkanaście procent, gdy jest odcinane siekierami od koryta, potrafi nieźle wierzgać. A strajk kilkunastu procent społeczeństwa potrafi nieźle skomplikować życie całej reszcie.

Rząd UK zdaje sobie sprawę, że są tylko dwa wyjścia – albo ciąć wydatki ‘do kości’ albo podzielić los Grecji. O to toczy się gra! Brytyjczycy są prawdopodobnie najbardziej inteligentnym społeczeństwem świata i nie chcą iść w ‘scenariusz południowy’. Oczywiście dobro kraju ma gdzieś te kilkanaście procent, którym poziom życia spadnie, i którym ‘bliższa ciału koszula’.

Warto też zwrócić uwagę, że UK to nie jest kraj typu ‘demokratycznego’. Demokratycznych krajów dziś już nie ma, są tylko kraje o fasadzie ‘demokratycznej’, czyli zwykłe oligarchie, w których rządzą politycy wybrani są dzięki pieniądzom oligarchów. Wyborcy są potrzebni tylko do oddania głosu w taki sposób, jaki został zareklamowany w TV, najlepiej na jedną z dwóch partii, gdzie obie są sponsorowane przez tych samych oligarchów. Tymczasem UK nadal jest monarchią i nadal istnieje poczucie odpowiedzialności za kraj.

Obecnie cały świat jest jedną wielką beczką prochu i obawiam się, że lont został już odpalony. To co się dzieje jest pewnego rodzaju laboratorium – poszczególne kraje objęte niepokojami społecznymi objęte są nimi z powodu lokalnych Peak Oil’ów. Wkrótce cały świat będzie miał ten sam problem (końca ropy) i doświadczać będzie tych samych zjawisk społecznych (bunt zbiedniałych a nawet wygłodniałych mas). A im więcej zasobów będzie zaangażowanych w scenariusz libijski, tym trudniej będzie znaleźć zasoby konieczne do wdrożenia rozwiązań koniecznych do przejścia do gospodarki post-oil’owej.

Share This Post

Obama

Sunday, 29 May 2011

Z dużą dozą niesmaku przyglądam się wizycie Obamy w Polsce. Co za żenada. Przede wszystkim rzuca się w oczy pogarda rządzących do tych, którzy ich wybrali i którzy łożą na ich wypłaty. Typowa bananowa republika odwiedzana przez możnowładcę – lokalny lennik usuwa plebs i pachołków z gościńców, aby gość nie musiał oglądać ich prostackich gęb. Polscy politycy takim zagraniem poniżają wszystkich obywateli swojego kraju. Jak ktoś z komentatorów zauważył, przypomina to wizytę w Afganistanie i brakuje tylko czołgów ochraniających pałac prezydencki.

Ciągle powraca temat wiz dla Polaków. Obama kręci coś w tym temacie i ściemnia, że ‘pracuje nad tym’. Obiecuje, że jeszcze będziemy kupować ciuchy z China na 5 Alei w Nowym Jorku… Cała ta żenująca sytuacja, wiele razy przeze mnie opisywana, dosadnie pokazuje jak żenująca jest polska polityka zagraniczna – sprowadza się do odbierania telefonów z centrali i wykonywania poleceń. Jeżeli się chce osiągnąć jakiś cel, to najpierw stawia się żądania a potem spełnia się prośby, np. ‘wyślemy chłopców do Afganistanu, jeżeli dostaniemy 10 000 zielonych kart rocznie dla Polaków. To jest jak najbardziej realne żądanie, istnieje program NACARA, który daje taki przywilej mieszkańcom Ameryki Centralnej i byłego Związku Radzieckiego. I dopiero po spełnieniu żądania lub jego części można wysyłać żołnierzy.

Oprócz mnie absurdalność tej sytuacji zauważył również prof. Kuźniara. Warto zapoznać się z wywiadem z nim, w którym wypowiada się bardzo dosadnie – w relacjach z USA czasem byliśmy jeleniami. Aż przyjemnie czytać słowa prawdy i fajnie jest widzieć, że choć jeden człowiek w Polsce rozumie, co tak naprawdę się dzieje. I tak jak w przypadku mojego bloga, gdy na przykład piszę o dymaniu Polaków przez kler, prawda w oczy kuje. W tym przypadku odezwał się Lis, który skrytykował ‘zbrodnię antyamerykanizmu’.

