All posts by Przemysław Słomski

Dawniej MW, obecnie G, wielkie G

Jakiś czas temu pojawił się u mnie miły klient. Kupił sobie australijską srebrną monetę 10 oz.

Co robi sprytny klient, który kupuje kruszec u jednego dilera? Biegnie do jubilera, urzędu probierczego lub innego dilera, aby upewnić się, że moneta nie jest fałszywa. Tak też zrobił mój klient, poszedł do dilera G (dawniej MW, wszyscy wiedzą o kogo chodzi), a tam dwie panie w okienku powiedziały mu, że nie są pewne, ale jak dla nich to moneta jest fałszywa. Bo jak się magnesem przesunie, to się zachowuje, jakby w środku był wolfram. Najwyraźniej nie potrafią stosować się do wskazówek jak badać srebro i nie potrafią obsługiwać wag magnetycznych.

Otrzywawszy telefon o takiej treści spotkałem się z klientem, oddałem mu pieniądze, a także poprosiłem, żeby zaniósł monetę z powrotem do G z prośbą o nawiercenie pod kątem obecności metalu nieszlachetnego i pisemną opinię. Niestety, pisemnej opinii G nie wydaje. A główny technik, jak już wrócił z urlopu, to stwierdził, że moneta jest jednak oryginalna. I monetę oddali, podobno jakoś specjalnie nie przepraszając.

I teraz pojawiają się pytania. Co by było, gdyby klient zaczął się rozpisywać na forach, że został oszukany przez moją firmę? Czy firma G, której pracownice rzucają grube oskarżenia, pokryłaby powstałe wymierne szkody finansowe? A może one same są w stanie odpowiadać swoim majątkiem za spowodowane szkody?

Klienci wadliwie zakładają, że wielość oddziałów, marmury i garsonki świadczą o wysokiej jakości obsługi oraz świetnim, tanim towarze. Niestety, świadczą tylko o wysokich cenach i braku osobistej odpowiedzialności. Te panie być może wczoraj pracowały w mięsnym, a dziś, po krótkim szkoleniu, sprzedają złoto inwestycyjne i ‘doradzają’ klientom. Oraz, co gorsza, ‘testują’ czyjś towar.

Zresztą rynek zdaje się już to karze. Spółka G ma swoje problemy. Nie tak dawno UOKiK ostrzegał przed ich programem oszczedzania w złocie. I jak się przyjrzymy raportom finansowym, publikowanym przez właściciela, grupę T (str 23-25), to obraz jest dość ponury. Za 2017 strata wyniosła ponad 5 milionów zł. Za pierwsze pół roku bieżącego 2018 strata wynosi juz ponad 2 miliony. Łączna strata od początku działalności idzie w dziesiątki milionów. Ile, nie wiadomo dokładnie, poprzez mnogość spółek i spółeczek.

Jak to może się skończyć? Giełda już to wyczuwa, kurs spadł do bardzo niskiego poziomu 2 zł, a jeszcze nie tak dawno zawierał się w widełkach 7-10 zł.

Następni po akcjonariuszach obudzą się kredytodawcy, czyli banki. Po prostu wymówią linie kredytowe. I to będzie koniec. Jakoś nie wierzę, że znajdzie się chętny do finansowania tej spółki, przy tak negatywnym sentymencie do złota u inwestorów. Domyślam się, że cała koncepcja stojąca za powstaniem tej spółki to stworzyć prężną spółkę i sprzedać ja jakiemuś dużemu światowemu graczowi. Z tym, że to nie przejdzie. Nie przy wspomnianym negatywnym sentymencie, gdzie niekórzy amerykańscy dilerzy odnotowują spadki sprzedaży 80% rok do roku, i gdzie spółka przyniosła multimilionowe straty.

Spółka G oferuje ‘dostawę terminową’ w 45 dni (robocze). To jest piękna droga do typowej piramidy finansowej. Spółka przynosząca straty może się ratować oferując dostawę terminową, czyli za sprzedaż dzisiaj kupowany jest towar dostarczany klientowi, który dokonał zakupu dwa miesiące temu, a dzisiejszy klient dostanie towar w przyszłości, kupiony za pieniądze kogoś, kto zrobi zakup za dwa miesiące. Ma to szansę działać tak długo, jak jest świeży dopływ środków. Małe potknięcie, powstaje panika i okazuje się, że towar nie przychodzi na czas i że jest długa kolejka klientów czekających na kupione złoto. Takich przypadków mieliśmy już parę, mam tu na myśli Hyath i Dominusarx, przed którymi zresztą ostrzegałem.

