Categories
Ekonomia

50 podpisów, czyli dlaczego Kraków nie chce Konfederacji

Bartosz Bochenczak prawodpodobnie nie wystartuje w przedterminowych wyborach prezydenta Krakowa, zaplanowanych na 27 września 2026. Jego sztab złożył blisko 5000 podpisów poparcia, ale komisja uznała za ważne tylko około 2950, do wymaganych 3000 zabrakło pięćdziesięciu. Sam kandydat przyznał wprost: „Zawaliłem”. Mentzen zareagował natychmiast i odwołał go z funkcji prezesa krakowskiego okręgu partii.
Można oczywiście opowiadać o formalnościach: że podpisywali się mieszkańcy ościennych gmin, że komuś zabrakło słowa „Kraków” w adresie, że komisja liczyła tak, a nie inaczej. Ale to wszystko zasłona dymna. Prawda jest prostsza i boleśniejsza.

Gdyby poparcie było, podpisy by się znalazły
Trzy tysiące ważnych podpisów w mieście liczącym około 800 tysięcy mieszkańców to próg śmiesznie niski. To nie jest test organizacyjny – to test poparcia. Partia, która ma w mieście realne zaplecze, zbiera taką liczbę w jeden weekend pod dwoma kościołami i jedną galerią handlową, z zapasem, który wytrzyma każdą weryfikację. Łukasz Gibała też miał problem z podpisami i w kilka dni dozbierał dziewięć tysięcy, bo miał ludzi gotowych się podpisać. Konfederacja nie dozbierała pięćdziesięciu.
Wniosek jest jeden: Konfederacja nie ma w Krakowie wystarczającego poparcia. Krakowianie – jak większość polskiego elektoratu – chcą nadal huśtać się na wahadle wyborczym KOPiS. Raz w jedną stronę, raz w drugą, z pełnym przekonaniem, że tym razem będzie inaczej. Trzecia siła jest im potrzebna wyłącznie jako straszak, którym można pomachać przed jedną albo drugą stroną wahadła. Kiedy przychodzi do złożenia podpisu z numerem PESEL – czyli do minimalnego, realnego aktu poparcia – nagle robi się pusto.

Druga kwestia jest delikatniejsza, ale trzeba ją nazwać. Slawomir Mentzen sam publicznie mówił o swoim spektrum autyzmu. Idzie z tym w parze bardzo charakterystyczne poczucie humoru – zabawne może dla 10% populacji, dla pozostałych 90% co najmniej dziwaczne. Ostatnio opublikował dwa filmy pod rząd, na których pokazuje, jak się obija. W jego głowie to zapewne dystans i luz. W głowie przeciętnego wyborcy to obraz lidera poważnej partii, który nie traktuje poważnie ani partii, ani wyborcy.

Nikogo nie śmieszy leniwy przywódca. Ludzie chcą widzieć człowieka, który ciężko pracuje po nocach. Bez marynarki, w podkasanej koszuli, z poważną miną, w miejscu wymagającym osobistej interwencji: na powodzi, na budowie, na granicy. To jest elementarz komunikacji politycznej, który rozumieją wszyscy liderzy świata, od Kim Dzong Una po Tuska. Można się z tego teatru śmiać, można go uważać za tanią szopkę, ale on działa, bo odpowiada na głęboką potrzebę wyborcy: chcę widzieć, że ktoś się tym zajmuje. Mentzen tego elementarza albo nie rozumie, albo demonstracyjnie go ignoruje. W obu przypadkach wynik jest ten sam.

I tu dochodzimy do sedna. To, że Konfederacja ma za przywódcę Mentzena, nie jest przypadkiem ani lokalną anomalią. To przejaw tego samego procesu, który trawi cały Zachód: kryzysu przywództwa. W wielu krajach u władzy są ludzie półumarli, dobijający osiemdziesiątki. W Polsce od dwóch dekad scena polityczna sprowadza się do starcia Tuska z Kaczyńskim – panów, którzy politycznie ukształtowali się w poprzednim ustroju. W Ameryce symbolem epoki było starcie Trumpa z Bidenem, dwóch ludzi w wieku, w którym w normalnych czasach pisze się pamiętniki, a nie programy wyborcze.

Systemy, które nie potrafią wygenerować nowego przywództwa, sięgają po to, co jest. A jest z jednej strony gerontokracja, z drugiej ludzie pokroju Mentzena: sprawni w internecie, bezradni w realu. Pięćdziesiąt brakujących podpisów w Krakowie to nie jest wypadek przy pracy. To pomiar. I wynik tego pomiaru powinien dać Konfederacji dużo więcej do myślenia niż dymisja jednego prezesa okręgu.

27 września Krakowianie wybiorą prezydenta bez kandydata Konfederacji na karcie. Wahadło huśta się dalej.

Share This Post
Categories
Ekonomia

Moje poszukiwanie Obcych na Księżycu

Wczoraj był zaplanowany start chińskiej misji księżycowej Chang’e 7. Start został odłożony na nieokreślony czas. Na marginesie — nie ma polskiego tłumaczenia tej strony na Wiki. Jest za to kilkanaście stron o Lewandowskim. Są sprawy ważne i ważniejsze. Jest też jakaś tam polska agencja kosmiczna, ale nie mają czasu na Wiki. Mają poważniejsze tematy.