Co ciekawe, jak zwykle fenomenalnym instynktem politycznym wykazał się Wałęsa. Ten facet nie przestaje mnie fascynować jako przykład prostego człowieka, obdarzonego pewna formą daru. Wałęsa jest samorodnym talentem jak Himilsbach. Wałęsa powiedział: z tym człowiekiem nie było o czym dyskutować. Oczywiście! Obama jest czarną maskotką i marionetką oligarchów, tak został zdemaskowany przez Westa, faceta czarnego, ale z umysłem jak brzytwa (są tacy murzyni, osobiście takich spotkałem). West stawia dokładnie takie same zarzuty jak ja – że Ameryka nie jest już ani republiką ani nawet demokracją, lecz krajem rządzonym przez 500 najbogatszych rodzin via polityków, którym fundują kampanie wyborcze.

Istnieje ścisła hierarchia – kilkuset oligarchów, potem kluczowi politycy typu Obama czy Pelosi, reszta administracji, inne republiki bananowe typu Polska, ich administracja i na dole policja i tajne służby próbujące możliwie trzymać za pysk resztkę klasy średniej, przestraszonej utratą tych żałosnych resztek dobrobytu, jakie mieli parę dekad temu. Bajeczki o tym, że żyjemy w krajach demokratycznych, w których ludzie mogą zrzeszać się w partie polityczne i startować w wyborach dobre są dla bardzo małych dzieci. Tacy frajerzy legitymizują tylko cały ten system, bez wsparcia oligarchów są odcięci od mass mediów i jakiejkolwiek szansy na wybór do parlamentu. Ale można powiedzieć – chcesz, to weź i załóż swoją partię i startuj w wyborach.

Nie mogę przejść spokojnie wobec ostatniej dyskusji pod wpisem Adama o Bitcoinach. Adam pisze: Niestety, ale jesteś zakładnikiem fałszywego pojęcia wolności. Dla Ciebie jak widzę wolność to możliwość anonimowego uniknięcia podatków. Niestety taka działalność to po prostu cwaniacka kradzież. Ja wiem, że do Ciebie to nie dotrze, ale osoba uchylająca się bezprawnie od podatków to zwykły złodziej który żyje na koszt innych ludzi.. po prostu pasożyt. Unikasz podatków (bezprawnie) i nazywasz się orędownikiem wolności, ale korzystasz z kraju, w którym jest infrastruktura (przez to masz tańsza produkty w sklepach), korzystasz z systemu prawnego do ochrony Twojego biznesu, dzieci chodzą do szkoły czy przedszkola, korzystasz z policji i w razie wypadku wiesz że przyjedzie po Ciebie karetka.

To smutne, że ludzie naprawdę a to wierzą. Podatki dzielą się na dwie części. Jedna część to opłaty pobierane przez administrację rządową w postaci wszelkiego rodzaju podatków, na przykład podatek za deszcz spadający na dach obywatela. Pieniądze te przeznaczone są na obsługę aparatu państwowego, na socjał, nieco na utrzymanie pierdolnika w ruchu (łatanie lub zarybianie dziur w asfalcie) oraz na obsługę długu publicznego. Całość podatku PIT w Polsce idzie na odsetki od długu, a w większości ląduje w kieszeniach oligarchów.

Druga część podatku to bezpośredni podatek dla oligarchów. Oligarchowie w każdym kraju, czy to w Polsce czy w USA, mają znaczną część wszystkiego wartego posiadania, w tym przemysłu. Kupując alkohol oprócz VATu, akcyzy oraz podatku od dochodu koniecznego do zarobienia na flachę, płaci się również daninę na oligarchów – jest to zysk osiągany przez gorzelnie (należącą do oligarchy A), hutę szkła (należącą do oligarchy B) czy elektrownie i sieci energetyczne (należące do oligarchy C). Nawet pijąc samogon z Hansem Klosem płaci się ten podatek – od cukru wyprodukowanego przez cukrownie posiadaną przez oligarchę D.

Nie chcę, aby ten wpis brzmiał jak Manifest Komunistyczny, ale po ostrożnym przeczytaniu wpisu w Wiki, widzi się pewne analogie do czasów nam współczesnych. Podatki, których uczciwe płacenie jest tak ważne dla Adama, nie skutkuje budowaniem infrastruktury czy spadkiem długu publicznego, lecz tym, że oligarchowie akumulują jeszcze więcej kapitału i mogą kupić jeszcze więcej zasobów, za używanie których cała reszta społeczeństwa będzie musiała płacić coraz większą część dochodów.