Na zakończenie dodam, że nie czuję wrogości do spółki G. Ten wpis jest spowodowany troską, aby konsumenci nie stali się poszkodowani i aby złoto inwestycyjne nie kojarzyło się wyłącznie z kolejnymi przekrętami. Uważam, że wszyscy dilerzy jadą na tym samym wózku. Robimy dobrą robotę starając się uświadamiać ekonomicznie naszych klientów, chronić ich majątek przez zakusami rządów i podatkiem inflacyjnym. Chciałbym móc napisać coś bardziej optymistycznego o naszym polskim rynku.

Share This Post

Obligi

Inwestorzy poszukują bezpiecznej przystani dla swoich pieniędzy, co z roku na rok jest coraz trudniejsze. Ceny nieruchomości są wyspekulowane na całym świecie, również w Polsce, co wynika z obfitego dostępu do taniego kredytu. Wysokie ceny dyskwalifikują tego typu aktywa. Giełda w Polsce to są jakieś żarty, nawet nie ma sensu nie ma się o tym rozpisywać, podobnie jak obligacje korporacyjne. To wszystko jest jeden wielki wałek, ‘kotłownia’, mający na celu odcedzanie ‘ulicy’ z kapitału. Jak słyszę te brednie, że ‘w długim terminie akcje zawsze rosną’, to pusty śmiech mnie ogarnia. Nie do wiary, że są jeszcze gość głupi ludzie, żeby inwestować na GPW.

Są jeszcze lokaty straceniowe (bo poziom odsetek nie pokrywa inflacji, więc się oszczędza, a traci), oraz obligacje państwowe ‘strata, z ryzykiem’. Strata, bo odsetki są śmiesznie niskie, i ryzyko, bo zainteresowanym osobom mogę pokazać obligacje RP, których RP nie wypłaciło i nie wypłaci. Ponosi się ryzyko, że znowu zostanie się przekręconym przy okazji jakiejś politycznej rozróby czy światowego krachu.

Nie wszyscy chcą pakować się w 100% w złoto, co jest zrozumiałe. Nie wszyscy ludzie rozumieją, że warto mieć i że można kupić złoto, co już jest mniej zrozumiałe. Dlatego Polacy mają jakieś 67 miliardów zł w walutach obcych, ulokowanych w bankach.  Tylko, że tej kasy już tam nie ma, są tylko zapisem na kontach. Pieniądze nie leżą w kasie banku, czekając na właścicieli, lecz są pożyczone. W razie krachu, jak na Cyprze czy Ukrainie, możliwy jest run na bank i ze swojej lokaty będzie można wyciągnąć 100 euro dziennie, jak się odstoi swoje 8 godzin w kolejce… Albo dostać równowartość w zdewaluowanych złotówkach, na przykład po 4 zł za dolara, gdy rynkowy kurs będzie wynosił na przykład 20 zł. Niestety, ludzie nie zdają sobie z ryzyka lokowania walut obcych w bankach, nabierają się na zapewnienia o ‘gwarancji do 100 000 zł’.

Jedną w ciekawych opcji, choć mocno kontrowersyjną, jest posiadanie obligacji USA. Wykres 10 latek wygląda tak:

Nastąpiło mocne wybicie z obecnego trendu.  Jak to się dalej potoczy? Są głosy, które wieszczą początek kryzysu walutowego, krach dolara. Taki scenariusz, choć możliwy, biorąc pod uwagę skalę zadłużenia USA, uznaję za mało prawdopodobny. Bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym wzrost oprocentowania obligacji spowoduje przepływ kapitału z giełdy i uformowanie bessy, a to z kolei spowoduje dalszy spadek oprocentowania obligacji USA. Być może jesteśmy w lokalnym szczycie oprocentowania obligacji.

Zakup obligacji średniego horyzontu (5-10 lat) da zablokowanie obecnych poziomów odsetek na taki okres. To daje inwestorowi ryzyko na scenariusz krachu wartości dolara, i jednocześnie szansę wypłacania relatywnie wysokich odsetek gdyby doszło do krachu na rynku akcji i napływu kapitału na rynek obligacji. Posiadanie obligacji USA daje też zabezpieczenie przed krachem na rynkach peryferyjnych.