Niedoszły lot na Księżyc to dobra okazja do podzielenia się księżycowymi poszukiwaniami jakie prowadziłem wolnymi wieczorami.

Czego nie znalazłem na Księżycu? Zacznę od końca: nie znalazłem niczego. Ale wynik negatywny też jest wynikiem, a droga do niego okazała się ciekawsza niż sam cel. To jest opowieść o drabince, po której musi się wspiąć życie, o maszynach, które nie potrzebują wracać do domu, o tym dlaczego termodynamika jest gorszym wrogiem konspiracji niż wszyscy detektywi świata razem wzięci, i o tym, jak przemieliłem kilkaset gigabajtów danych z sondy NASA, żeby przekonać się, że użyłem złego produktu danych.

Zwykle rozmowę o życiu pozaziemskim zaczyna się od równania Drake’a. Ja wolę myśleć o tym jako o drabince, bo drabinka lepiej oddaje to, co naprawdę tu boli: że to nie jest jedna loteria, tylko ciąg loterii, i przegrana na dowolnym szczeblu kończy sprawę.

Szczeble wyglądają mniej więcej tak:

Planeta o odpowiedniej masie, w odpowiedniej odległości, wokół odpowiedniej gwiazdy.
Odpowiednia ilość metali w skorupie, odpowiednia ilość gazu w atmosferze, odpowiednia ilość wody.
Odpowiednie pole magnetyczne planety.
Istnienie dużego naturalnego satelity, stabilizującego oś obrotu planety, czyli stabilność klimatu
Chemia prebiotyczna, od prostych związków do samoreplikujących się polimerów.
Abiogeneza właściwa: pierwsza komórka.
Komórka złożona. Na Ziemi to zajęło jakieś dwa miliardy lat i wygląda na jednorazowy wypadek przy pracy: endosymbiozę.
Wielokomórkowość.
Układ nerwowy, potem inteligencja.
Technologia, czyli inteligencja, która wychodzi poza własne ciało.
Przetrwanie technologii dostatecznie długo, żeby zrobić coś, co przetrwa jeszcze dłużej.

Nie znamy prawdopodobieństwa żadnego z tych szczebli poza pierwszym. Mamy jedną próbkę i pełną świadomość, że próbka, która zadaje pytanie, jest z definicji obciążona. To dlatego dyskusje “jesteśmy sami” kontra “galaktyka roi się od życia” tak łatwo się zapętlają: obie strony mnożą przez siebie liczby, których nikt nie zmierzył.

Ale drabinka ma jedną własność, która ratuje całą sprawę i którą uważam za najważniejszą rzecz w tej dziedzinie: wystarczy, że jedna cywilizacja wspięła się na sam szczyt. Raz w ciągu trzynastu miliardów lat.

Bo jeśli choć raz ktoś zbudował maszynę, która potrafi zbudować siebie samą, prawdopodobieństwa przestają mieć znaczenie. Zaczyna liczyć się arytmetyka.

John von Neumann w latach czterdziestych pokazał, że automat samoreplikujący jest logicznie spójny. Jeżeli maszyna może zawierać opis samej siebie i instrukcję budowy. Nie jest to paradoks, nie jest to perpetuum mobile. Zresztą wiemy, że działa, bo sami jesteśmy takimi maszynami; jedyna różnica jest w podłożu.

Przenieś to na skalę międzygwiezdną. Sonda leci do sąsiedniego układu, znajduje asteroidę albo księżyc, kopie, przetapia, buduje dwie kopie siebie, wysyła je dalej. Nawet przy prędkości jednego procenta prędkości światła i stuletniej przerwie na “rozmnażanie” w każdym układzie, front takiej ekspansji przechodzi całą Drogę Mleczną w kilka do kilkudziesięciu milionów lat.

Kilkadziesiąt milionów lat. To jest mniej niż jeden procent wieku galaktyki. W skali kosmicznej to jest mrugnięcie.

Stąd argument Harta–Tiplera: skoro ich tu nie ma, to ich nie ma nigdzie. Argument jest mocny i szczerze mówiąc nie mam na niego dobrej odpowiedzi. Mam za to zastrzeżenie proceduralne, które od kilku lat nie daje mi spokoju:

“Ich tu nie ma” to teza empiryczna, a nikt jej porządnie nie sprawdził.

Nie chodzi mi o to, że sprawdzono i się pomylono. Chodzi o to, że praktycznie cały wysiłek SETI od sześćdziesięciu lat idzie w nasłuch radiowy, czyli w założenie, że ktoś do nas nadaje. A sonda von Neumanna nie musi nadawać. Nie musi się kryć. Nie musi nas nawet szczególnie obchodzić.

Lubię tu analogię z masztem GSM. Maszt stoi na wzgórzu nad lasem. Nie ukrywa się przed sarnami. Nie komunikuje się z sarnami. Nie ma wobec saren żadnych intencji, ani dobrych, ani złych. Po prostu robi swoje, a sarny chodzą pod nim od dwudziestu lat i nigdy nie przyszło im do głowy zapytać, po co to tu stoi.

Sonda, która przyleciała milion lat temu, żeby obserwować układ z potencjałem biologicznym, nie ma powodu ani do kontaktu, ani do konspiracji. Ma powód do jednego: żeby przetrwać i patrzeć.