Jestem stanowczym przeciwnikiem własności państwowej, ale śmieszy mnie grecki pomysł wyjścia z długów poprzez sprzedanie własności państwowej. To jakże często wykorzystywana koncepcja transferu publicznej własności w ręce oligarchów. Cykl wygląda w ten sposób, że oligarcha udziela kredytu (obligacja) rządowi, ten wydaje to na pensje administracji lub emerytury, kasa wraca z powrotem do rąk oligarchów (w opisanej wyżej formach – odsetek lub zysku za każdą flaszkę wódki). Następnie aby pokryć część długu oddaje się oligarchom infrastrukturę, za której korzystanie trzeba będzie płacić oligarchom, by mogli sobie kupić więcej fabryk, gruntów, infrastruktury czy polityków.

Prawdziwie sprawiedliwy system społeczny opiera się na demokracji bezpośredniej. Warszawy nikt by nie zamykał z okazji przyjazdu namiestnika, bo każdy obywatel w pewnym ułamku jest władcą, a nie służy li tylko do ‘dawania głosu’ w karykaturze wyborów. Jedyna sprawiedliwa struktura społeczna to taka, która opiera się na trwałej i obszernej klasie średniej, która to z natury rządzi w formie bezpośredniej krajem tak, by jak najwięcej ludzi było klasą średnią i korzystało z usług i towarów wytworzonych przez tą właśnie klasę średnią. Nie da się stworzyć trwałego państwa opartego na oligarchach chcących więcej i więcej, bo wcześniej czy później ulicą zawładną ludzie przez nich zrujnowani.

Share This Post

Stress test

Monday, 25 April 2011

Owocem kilku ostatnich wpisów dotyczących zbliżającego się zawalenia rynku nieruchomości w Polsce był szereg komentarzy ze strony czytelników. Można nabrać przekonania, że wielu z nich ma na grzbiecie Franka na najbliższe kilkadziesiąt lat, bowiem wspólnym mianownikiem jest wzajemne poklepywanie po pleckach i zapewnianie, że w razie czego rząd nie zostawi podatników, i że w razie czego banki niechętnie będą przejmować nieruchomości, i że … Mnóstwo życzeniowego nastawienia do rzeczywistości. Tak nie będzie. Będzie tak, że rynek padnie na skutek wzrostu oprocentowania kredytów i zalania w panice wyprzedawanymi nieruchomościami, na których spłatę nie stać już kredytobiorców. Kredytobiorcy będą pozostawieni sami sobie na przeciw banksterom, którzy mają wszelkie narzędzia prawne do wyduszenia z obywateli ostatniego grosza.

Pomocy nie będzie. W Polsce nie ma tradycji bailoutowania podatnika. Obywatel jest łupiony w czasach prosperity i również jest łupiony w czasach kryzysu. Gdy słyszę o ‘pomocy’ ze strony państwa, to zwyczajnie zaczynam się śmiać. Zresztą nawet gdyby rząd chciał pomóc, to zwyczajnie nie ma takiej możliwości – mówimy o sytuacji krachu, gdy spadają wpływy budżetowe, rosną wydatki, a budżet balansuje wokół progu ostrożnościowego. Zwyczajnie nie ma środków na pomoc dla milionów ‘ugotowanych’ dłużników, kraju na to po prostu nie stać.

Jest równie nierealne wierzenie w to, że banki nie będą skłonne przejmować nieruchomości. Od zawsze są skłonne, mają w tym celu odpowiednie narzędzia (BTE), więc czemu miałyby dobrowolnie przebaczać wierzycielowi i zmniejszać zyski? Przecież to tylko skłoniłoby kolejnych wierzycieli do zaprzestawania spłacania zobowiązań. Banki będą z całą surowością egzekwować umowy kredytowe, nawet jeżeli będzie to znaczyło całkowite zrujnowanie kredytodawcy, i ścigania go do końca życia. Każdy, kto twierdzi inaczej usłyszy ode mnie: ‘dzieciaku, obudź się i zobacz, na jakim świecie żyjesz’.