Nie jest łatwo uzyskać ekspozycję na obligacje USA. Kotłownie nie chcą wypuszczać ofiar ze swoich szponów. Są jednak nieliczne domy maklerskie w Polsce, które dają możliwość nabycia walorów na giełdzie w Nowym Jorku. Warto pamiętać, że konto maklerskie w Polsce wyrażone jest w złotówkach. Wobec tego w scenariuszu osłabienia złotówki wobec dolara powstanie nominalny wzrost wartości konta. Innymi słowy, od zeszmacenia złotówki trzeba płacić podatek dochodowy.

Share This Post

Wybory 2018

Większość rozsądnych ludzi jest zgodna co do tego, że demokracja w obecnej formie jest czystą kpiną. Oddaje się władzę w ręce ludzi, którzy są dobrzy tylko w jednej rzeczy – w zdobywaniu głosów wyborców. Natomiast niekoniecznie sprawnie zarządzają krajem i prowadzą go w dobrym kierunku. I niekoniecznie kierują się dobrem ogólnym, a częściej napchaniem własnej kieszeni.

Obejrzałem dzisiejsze wydanie wiadomości w telewizji reżimowej. Akurat trafiłem na doniesienia o wyprawie GITD do papieża, a zaraz z nią na falę oczerniania opozycyjnych samorządowców. Mam już swoje lata, dlatego pamiętam Dziennik Telewizyjny z czasów Jaruzelskiego. Odniosłem wstrząsające wrażenie deja vu. Ten charakterystyczny, gebelsowki, szczekający ton głosu, czytający rewelacje o pielgrzymujących funkcjonariuszach i skorumpowanych politykach… Tylko kolor mundurów nieco się zmienił, jeździ się do Watykanu, a nie do Moskwy, natomiast sama narracja jest taka sama.

Nagonka polityczna też jest niezmiernie podobna. Zamiast prezentowania powielaczy i dolarów wysłanych przez rewizjonistów z Bonn, widzimy kompromitujące materiały o samorządowcach. Ktoś z nich przeklina, inny ma kochankę, podobno coś tam sprzedali za półdarmo … wyroków za te rzekome malwersacje jeszcze nie ma, sądy są jeszcze niepokorne, ale niedługo będą.

Sam niechętnie legitymizuję władzę swoim głosem. Ale skoro tej władzy tak zależy na oczernieniu opozycji, to utwierdza mnie to na stanowisku, że warto iść zagłosować. Tak jak większość obywateli olewam stalinowsko-hitlerowski obowiązek meldunkowy, więc zarejestrowałem się zdalnie do wyborów w serwisie ePUAP. I będę skreślał jak szalony.

Share This Post

Kler

Rekord został pobity. Prawie milion ludzi poszło do kina, aby obejrzeć film pt Kler. Zapewne większość czytelników już go widziała. Opiniami i przemyśleniami należy dzielić się w komentarzach. Ilustracyjnie fotka p. Dudy, witającej się ze znajomymi.

Share This Post

Zakup złota przez NBP

NBP odważył się na ciekawy i odważny ruch, dokonał zakupu 9 ton złota.

Banki centralne nienawidzą złota. Jego posiadanie przeczy oficjalnym teoriom, że złoto jest niepotrzebne jako relikt przeszłości. Podobno teraz wystarczy sama wiara w papierowe banknoty.

Ponadto fluktuacja cen złota jest niewygodna dla banku centralnego. Spadek ceny powoduje papierowe straty. Wzrost ceny powoduje księgowe zyski, od których rząd nakazuje sobie wypłacić jak najbardziej realne dywidendy.

Nie jestem skory do chwalenia jakiegokolwiek zarządu NBP, ponieważ świadomie nie chcą aby polskie monety inwestycyjne były powszechne poza granicami Polski. Ponadto ich działania propagandowe są obrzydliwe, które trudno nazwać je inaczej niż rozdzielaniem łapówek dla klakierów. No i karygodny brak reakcji na działania spekulantów, powodujące ogromne wahania kursu złotówki, za co płacą wszyscy Polacy. Ale trzeba przyznać, że zakup złota jest świadectwem pojawiającego się rozsądku, w końcy ktoś się zastanowił, na ile obligacje trzymane przez NBP są dobrą i bezpieczną formą lokowania rezerw. Oczywiście nie są – USA i większość krajów UE to bankruci.