Cały czas piszę “sonda”, “maszyna”, “urządzenie”. To nie jest niedbałość językowa ani uprzedzenie. To jest wniosek, i wart jest osobnego akapitu, bo dopiero on wyjaśnia, czego właściwie szukam: gorącego pudełka pod ziemią, a nie kopuły z oknami. Nikt nie wyśle w rejs międzygwiezdny istot żywych. Nie dlatego, że to trudne. Dlatego, że to jest sprzeczne z fizyką ośrodka.

Rachunek dawki. Detektor RAD na pokładzie Curiosity zmierzył w przelocie na Marsa około 1,84 mSv na dobę — wewnątrz osłony statku, w przestrzeni międzyplanetarnej. Przeskaluj to na rejs przy jednym procencie prędkości światła na dystans stu lat świetlnych, czyli dziesięć tysięcy lat lotu: wychodzi rzędu 1800 grejów dawki pochłoniętej i jakichś 6700 siwertów równoważnej.

I to jest wartość zaniżona, z dwóch powodów. Po pierwsze, RAD mierzył wewnątrz heliosfery, która modulująco tłumi promieniowanie galaktyczne — w przestrzeni międzygwiezdnej strumień jest wyższy. Po drugie, przy 1% c wodór międzygwiezdny przestaje być tłem, a staje się wiązką: protony walą w statek z energią rzędu 50 keV, ciągle, przez cały lot.

Co to znaczy dla materii organicznej. Dawka półśmiertelna dla człowieka to 4–5 Gy. Mówimy więc o przekroczeniu rzędu czterystukrotnego. W przeliczeniu na uszkodzenia: na jeden grej przypada mniej więcej 35–40 podwójnych pęknięć nici DNA w komórce diploidalnej. Przy 1800 Gy to jest kilkadziesiąt tysięcy pęknięć na komórkę — pęknięcie średnio co pięćdziesiąt tysięcy par zasad. To już nie jest uszkodzony genom, to jest sieczka.

I tu jest punkt, w którym intuicja zwykle myli trop. Odruchowo sięga się po niesporczaki i Deinococcus radiodurans, bo one wytrzymują tysiące grejów, prawda? Wytrzymują. Ale wytrzymują dlatego, że mają działającą maszynerię naprawczą. To nie jest odporność materiału, to jest odporność procesu. Deinococcus dostaje po pięć tysięcy grejów genom rozbity na setki fragmentów i przez kilkanaście godzin składa go z powrotem, korzystając z redundantnych kopii i aktywnej rekombinacji.

Hibernacja albo zamrożenie odbiera dokładnie tę zdolność. Zysk jest realny — chemia spontaniczna, depurynacja, hydroliza, utlenianie, praktycznie się zatrzymują w temperaturach kriogenicznych. Ale zatrzymuje się też naprawa, a promieniowanie nie. Uszkodzenia przestają być bilansowane i sumują się liniowo przez dziesięć tysięcy lat. Porównywanie tej dawki do LD50 żywego niesporczaka jest więc porównaniem z niewłaściwą liczbą: żywy niesporczak walczy, zamrożony tylko zbiera.

Osłona nie ratuje sprawy. Tu działa paskudna pułapka: kilkadziesiąt centymetrów aluminium jest gorsze niż nic, bo ciężkie jony galaktyczne rozbijają się na nim w kaskadę cząstek wtórnych, w tym neutronów, które w tkance są bardziej szkodliwe niż to, co weszło. Żeby realnie stłumić GCR, potrzeba metrów materiału bogatego w wodór, wody albo polietylenu. Czyli tysięcy ton, które trzeba rozpędzić do 1% c i potem wyhamować. Masa osłony wchodzi w budżet delta-v w najgorszym możliwym miejscu, i to dwa razy.

A część promieniowania jest w środku. Dorosły człowiek zawiera około 4400 bekereli potasu-40. To jest jakieś 0,17 mSv rocznie dostarczone bezpośrednio do własnych tkanek, i żaden ołów tego nie zatrzyma, bo źródło jest po wewnętrznej stronie osłony. Przez dziesięć tysięcy lat robi się z tego niecałe 2 Sv. Mało w porównaniu z GCR, ale symbolicznie idealne: pasażer napromieniowuje sam siebie, nieprzerwanie, przez cały rejs, i nie ma z tym absolutnie nic do zrobienia.

Ale prawdziwym zabójcą nie jest radiacja, tylko czas. To jest jedyne miejsce, gdzie bym całą tę argumentację przestawił na inną nogę. Radiację da się w zasadzie przelicytować masą, jeśli bardzo chcesz i masz nieograniczony budżet energetyczny, zbudujesz tę wodną skorupę. Czterystu pokoleń nie przelicytujesz niczym.

Arka załogowa wymaga, żeby zamknięta populacja przez dziesięć tysięcy lat utrzymała nie tylko biologiczną ciągłość, ale kompetencje techniczne, zdolność do naprawy systemów, których nikt żyjący nie projektował, i — najtrudniejsze — wolę dokończenia misji, o którą nikt na pokładzie nie prosił. Ludzkość zna instytucje o ciągłości rzędu tysiąca czy dwóch tysięcy lat. Nie zna ani jednej, która przez choćby kilka stuleci utrzymała konkretny projekt techniczny z niezmienionym celem. To nie jest problem inżynierski i nie ma powodu sądzić, że gdziekolwiek indziej byłby łatwiejszy.