Proszę zwrócić uwagę na reakcje rządów i lobby bankowego w krajach dotkniętych już pęknięciem bańki nieruchomościowej, pamiętając, że są to kraje bogatsze, mniej skłonne do bezczelnego rabunku obywateli w stylu znanego z RP. Pomoc ograniczyła się do wysłania ‘czeków stymulujących’ oraz programu ‘gotówka za wraka’, co przy pomocy jaką uzyskały banki jest doprawdy kroplą w wiadrze. Rządy zrobią wiele, by ratować kolegów-banksterów, ale nie zrobią nic, by ratować podatników, którzy zapłacą podatkami lub inflacją za całe to ‘ratowanie’.

Warto tu zwrócić uwagę, jak odmiennie traktowany jest obywatel amerykański, z możliwością bankructwa osobistego, z wygasaniem niespłaconych długów po siedmiu latach, z stałą stopą kredytu hipotecznego w porównaniu do podatnika polskiego, który tych przywilejów nie ma. Naprawdę mało brakuje, by polski banster w ramach windykacji wykrawał kredytodawcy nerkę lub chędożył mu żonę. Liczenie na to, że bank jest po stronie obywatela i będzie go głaskał po głowie, jest tak naiwne jak wierzenie pięciolatka, że tatuś jest najsilniejszy i najmądrzejszy na świecie.

Ale cóż, widać to już nasza cecha narodowa, by wierzyć w rzeczy nierealne. Wrzesień 1939 jest dobrym przykładem, tłumy wiwatowały przed ambasadami Wielkiej Brytanii i Francji, na wieść o wypowiedzeniu wojny Niemcom, gdy rządy tych państw nie miały zamiaru nawet palcem w bucie kiwnąć.

Samo obserwowanie kolapsu w wydaniu polskim jest ciekawsze niż kolaps amerykański (2008), którego byłem naocznym świadkiem. W Polsce całe to zjawisko ma znacznie bardziej matematyczny mechanizm. Rata kredytu jest wypadkową zmieniających się stóp procentowych i kursów walut, gdy w USA kredyty w dużej części miały stałe oprocentowanie. Rynek kredytów o zmiennym oprocentowaniu (ARM) był ułamkiem rynku kredytowego, a w Polsce stanowi prawie całość. Amerykanina nie interesują ani zmiany kursu USD/CHF ani zmiany stóp procentowych. Potencjał krachu kredytów hipotecznych w Polsce jest kilka-kilkanaście razy większy niż w USA.

Ze skomplikowania sytuacji w Polsce wynika to, że trudno określić kiedy i jak dokładnie dojdzie do krachu. W Stanach sprawa była prosta – ceny oszalały i musiały spaść. W Polsce na razie rynek ‘mięknie’, to jest widać coraz więcej chętnych do sprzedaży i rośnie czas potrzebny do sprzedaży.

Podsumujmy jakie czynniki wpływają na polski rynek:

- Zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów (rekomendacje KNF). Ograniczenie kredytów walutowych i wymóg wyższego udziału własnego wycina ogromną ilość potencjalnych kredytobiorców.

- Zbliżające się wzrosty stóp procentowych spowodują wzrosty oprocentowań kredytów, czyli wyższe raty.

- Potencjał złotówki do spadków, szczególnie w czasie zaostrzenia kryzysu i paniki na rynkach, co zwiększa kwotę spłat rat dla kredytów walutowych.

- Wyższe raty po wyższych kursach walutowych skłaniają większą ilość kredytobiorców do wywrócenia się brzuchem i niewypłacalności. Zawsze będą mogli wyemigrować poza zasięg windykacji. Nieruchomości odbierane przez banki trafiać będą na licytacje, co zasypie ofertami rynek, pozbawiony kupujących.

- Wyższe raty będą oznaczać pewien odsetek kredytobiorców myślących: ‘nie stać nas na spłaty, pracujemy tylko na spłatę rat, pozbądźmy się tego wrzodu i wynajmijmy coś’. To czynnik powodujący większą podaż.

- Spadek can nieruchomości skłania do paniki i ‘ucieczki z rynku’, czyli wystawiania nieruchomości przez innych właścicieli, nawet nie posiadających kredytów. Muszą oni konkurować cenowo, czyli obniżać ceny, by zachęcić do kupna. To jest ogromna presja podażowa i to na rynku pozbawionego kupujących (rekomendacje KNF).

- Spadek cen spowoduje wstrzymanie się potencjalnych kupujących przed kupnem, co zabije popyt. Po co kupować, jeżeli wiadomo, że rynek jest w fazie spadkowej, i że ceny będą spadać. Ludzie będą woleli wynajmować i czekać na dalsze spadki cen.