W zakupie złota jest też świadectwo długofalowego myślenia o kraju, co doceniam. Zwykle w demokracjach zachodnich dominuje myślenie w perspektywie do najbliższych wyborów: wydać co się da zrabować w podatkach i jeszcze się zadłużyć. Oczywiście, NBP nie jest budżetem państwa, więc ciężko stwierdzić, że Polska przestaje się zadłużać i zaczyna budować lokatę w złocie. Mam na myśli tylko to, że Polska nagle znalazła się w gronie krajów potrafiących myśleć długofalowo, jak na przykład Chiny czy Rosja. Takiego myślenia nie wykazało żadne państwo UE od 1998 roku.

Moment zakupu też jest dobrze dobrany. Ceny złota są bardzo niskie, ewidentnie niedoszacowane, szkoda byłoby, gdyby NBP z tego nie skorzystało.

Przeliczając wysokość rezerw złota w stosunku do ilości gotówki w obiegu można stwierdzić, że posiadamy 8% pokrycia waluty w złocie. Niestety taki wskaźnik nie ma wiele się przyda, nie obejmuje on zapisów elektronicznych w bankach z jednej strony, oraz innych rezerw walutwych NBP z drugiej strony równania. Nie należy się też spodziewać, żeby NBP kiedykolwiek użył złota w ratowaniu wartości złotówki. To są zapasy na wypadek wojny albo do stworzenia parytetu złota w nowej walucie, gdy kiedyś nasza obecna złotówka ulegnie dezintegracji w ramach hiperinflacji.

Share This Post

Brexit, pół roku przed

Już mnie boli brzuch od jedzenia popkornu. Przez ostatnie półtora roku obserwuję nieudane próby dogadania się UK z UE. Czeka mnie jeszcze pół roku spektaklu, a potem, jak mawiają Arabowie w Paryżu, grande finale.

Mamy do czynienia z negocjacjami. Każda ze stron ma jakiś swój cel. Brytole chcą ugrać jak najwięcej: przestać płacić składki do UE, mieć dostęp do wspólnego rynku i zachować prawo angielskich emerytów do mieszkania na południu UE (ale nie dopuszczać pracowników z UE na swój rynek pracy). Do tego dziesiątki tysięcy drobnych tematów, począwszy od latania samolotów z UK do UE, poprzez stosowanie się do ogromnej liczby umów i regulacji unijnych, aż do tematu granicy lądowej z IRL. Parę dekad integracji spowodowało istnienie dziesiątek tysięcy współzależnych regulacji prawnych. I, co zabawne, Brytole myśleli, że będzie tak jak zwykle w dyplomacji, powiedzą “skacz”, a druga strona spyta “a z którego okna?”.

Ale nie tym razem. Przywódcy Unii mają jeden główny cel: upokorzyć Brytoli i nie dopuścić do miękkiego Brexitu. To byłaby lekcja dla wszystkich pozostałych krajów, czym grozi wyjście z UE. W szczególności ważna lekcja dla prawaków z Polski i propagandy mówiącej o “wstawaniu z kolan”. Wojna secesyjna jest dziś niepotrzebna, wystarczy odciąć gospodarkę danego kraju od obrotu z UE i mamy piękny, laboratoryjnie wyhodowany przykład wielkiej recesji. Galopująca dewaluacja lokalnej waluty i wynikła z tego inflacja. Wzrost stóp procentowych jako podłoże do spadku konsumpcji i recesji. Do tego cały ten towar na rynek EU niemożliwy do wysłania na kontynent i produkujących go ludzi, których trzeba zwolnić, aby napędzić recesję…

Gospodarka oparta na samowystarczalności jest świetnym pomysłem, gdy dany kraj zużywa na przykład milion aut rocznie oraz 100 milionów ton zboża, i dokładnie tyle produkuje. Ale produkując 5 milionów aut przy potrzebach na poziomie 1 miliona, oraz zużywając 100 ton zboża przy produkcji 20 milionów ton zerwanie stosunków gospodarczych i ograniczenie wymiany handlowej prowokuje ogromne problemy gospodarcze. Brytole ośmieszają się podchodząc do negocjacji z nastawieniem roszczeniowym. Ich pozycja negocjacyjna jest tak słaba, że powinni od razu spotkać się w wagonie Compiègne i zadeklarować “błagamy, podpiszemy wszystko co chcecie”.  Biedni głupcy, jeszcze tego nie rozumieją, że nie tylko mają przystawiony pistolet do głowy, ale również, że sami go sobie przystawili.