Maszyna nie ma z tym kłopotu, bo nie ma czego tracić. Nie starzeje się, nie nudzi, nie zmienia zdania, nie kwestionuje sensu polecenia w czternastym pokoleniu. Redundancję, samonaprawę i tolerancję na uszkodzenia da się w nią wpisać jako specyfikację, a nie wynegocjować.

Jedno zastrzeżenie, bo dychotomia “ciało albo maszyna” jest fałszywa. Jest trzecia droga: nie wysyłać ciał i nie rezygnować z biologii, tylko wysłać informację. Genom jako dane z korekcją błędów, zreplikowane setki razy w odpornym nośniku, plus syntezator i inkubator na miejscu. Promieniowanie przestaje być barierą, bo uszkodzony bit da się odtworzyć z redundancji, a uszkodzonej komórki nie. To wciąż jest “wyślij maszynę” — ale maszyna nie musi być zamiast biologii, może być jej kurierem.

Co, nawiasem mówiąc, czyni scenariusz “siedzi cicho i patrzy” jeszcze rozsądniejszym. Jeśli coś przyleciało z zamiarem, żeby kiedyś zasiać, to najpierw przez bardzo długi czas obserwuje.

I dopiero teraz argument księżycowy zamyka się porządnie. Księżyc jest fatalnym miejscem dla ciała i znakomitym dla urządzenia. Nie ma tam wody, powietrza, ciśnienia, umiarkowanej temperatury ani przyzwoitej grawitacji, czyli nie ma niczego, czego potrzebuje biologia. Ma za to zimno, stabilność, osłonę, surowce i nieprzerwany widok na Ziemię, czyli wszystko, czego potrzebuje maszyna. Jeśli szukasz posterunku dla organizmu, Księżyc jest ostatnią pozycją na liście. Jeśli szukasz posterunku dla maszyny, jest pierwszą.

I tu robi się konkretnie. Jeśli miałbym zaprojektować długoterminowy posterunek obserwacyjny w Układzie Słonecznym, wybrałbym Księżyc.

Ziemia odpada natychmiast. Tektonika płyt recyklinguje dno oceaniczne w ciągu jakichś dwustu milionów lat. Erozja, woda, tlen, biosfera. Zakop cokolwiek na Ziemi i za sto milionów lat będzie to warstwą tlenków w metamorficznej skale. Ziemia jest maszyną do niszczenia dowodów.

Księżyc jest odwrotnością Ziemi. Brak atmosfery, brak wody, brak tektoniki, brak chemii. Powierzchnia jest stabilna w skali miliardów lat. Ślady butów Armstronga przetrwają dłużej niż większość gatunków ssaków. Jedynym procesem erozyjnym jest “ogrodnictwo” mikrometeorytowe, które przerabia górny metr regolitu w skali rzędu miliarda lat. Wolno.

Do tego dochodzi lista praktyczna:

Osłona. Kilka metrów regolitu to skuteczna tarcza przed promieniowaniem kosmicznym, wiatrem słonecznym i mikrometeorytami. Za darmo, wystarczy się zakopać.
Stabilność termiczna. Na powierzchni cykl dzień–noc daje wahania od ~390 K do ~95 K. Metr pod powierzchnią temperatura jest praktycznie stała, około 250 K, przez cały czas. Regolit jest fenomenalnym izolatorem.
Chłodzenie. Kratery w wiecznym cieniu na biegunach mają ~25–40 K. To jest jedno z najzimniejszych miejsc w Układzie Słonecznym i darmowy radiator dla czegokolwiek, co potrzebuje odprowadzać ciepło.
Surowce. Regolit zawiera tlen, krzem, żelazo, tytan, aluminium. Na biegunach jest lód wodny. Materiał na naprawy i replikację jest na miejscu.
Energia. Szczyty wieczystego światła w okolicy bieguna południowego mają niemal ciągłe nasłonecznienie.
Bezpośrednia widoczność Ziemi. Strona zwrócona do nas widzi Ziemię non stop, z tej samej pozycji na niebie, przez miliardy lat. Dla obserwatorium to jest idealne.
Płytka studnia grawitacyjna. Przylot i odlot kosztuje grosze w porównaniu z Ziemią.

To nie jest nowa myśl. Arthur C. Clarke napisał Wartownika w 1948 roku i cała fabuła Odysei kosmicznej stoi na tym pomyśle. Ronald Bracewell w 1960 opisał sondę-pośrednika czekającą w układzie. Michael Papagiannis w latach siedemdziesiątych proponował szukać artefaktów w pasie planetoid. Robert Freitas i Francisco Valdes faktycznie przeszukiwali punkty libracyjne układu Ziemia–Księżyc na początku lat osiemdziesiątych, optycznie, i nic nie znaleźli.

Czego nikt systematycznie nie zrobił, to szukanie termiczne. A to jest, moim zdaniem, jedyny kanał, który naprawdę ma sens.
Nie da się ukryć ciepła
Tu jest sedno całego pomysłu i powód, dla którego w ogóle się w to wpakowałem.

Możesz się ukryć przed teleskopem — zakop się. Możesz się ukryć przed radarem — zakop się głębiej. Możesz nie nadawać, nie odbijać, nie ruszać się.

Nie możesz się ukryć przed drugą zasadą termodynamiki.