- Rynek wydaje się nasycony. Ci, którzy mieli zdolność kredytową, już są opakowani w kredyt. Ci, którzy takiej zdolności nie posiadają, przy tych cenach muszą wstrzymać się od zakupu. Ilość nachalnych reklam wskazuje, że sprzedawcy są naprawdę zdesperowani w swoich poszukiwaniach nabywców.

Czas na małe podsumowanie. Ceny na każdym rynku, niezależnie czy mowa o gwoździach czy działkach amfetaminy, kształtowane są przez popyt i podaż. Potencjał do wzrostu podaży nieruchomości w Polsce jest ogromny, biorąc pod uwagę nieustających w wysiłkach deweloperów i zasilanie ze strony windykacji. Z kolei popyt jest mały i będzie nadal maleć. Oznacza to z całą pewnością – ceny będą spadać i to naprawdę boleśnie.

Przyszłość rynku w Polsce jest zupełnie jasna. Dołek osiągniemy za 2-3 lata przy cenach domów niższych niż wartość odtworzeniowa. Działki czeka przecena o 50-90%. Biorąc to pod uwagę, jestem przekonany, że będzie dało się wylicytować (nikt dobrowolnie nie odda własnego domu za 20% zapłaconej ceny) działkę budowlaną w okolicach miasta wojewódzkiego, w zasięgu komunikacji miejskiej, za 50k i dom na niej za 50k.

A ci, którzy się z tego śmieją, proszeni są o zajrzenie do archiwum bloga. Pisałem tam w 2006/7 co czeka ceny domów w USA. Budziłem tym barani śmiech, ale niestety okazało się, że miałem całkowitą rację.

Share This Post

Laboratorium

Saturday, 16 April 2011

Rok czy dwa lata temu zastanawialiśmy się, czy kryzys spowoduje inflację czy może deflację. Tak, tak, były głosy całkiem poważnych blogerów, którzy dopuszczali scenariusz deflacji w krajach ograniętych kryzysem. Dziś już wiemy, że mamy do czynienia z początkiem wielkiej fali inflacji. Niektórzy jeszcze nie dopuszczają do siebie tej myśli i uważają, że inflacja zatrzyma się na poziomie nie przekraczającym 10% rocznie. Otóż nie zatrzyma się.

Najciekawsze jest obserwowanie całego procesu rodzenia się inflacji. Kiedyś sądziłem, że jakimś magicznym sposobem rynki wyczuwały wzrost ilości pieniądza w obiegu i następował wzrost cen. Tym razem mogłem zobaczyć jak ten proces wygląda, w zwolnionym tempie.

To nie wzrost wynagrodzeń napędza inflację, jak obawia się Belka. Pracownicy w Polsce są bardzo krótko trzymani za twarz – upomnienie się o podwyżkę grozi wskazaniem drzwi palcem wskazującym. Przy tak katastrofalnym bezrobociu istnieje ogromna możliwość zastępowania pracowników o nastawieniu roszczeniowym młodym pokoleniem ‘stażystów’. Mowa tu oczywiście o szerokiej rzeszy przeciętnych pracowników, wiadomo że wysokokwalifikowanych specjalistów wymienić na studentów dużo trudniej, szczególnie przy tradycyjnej w Polsce niechęci pracodawcy do szkolenia pracowników (bo nauczy się i pójdzie do konkurencji/otworzy swój biznes lub bo pracownik ma być produktywny od godziny 9 rano pierwszego dnia pracy).

Tymczasem proces inflacji zaczyna się od surowców. To tam wpływa ogromna masa wydrukowanej waluty, pozostająca do dyspozycji grubych kotów. To globalni gracze mają gotówkę, bo to oni są beneficjentami wtłaczania gotówki w gospodarkę. Smithowi lub Kowalskiemu nikt bailoutów nie robi, ma do wydania tyle samo teraz co w zeszłym roku. A grube koty, w obawie przez inflacją zżerającą kapitał, przenoszą środki z rynku obligacji oraz akcji i lokują je w namacalnych towarach. W efekcie o surowce muszą konkurować producenci z inwestorami. Ceny rosną, przez co grube koty wykazują dwucyfrowe zyski i nabierają ochoty na jeszcze większe zaangażowanie. A większe ceny surowców przerzucane są na ceny półproduktów i produktów końcowych. W końcu, po wielu miesiącach od wzrostu cen surowców, efekt końcowy widzimy w sklepach.