Cokolwiek, co wykonuje pracę — nawet tak minimalną jak podtrzymanie zegara i pamięci przez milion lat — rozprasza ciepło. Reaktor rozszczepieniowy, generator radioizotopowy, ogniwo, cokolwiek. To ciepło musi gdzieś pójść, a na Księżycu jest tylko jedna droga: przez regolit do powierzchni i stamtąd wypromieniować w przestrzeń. Nie ma konwekcji, nie ma wody gruntowej, nie ma dokąd tego rozcieńczyć.

I teraz najładniejsza część. Regolit jest znakomitym izolatorem — przewodność cieplna górnej warstwy to około 10⁻³ W/(m·K), czyli setki razy gorzej niż lita skała. To jest świetne dla kogoś, kto się chowa. Ale izolator działa w obie strony: niska przewodność oznacza, że mały strumień ciepła wytwarza duży gradient temperatury. Im lepiej się zakopiesz, tym mocniej grzejesz to, co nad tobą.

Tło jest przy tym absurdalnie niskie. Naturalny strumień ciepła z wnętrza Księżyca zmierzyły misje Apollo 15 i 17: około 16–21 mW/m². Źródło mocy rzędu kilowata rozłożone na kilkuset metrach kwadratowych to jest kilka rzędów wielkości powyżej tła.

A noc księżycowa trwa 354 godziny. Przez czternaście i pół ziemskiej doby powierzchnia stygnie do ~95 K i nie ma żadnego wkładu słonecznego, który cokolwiek zaszumia. To jest najczystszy detektor, jaki można sobie wyobrazić: zimna, stabilna, martwa płaszczyzna, na której każdy wat świeci jak zapałka w piwnicy.

Sygnatura, której szukałem, to więc: nocna anomalia termiczna, stacjonarna, niezwiązana z topografią ani ze skałami, niezmienna między cyklami.

Jak szukałem? Dane: Diviner Lunar Radiometer Experiment, instrument na pokładzie Lunar Reconnaissance Orbiter, mapujący temperaturę powierzchni Księżyca nieprzerwanie od 2009 roku. Dziewięć kanałów, z czego siedem w podczerwieni termicznej. Kilkanaście lat ciągłego pokrycia. Publicznie dostępne, za darmo, w Planetary Data System.

Metoda, w skrócie:

Pobrać nocne dane temperaturowe dla wybranych obszarów.
Zbudować model tego, jaka powinna być temperatura w danym punkcie: funkcja szerokości geograficznej, lokalnego czasu, nachylenia terenu, albedo, bezwładności cieplnej. Do tego LightGBM — gradient boosting radzi sobie z takim zadaniem dobrze i szybko.
Odjąć model od obserwacji. Zostają residua.
W residuach szukać przestrzennie zwartych, dodatnich, powtarzalnych skupisk.

Całość puszczona na maszynie w Google Cloud, e2-standard-8, z Claude Code pracującym autonomicznie w sesji tmux. Zostawiasz to na noc, rano patrzysz co wyszło. To jest, nawiasem mówiąc, osobny wątek tej historii: sama możliwość przeczesywania takich archiwów przez jednego człowieka z laptopem jest zjawiskiem świeżym. Dane leżą tam od kilkunastu lat. Zmieniło się to, że można je teraz przemielić.

Najważniejszy element całego planu był jednak inny — kontrola pozytywna. Zanim uwierzysz, że twój pipeline czegoś nie znalazł, musisz sprawdzić, czy potrafi znaleźć coś, co na pewno tam jest.

Do tego użyłem trzech znanych zapadlisk księżycowych: Mare Tranquillitatis, Marius Hills, Lacus Mortis. To są dziury w powierzchni, dziesiątki do stu metrów średnicy, prowadzące najprawdopodobniej do tuneli lawowych. I one naprawdę są anomaliami termicznymi — wnętrze Mare Tranquillitatis utrzymuje w nocy temperaturę bliską 290 K, podczas gdy otoczenie schodzi do stu. To jest dokładnie ta sygnatura, której szukam, tyle że pochodzenia geologicznego.

Jeśli mój pipeline widzi zapadliska, mogę mu ufać. Jeśli nie widzi — nie mam prawa do żadnych wniosków.
Nie zobaczył. Wszystkie trzy zapadliska: residua bliskie zeru. Nic. Płasko.

Pierwsza reakcja to szukanie błędu w kodzie. Druga, po kilku godzinach, to zrozumienie, że kod jest w porządku, a błąd był na poziomie projektu.

Trzy rzeczy poszły nie tak, wszystkie związane z tym samym:

Rozdzielczość. Plamka pomiarowa Divinera na powierzchni ma rozmiar rzędu 200–400 metrów. Zapadlisko ma sto metrów. Obiekt zajmuje więc kilka procent piksela. Nawet jeśli jest gorący o dwieście kelwinów, po uśrednieniu po powierzchni piksela zostaje z tego kilka kelwinów — na granicy szumu, w produkcie uśrednionym po latach obserwacji już praktycznie nic.

Zły produkt danych. Używałem produktu poziomu 3 (dgdr_st_avg), czyli gotowej, wygładzonej, siatkowanej mapy temperatur. I tu jest puenta, którą uważam za najcenniejszą rzecz, jaką z tego wyniosłem: ten produkt przechodzi przetwarzanie, które celowo usuwa podpikselowe komponenty gorące, żeby wyprodukować czystą temperaturę samego regolitu, bez wkładu od rozrzuconych głazów. Innymi słowy algorytm, którego użyłem, jest zaprojektowany, żeby wycinać dokładnie tę sygnaturę, której szukałem. Szukałem igieł sitem zoptymalizowanym pod wyrzucanie igieł.