Gdyby źródłem inflacji był wzrost wynagrodzeń obserwowalibyśmy najpierw wzrost cen produktów finalnych, a dopiero potem wzrost cen surowców, koniecznych do odtworzenia stanów magazynowych. Widzimy dokładnie odwrotny proces, co pomaga nam zrozumieć co się naprawdę dzieje.

Podkreślić trzeba, że ostatnie kilkudziesięcioprocentowe wzrosty cen surowców nie skończą się marnym 3-4% wzrostem cen. To tylko początek procesu, maskowanego zresztą rządowymi masażami statystyk. W odpowiednio długiej perspektywie zobaczymy każdy z produktów droższy. Za rok możemy być wszyscy przekonani, że 5 zł za kilogram cukru czy litr benzyny to szalona okazja.

Następuje pauperyzacja społeczeństw, tradycyjnie towarzysząca inflacji. Pracownicy otrzymują wynagrodzenia, które przyrastają wolniej niż wzrost cen. W ten sposób po opłaceniu wydatków sztywnych pozostaje im coraz mniej pieniędzy na oszczędzanie czy jakiekolwiek wydatki nie związane z fizycznym przetrwaniem. Również oszczędności topnieją – przy obecnym oprocentowaniu lokat w Polsce traci się siłę nabywczą kapitału, oczywiście gdy mowa o najbardziej interesujących konsumentów żywności i energii a nie o lokomotywach i szynach kolejowych. W USA parowanie oszczędności jest nawet szybsze jako że oprocentowanie lokat oscyluje wokół zera. A o zaletach złota jako zabezpieczenia przeciw inflacji wie może 1% społeczeństwa.

Inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla państwa demokratycznego. Populiści, tacy jak Kaczyński, będą podnosić łby w kolejnych krajach, dowodząc, że winni inflacji są obecne ekipy rządowe. Tymczasem kłamca wyborczy Tusk nie może ponosić żadnej winy za powódź jaką na rynek surowców sprowadził drukarz Ben. Barykady z ulic Tunezji i Libii będą przenosić się stopniowo na północ, wraz z rosnącą biedą. Pojawią się też pogromy – większość będzie oskarżać mniejszość o zabieranie miejsc pracy, spowodowanie kryzysu i sprowadzenie każdej z plag egipskich.

W normalnych okolicznościach przyrody banki centralne powinny gwałtownie podnieść stopy procentowe, zniechęcając do wydawania wysokimi kosztami kredytu i zachęcając do wycofania pieniędzy z obrotu towarowego wysokim oprocentowaniem lokat. Tym razem nie mogą sobie na to pozwolić, okazałoby się, że rzekome ożywienie gospodarcze nie istnieje – spadek konsumpcji na kredyt wepchnąłby świat z powrotem w recesję. Przy wysokim zadłużeniu całej bandy państw poprzednio uznawanych za cywilizowane wzrost kosztów pozyskania kapitału spowodowałby bankructwa – przy kuponie obligacji wyższym o parę punktów procentowych wiele państw znajdzie się w sytuacji, gdy pieniędzy z podatków (przy kurczącej się bazie podatkowej) nie starczy na odsetki od długu.

Cykl wegetacyjny waluty papierowej musi się zamknąć, tak jak wiele razy wcześniej. Będą kolejne stymulacje i drukowania, tak że wartość nabywcza banknotów spadnie do zera. Wszelkie zobowiązania zostaną wyzerowane (wyinflacjowanie z długu) kosztem posiadaczy obligacji, emerytów i tym podobnych ‘bogatych ludzi’. Wprowadzone zostaną nowe waluty, być może powiązane z kruszcem ‘już na wsze czasy’ i złożone zostaną solenne obietnice zrównoważania wszelkich kolejnych budżetów państwa. I zabawa zacznie się od nowa.

Share This Post

Peak Coal

Friday, 8 April 2011

Świat przeżywa kolejne fale kryzysu, ale nie ma się co zbyt wiele nad tym rozwodzić. USA jest niewypłacalne, Portugalia jest niewypłacalna jako kolejny kraj PIIGS, nic nowego się nie dzieje.

Dla osób zastanawiających się na ile stabilne są wzrosty cen kruszców i surowców mam grafikę zakoszoną z bloga obok:

Tam autor nie zamieścił wniosków, więc zaprezentuje moje – tak silna korelacja każe przypuszczać, że wzrost cen będzie trwać tak długo, jak długo FED będzie monetaryzował dług. A ponieważ budżet USA nie będzie operował bez deficytu i na świecie nie ma zasobów gotówkowych zdolnych sfinansować ten dług, monetaryzacja będzie trwać w najlepsze. A cała ta powódź łże-dolarów bez pokrycia popłynie na rynek surowców, podnosząc wszystkie ceny jak okiem sięgnąć.