Skalowanie. Wartości w tym produkcie są przeskalowane i przesunięte względem prawdziwej temperatury powierzchni, co przez pewien czas dodatkowo mnie myliło.

Wniosek jest twardy i trzeba go powiedzieć uczciwie: z tym instrumentem i tym produktem danych nie da się wykryć obiektu mniejszego niż mniej więcej sto metrów. Mój wynik negatywny nie mówi absolutnie nic o hipotezie. Mówi wyłącznie o teleskopie.

Zostaje jedna klasa celów, która przy tej rozdzielczości ma sens: anomalie kilometrowe. Coś naprawdę dużego. Szukam więc dalej, ale w innej kategorii wagowej i bez złudzeń, że to jest ta sama kategoria, od której zacząłem.

I tu jest najbardziej irytujący element całej historii.

Instrument, który by to zrobił, istniał. Nazywał się Lunar Thermal Mapper, zbudowany na Uniwersytecie Oksfordzkim za pieniądze brytyjskiej agencji kosmicznej, przeznaczony na pokład małego orbitera Lunar Trailblazer. Rozdzielczość przestrzenna 25 metrów na piksel, pas skanowania 11 kilometrów, piętnaście kanałów, zakres temperatur 110–400 K.

Dwadzieścia pięć metrów zamiast trzystu. To jest różnica między “nic nie widać” a “widać wszystko, czego szukam”. Zapadlisko wypełniałoby kilka pikseli zamiast kilku procent jednego.

Lunar Trailblazer wystartował 27 lutego 2025 roku, jako ładunek towarzyszący misji IM-2. Kontakt urwał się dzień po starcie. Z tych szczątków telemetrii, które dotarły, wynikało, że panele słoneczne nie były zwrócone do Słońca i baterie się rozładowały. Obserwacje radarowe i optyczne z Ziemi pokazały statek w powolnym obrocie, oddalający się w przestrzeń międzyplanetarną. Po kilku miesiącach prób sygnał był już za słaby na jakąkolwiek komendę. NASA formalnie zakończyła misję w sierpniu 2025.

Instrumenty były światowej klasy. Statek nie doleciał. Spektrometr HVM³ dostał zgodę na kolejny lot, termalnego mappera na razie nikt nigdzie nie leci wynieść.

Więc siedzę z archiwum, które nie ma rozdzielczości, i wiedzą, że rozdzielczość odleciała w ciemność na obracającym się cubesacie.

Przy okazji tego wszystkiego przerobiłem klasyk gatunku, czyli We Discovered Alien Bases on the Moon Freda Stecklinga. Wydana pierwotnie w 1981 przez G.A.F. International, potem wersja druga w 1997, potem dodruki, dziesiąte wydanie w 2014, i wciąż w obiegu. Sto dwadzieścia pięć zdjęć NASA z powiększeniami, kopuły, tunele, ślady po maszynach górniczych, konstrukcje.

Zweryfikowałem to i wynik jest jednoznacznie negatywny. Powody, po kolei:

Materiał źródłowy. Zdjęcia to skany mikrofisz i odbitek z misji lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Domniemane “kopuły” i “obiekty” to w przeważającej większości defekty emulsji, pyłki na skanerze, znaczniki kalibracyjne kamery, artefakty kompresji i cienie. Jeżeli powiększysz ziarno filmu dwadzieścia razy, zobaczysz w nim wszystko, czego szukasz. To jest podręcznikowa pareidolia wsparta procesem obróbki.

Kontrola. I to jest rozstrzygające. Kamera wąskokątna na Lunar Reconnaissance Orbiter fotografuje powierzchnię Księżyca z rozdzielczością pół metra na piksel. Pokrycie jest dziś praktycznie kompletne, dane są publiczne, a każdy może wpisać współrzędne i obejrzeć dokładnie to samo miejsce w rozdzielczości sto razy lepszej niż oryginał. Zrobiłem to dla wskazanych w książce lokalizacji. Nie ma tam nic. Są kratery, głazy i regolit.

Twierdzenia fizyczne. Książka utrzymuje między innymi, że Księżyc ma atmosferę i że jego grawitacja wynosi 64% ziemskiej. Obie rzeczy są sprawdzalne bez zaufania do kogokolwiek. Grawitacja wynika bezpośrednio z okresów orbitalnych każdego satelity, jaki tam kiedykolwiek krążył, łącznie z aktualnie pracującym LRO — wychodzi 1,62 m/s², czyli około 16,5% ziemskiej. Ciśnienie przy powierzchni to rząd 10⁻¹⁵ bara, mierzone bezpośrednio przez ALSEP i później przez LADEE. Nie jest to kwestia interpretacji.

I nie mam do tej książki złości, mam raczej rodzaj żalu, bo ona zadaje właściwe pytanie. Pytanie “czy ktoś tam jest i czy zostawił ślad” jest dobre. Metoda jest zła w sposób, który sam siebie unieważnia: opiera się na tym, że dowód ma być widoczny gołym okiem na kiepskim zdjęciu, i że jedyną przeszkodą jest to, że komuś nie chce się patrzeć.