Przejdźmy do tematów dużo ważniejszych niż to, kto aktualnie bankrutuje. Prawdziwym problemem jest to, jak dalej zasilać w energię cywilizacje, jak spowodować by dalej się kręciła. W obliczu końca ropy ciężar zaopatrzenia w energię spada na węgiel (upłynnianie węgla do benzyn – MTG, CTG). Tymczasem okazuje się, że wydobycie tego surowca rysuje się ciemnych barwach:

Nie jest tak, że węgla zabraknie jutro, ale scenariusz wydarzeń będzie taki, że wraz z krachem wydobycia ropy przemysł rzuci się na inne metody produkcji paliw płynnych. Produkcja biopaliw wywinduje ceny żywności w kosmos, a produkcja paliw płynnych z węgla gwałtownie podniesie jego zużycie. Przy niewielkich zasobach możliwych do wydobycia może okazać się, że wcale nie mamy do dyspozycji tak dużo tego surowca (i czasu), jak się powszechnie myśli.

Share This Post

Stosunek

Wednesday, 30 March 2011

Widziałem ostatnio w sieci bardzo ciekawy widget:

Logika podpowiada, że podaż (produkcja) powinna mieć pewne przeniesienie na ceny. Może niekoniecznie bardzo dokładne – ważne jest też jaki jest popyt – ale mamy pewien obraz sytuacji, wiemy jak rzadkie jest dane dobro (tu: metal) w stosunku do innych metali. To może rzucać pewne światło na relację cen poszczególnych metali.

Produkcja kształtuje się w następujący sposób – 1 x platyny – 1 x palladu – 10 x złota – 100 x srebra.

Tymczasem ceny wyglądają następująco – 1766 $ platyna – 751 $ pallad – 1423 $ złoto – 37 $ srebro.

Od razu rzuca się w oczy oderwanie cen od ‘fundamentów’. Platyna, choć produkowana w ilości 10x mniejszej od złota, jest tylko 20% droższa. W przypadku palladu różnica jest widoczna jeszcze bardziej – pallad jest nawet tańszy od złota. Najciekawsze jest porównanie cen srebra i złota. Srebro, choć wydobycie jest zużywane prawie w całości, jest 38 x tańsze od złota. Złoto, które jest prawie w całości skrywane w skarbcach lub recyklingowane, przy obecnej cenie srebra powinno kosztować 370 $, lub przy obecnej cenie złota, srebro mogłoby kosztować 142$. To są liczby zdumiewające, gdy przyzwyczailiśmy się do niskich cen srebra i wysokich cen złota.

Z tych pobieżnych wyliczeń ‘na odwrocie starej koperty’ wynika, że w stosunku do innych metali złoto jest przewartościowane, lub inne metale są niedowartościowane. Szczególnie srebro, z racji szerokiego zastosowania przemysłowego, wydaje się mieć przed sobą dalsze wzrosty cen. Tymczasem na rynku ścierają się dwie frakcje, wielkie banki starające się zbić ceny kruszcu i inwestorzy zaniepokojeni zbliżającą się inflacją wykupują co się da windując ceny. Jak będzie – czas pokaże.

Share This Post

Przesłuchanie

Sunday, 20 March 2011

Jak mogę unikam przeklejania cudzych wpisów, ale czasem nie mogę się oprzeć. Tak właśnie jest tym razem – kol. Wojciech Majda popełnił wpis na temat na jaki ja pisałem.

Nie ma ludzi niewinnych – są tylko tacy, którzy jeszcze nie wiedzą, że są winni. Są dziesiątki tysięcy przepisów karnych i podatkowych, z których sporo nieświadomie łamiesz każdego dnia – jeżeli do tego jesteś przedsiębiorcą lub za takiego możesz być uznany przez fiskusa – przepisów są setki tysięcy. Jeżeli wziąć pod uwagę przepisy z innych krajów, które cię obowiązują nawet gdy nigdy nie byłeś w danym kraju – są ich miliony. A gdy już padnie oskarżenie obronić się jest niezwykle trudno.