A prawda jest dokładnie odwrotna. Ślad, jeśli istnieje, nie będzie widoczny gołym okiem, będzie różnicą kilku kelwinów w danych, których nikt nie zbierał w tym celu. I znajdzie go nie ten, kto powiększy zdjęcie, tylko ten, kto zbuduje model tła, odejmie go i będzie miał odwagę powiedzieć: mój pipeline nie przeszedł kontroli pozytywnej, więc mój wynik nic nie znaczy.

Kilka rzeczy, które wynoszę z tej rundy:

Wynik negatywny trzeba kwalifikować albo jest bezwartościowy. “Nie znalazłem” bez podania progu detekcji to nie jest zdanie o świecie. “Nie znalazłem obiektów cieplejszych niż X kelwinów i większych niż 300 metrów na obszarze Y” — to już jest zdanie o świecie, i to całkiem użyteczne.

Kontrola pozytywna przed wszystkim. Godzina spędzona na sprawdzeniu, czy pipeline widzi znany sygnał, oszczędza tydzień mielenia niczego.

Produkty wyższego poziomu kłamią przez pominięcie. Nie kłamią złośliwie, są zoptymalizowane pod cudze pytanie. Kolejne podejście robię na danych poziomu 2, czyli surowych radiancjach, przed uśrednianiem i przed usuwaniem komponentu skalnego. Tam sygnatura podpikselowa jeszcze jest.

Dane już istnieją. Nie potrzeba nowej misji, żeby zacząć. Diviner, Mini-RF, ChaSTE z Chandrayaana-3, LOLA, kamery LRO — to są terabajty zebrane w innych celach, przeleżane w archiwach, przeszukane wyłącznie pod kątem pytań, dla których je zbierano. Wąskim gardłem od piętnastu lat nie jest obserwacja. Jest przemiał.

Share This Post
Categories
Ekonomia

Jason Arday

Nie żyje “profesor” Jason Arday.

Arday był mitomanem, czyli chorobliwym kłamcą, zatrudnionym przez Uniwersytet Cambridge jako wykładowca na podstawie plagiatu pracy doktorskiej.

Cambridge jest organizacją opanowaną przez skrajną lewicę, owładniętą ideolo DEI, w myśl której nieważne są kwalifikacje danej osoby, musi być różnorodność.

Oznacza to, że na przykład kroi cię lekarz, który nie dostał tej roboty z powodu umiejętności, lecz aby zwiększyć ilość migrantów lub gejów w danej placówce.

Cambridge potrzebował zwiększyć ilość mniejszości wśród kadry, najchętniej w postaci głośnego sukcesu typu “młody murzyński geniusz” albo “najmłodszy czarny profesor wszechczasów”.

A ponieważ lewicowe aktywiszcza kierują się ideologią a nie rozumem, więc nie wyłapali faktu, że Arday nie mówi słowa prawdy i cały jego dorobek naukowy został skradziony.

Nieliczni rozgarnięci pracownicy naukowi, którzy widzieli co się dzieje, siedzieli cicho aby nie zostać skancelowanymi.

Gdy się sprawa ostatecznie rypła, Arday popełnił samobójstwoI teraz robi się naprawdę śmiesznie i strasznie – Nathan Cofnas, który ujawnił plagiat stał się obiektem pogróżek, tym bardziej, że jest on doskonale znany z krytycznych poglądów wobec współcześnie lansowanych tez o tym, że wszystkie rasy są równe, a w ogóle to rasy ludzi nie istnieją.

W wielu miejscach UK doszło do manifestacji osób popierających oszusta Ardaya.

Oznacza to, że społeczeństwo brytyjskie jest całkowicie zinfiltrowane skrajnie lewicowymi ideami, ludzie w te bzdury głęboko wierzą.

Spina się to z masowymi aresztowaniami osób, które wyrażają swoje poglądy w Internecie, co wpisuje się idealnie w metody działania totalitarnego państwa komunistycznego.

Jak nisko upadła Wielka Brytania, gdzie Hyde Park był przez setki lat symbolem wolności słowa i swobód obywatelskich.

Share This Post
Categories
Ekonomia

Śmierć Bidena

Rodzina Joe Bidena poinformowała, że jego choroba nowotworowa weszła w fazę terminalną.

Biden cynicznie ukrywał przed wyborcami swoją chorobę. Prezydent USA jest osobą dokładnie przebadaną pod kątem potencjalnych chorób. Rak prostaty jest łatwo wykrywalny, typowy dla tego wieku i wolno postępujący. Dziad kłamał, że jest zdolny do kolejnej kadencji.

Zapewne plan był taki, żeby wygrać wybory, a po roku oddać władzę Harris. I przejść do historii jako osoba, która umożliwiła rządy pierwszej kobiety na tym stanowisku. Nie do końca demokratycznie, ale Demokraci raczej nie przejmują się demokracją, co widać choćby w oporze do legitymowania wyborców.

Efektem byłoby zapewne to, co widzieliśmy: otwarte granice, ludzie z Ameryki Łacińskiej i całego świata śpiący na ulicach miast, dodatkowe gwałty i kradzieże ponad te już zapewniane przez amerykańskich murzynów.

Do tego finansowanie najróżniejszych absurdalnych projektów. Przykłady z czasów Bidena:

  • 446 700 dolarów przyznanych przez Departament Stanu na promowanie rozwoju ateizmu w Nepalu.
  • 47 020 dolarów wydanych przez Departament Stanu na transpłciową produkcję operową w Kolumbii.
  • 20 600 dolarów sfinansowanych przez Departament Stanu na wydarzenie typu drag show w Ekwadorze.
  • 32 000 dolarów na stworzenie i dystrybucję komiksu poświęconego tematyce LGBTQ w Peru.
  • 1 milion dolarów na wsparcie francuskojęzycznych organizacji LGBTQ w Afryce Zachodniej i Środkowej.

Uczciwie trzeba przyznać, że w kwestiach fundamentalnych trendów zmiana administracji nic nie zmienia. Nadal obserwujemy lawinowy wzrost wydatków i gwałtownie rosnący dług. Z każdym dniem dolar traci siłę nabywczą, a złoto zyskuje na wartości. Z każdym dniem tej czy innej administracji zbliżamy się do ściany w postaci bankructwa.

Share This Post
Categories
Ekonomia

Miszalski won

Zakończyło się głosowanie nad odwołaniem prezydenta Krakowa Miszalskiego. Wyborcy zdecydowali o jego odwołaniu.

Stołek dla Miszalskiego był przejawem chorego systemu politycznego w Polsce. PO Tuska miało dominującą pozycję w polskiej polityce. Kogo wskazał Tusk na kandydata PO ten miał wygrane wybory w kieszeni. Przypomina to nieco konia Kaliguli imieniem Incitatus. Kaligula postanowił, że koń zostanie senatorem, dokładnie tak samo jak Tusk ustanowił Miszalskiego prezydentem. (Podobnie zresztą jak z innym koniem, imieniem Roman, o którym Tusk postanowił, że zostanie posłem, i tak się stało.)

Po wyborach zaczęło się zmasowane kolesiostwo, nepotyzm i rozkradanie. Dla obywateli: drogie parkowanie (dla kierowców) oraz drogie bilety autobusowe (dla nie-kierowców). Typowe zachowania polskich polityków samorządowych, znane mi osobiście z Wrocławia. I dla porządku – obie partie polityczne dopuszczają do władzy złodziei i nieudaczników, a to wynika po prostu z słabej jakości wyborców, którzy głosują nie potrafią docenić inteligentnych, pracowitych kandydatów. To jest afrykanizacja polityki – nieważne ilu kandydatów startuje w wyborach, głupi wyborcy w Afryce zawsze wybierają złodzieja.

Zwykle tego typu referenda kończą się klapą, są niewiążące, bo nie ma wymaganej ilości oddanych głosów. Na to liczyła klika Miszalskiego. Tym razem okazało się, że jest inaczej, ludzie okazali się bardzo zmotywowani.

Miszalski popełnił okropny błąd. Zamiast zmoblizować swoich zwolenników i walczyć jak mężczyzna, próbował zastosować sztuczkę z brakiem kworum.

Cała ta heca ze zniechęcanie do pójścia na referendum pokazała paskudną mordę KO. Maski na chwilę spadły. Gdy wybory miały być dogodne dla KO, to wysoka frekwencja na Jagodnie była bardzo fajna. Gdy wybory miały być niekorzystne, to odzywały się różne łże-autorytety związane z KO z przekazem, żeby sobie odpuścić głosowanie. Demokracja jest cacy gdy wygrywają i be gdy przegrywają. Przerabiane w ramach akcji ‘Zabierz babci dowód’. Obrzydlistwo.

Jest to czerwona kartka dla Tuska, który w spektakularny sposób przegra wybory za rok. Wygra PiS, lub jakieś partie z niej powstałe, co wcale nie oznacza zmiany na lepsze względem KO.

Dla Miszalskiego jest bardzo intensywny czas, robienia porządków w papierach, generowania dupokryjek o wykonanych umowach doradztwa, szabrowania resztek kasy. Czas złotych spadochronów.

Dla mieszkańców Krakowa jest po powrót na pole startowe. Już wiadomo, że w wyborach startować będzie cała menażeria oszołomów, którzy powyłazili z lamusa. Jako pierwszy zgłosił się Banaś, skompromitowany wieloma rzeczami, między innymi pomawiany o wynajmowanie lokalu na burdel. Do tej pory o krakowskim magistracie mówiono w przenośni, że jest tam burdel. Jeżeli Krakowiacy go wybiorą, to może wtedy zrobi tam burdel dosłowny?

Share This Post
Categories
Ekonomia

Bankructwo USA

Nagrałem bardzo ważny film na temat zbliżającego się bankructwa USA, zachęcam do obejrzenia

Share This Post
Categories
Ekonomia

Nieruchy

Szybkie pytanie do ekspertów: jaki będzie miesięczny czynsz kredytu od lokalu za 1 849 000 zł?

I pytanie pomocnicze: ile głów trzeba umyć i ostrzyc, aby pokryć ratę kredytu?

Share This Post
Categories
Ekonomia

Live

Polecam mój wczorajszy live

Share This Post
Categories
Ekonomia

Słomski kręci filmy

Chcesz wystąpić na moim kanale YT? Z twarzą lub anonimowo?

W dniu 21 kwietnia (wtorek) w godzinach 13-16 będę obsługiwać klientów skupu i sprzedaży w placówce we Wrocławiu. Za zgodą klientów transakcje będą nagrywane na potrzeby materiału na YT.

Zapraszam.

Share This Post
Categories
Ekonomia

Nieruchomości Żagań

Gościnnie podrzucam ofertę nieruchomości inwestycyjnej w Żaganiu

Oraz domu w tym samym mieście

Share This Post