Do tego policjant nie pobiera wypłatę za oczyszczenie cię z oskarżeń. Policjant ma za zadanie przygotować przekonującą historię dla prokuratora, a ten ma za zadanie sporządzić przekonujący akt oskarżenia. Twoja wina lub jej brak nie ma znaczenia. Masz prawo się bronić (jeżeli cię stać) a sąd ma obowiązek obiektywnie rozpatrzeć sprawę. Teoretycznie obiektywnie, bo coraz częściej sądy są częścią aparatu i stoją po stronie wymiaru ‘sprawiedliwości’. Coraz częściej sędzia jest zwykłym urzędnikiem podpisującym wyroki.

Szczególnie ważne i pouczające jest obejrzenie filmu z zalinkowanego wpisu (niestety prawnik mówi bardzo szybko). Proszę zwrócić uwagę, co mówi gliniarz w 32 minucie – rozmawiając z policją jesteś amatorem stającym naprzeciw zawodowca o kilkudziesięcioletnim stażu.

Share This Post

Zysk

Saturday, 19 March 2011

Zarabianie na giełdzie w obecnej chwili jest zadaniem niezwykle trudnym. Nie wiadomo co weźmie górę – czy druk pieniądza będzie prowadził do wzrostu indeksów, czy trwający kryzys spowoduje wyprzedaż walorów. Podobnie sprawa ma się z surowcami – być może surowce będą uznane za bezpieczną przystań przed inflacją i ceny będą podbijane przez napływ kapitału, być może ten przegrzany rynek czeka korekta. W świetle tej niepewności nie wiadomo gdzie lokować kapitał i jaką przyjąć strategię, innymi słowy czy należy zajmować długą czy krótką pozycję.

Aby odnieść sukces inwestycyjny trzeba stawiać na ‘pewnego konia’ i trzeba wiedzieć lepiej niż inni gracze na rynku. O ile przegrywamy z zawodowymi macherami giełdowymi w krótkiej perspektywie (dostęp do wiedzy insajderów czy szybszy dostęp do publikowanych komunikatów) to w dłuższej perspektywie przebijamy ich posiadaniem lepszego zrozumienia systemu. My wiemy, że system jest na granicy załamania, a oni nadal wierzą w obligacje USA. Tu możemy z nimi wygrać, bo w tym zakresie to my wiemy lepiej.

Wiemy też, że jedno co będzie rosnąć z całą pewnością globalnie to inflacja, i na tym możemy oprzeć naszą strategię inwestycyjną. O kruszcach jako zabezpieczeniu wobec inflacji piszę od tak dawna, że nie ma sensu się powtarzać, mogę tylko nadmienić, że nawet jeżeli przyjdzie czas korekty, to i tak w długim horyzoncie czasu kruszce będą rosnąć w cenie. Posiadanie metali szlachetnych na dziś to podstawowa i najbezpieczniejsza forma ochrony kapitału.

Można jednak zarabiać na inflacji w jeszcze inny sposób, dokonując zakładu, że wieloletnie obligacje USA będą tanieć. Jeżeli inflacja w USA gwałtownie wzrośnie, na przykład do 30%, to tamtejsze obligacje wyemitowane ze stałym oprocentowaniem na przykład 4% przynoszą dochód nie rekompensujący inflacji. Z każdym rokiem taka obligacja będzie tracić kapitał i odpowiadać temu będzie spadek jej notowań giełdowych. Co więcej, spadek kursu takich obligacji może być większy niż rzeczywista różnica w inflacji i oprocentowania obligacji. Może wkraść się element paniki, co może spowodować spadek cen większy niż wynikałoby z chłodnej kalkulacji.

Na rynku amerykańskim są już instrumenty umożliwiające dokonania takiego zakładu. Mamy do dyspozycji fundusz inwestycyjny obstawiający wzrost stóp procentowych (MUTF:RRPIX), niestety przy minimalnej inwestycji w wysokości 15 000 USD. Można też zakupić ETF który posiada krótkie pozycje w najdłuższych obligacjach skarbowych USA i to jeszcze z lewarem 2x (NYSE:TBT). Oba te instrumenty są dostępne również przez dobre biura maklerskie w Polsce.

Disklejmer jest taki, że nie posiadam żadnego z powyższych dwóch walorów, aczkolwiek zamierzam je nabyć, gdy tylko zobaczę więcej symptomów świadczących o rosnącej inflacji. Moja ocena sytuacji to nie porada inwestycyjna.

Share This Post