Pamiętacie, jak w dokładnie 6 lat temu ostrzegałem, że trzeba się zabezpieczyć i przyjąć obywatelstwo kraju, w którym się mieszka? Pamiętacie dyskusję, czy warunki życia Polaków za granicą się pogorszą? Okazuje się Słomski znowu miał rację, jak przez zdecydowaną większość czasu. Bez lokalnego paszportu mogą was wyrzucić z UK czy dowolnego innego państwa UE z dnia na dzień, nawet jeżeli rodzice was tam przywieźli w wieku niemowlęcym. Choć niewykluczone, że sytuacja etniczna i ekonomiczna tak się zmieni, że sami będziecie chcieli wracać do Polski.

Share This Post

FaceCoin

Bańka bitkojnowa wygenerowała całe rzesze fajbojów, wierzących, że kupując bitkojny po $10-20 k wkrótce staną się bogaci, bo niedługo cena bitkojna dojdzie do $1 m. Jak w każdej bańce wtedy gdy ulica zaczyna wierzyć w takie rzeczy to należy wyskakiwać z inwestycji, co zresztą proponowałem w odpowiednim czasie.

Niezerowa cena złota i bitcoina wynika stąd, że ich ilość jest ograniczona ilościowo i wydobycie kosztuje.

Problem z bitkojnem jest taki, że jest on jednym z etapów rozwoju technologicznego. W odróżnieniu od złota, które ma pewne unikalne cechy, powodujące, że do pewnych zastosowań jest niezastąpione. Nie da się wymyśleć neozłota ani złota 2.0. Natomiast przed bitkojnem były próby niezależnego systemu pieniężnego, które z racji scentralizowania były szybciutko odłączane od sieci przez kulsonów. Bitkojn, jego decentralizacja, system oparty na blockchainie oraz proof-of-work były przełomem. Ale to na pewno nie koniec. Będą kolejne technologie, które z jakiś względów będą lepsze od bitkojna. I wtedy bitkojn stanie się tak samo przydatny jak odtwarzacz VHS. I tak samo tani.

I właśnie wygląda na to, że taka chwila właśnie się zbliża. Ze swoim kojnem startuje Facebook. I teraz porównajmy sobie bitkojna, którego kupuje się w celach spekulacyjnych albo …. no cóż, w 99% spekulacyjnych, a facecoinem (fejskojnem?), za który można kupić reklamę na fejsie, różne fanty na markecie, a docelowo również konto premium (kto nie chciałby wiedzieć, kto oglądał jego profil?). Ilu jest użytkowników bitkojna na świecie w porównianiu z obecnymi na fejsie: 1 300 000 000 użytkowników, 65 000 000 firm z czego 6 000 000 płaci za reklamę? O ile czegoś nie schrzanią, w stylu sztywnego powiązania z nieustannie szmacącym się papierowym dolarem, facecoin będzie sukcesem finansowym na skalę dużo większą niż emisja akcji Facebooka.

Jest serwis, który liczy, ile razy obwieszczono już koniec bitcoina. Wygląda na to, że już wkrótce  te proroctwa mogą się w końcu dokonać.

Share This Post

Kto czyta blogi

Pod ostatnim wpisem rozgorzała dyskusja na temat wywierania wpływu na różnych portalach. I czy jest sens robić propagandę na małych blogach o akwarystyce.

Bardzo często otrzymuje propozycje współpracy, które jak widać po braku wpisów sponsorowanych standardowo odrzucam. Najczęściej są to oszukańcze struktury oparte na ‘forexie’. Z ofert wynika, że można dostać spory procent wpłat ofiary zwerbowanej w sieci i tak wysoka prowizja jest możliwa tylko w scenariuszu, w którym ofiara traci wszystko co włożyła. Nigdy tak nisko nie upadłem, aby reklamować oszustów, ale na sąsiednich blogach często widzę, że autorzy mają mniej skrupułów i korzystają. Inny przykład to reklamy legalnych instytucji, też płacących duże sumki. Przykładem sprawnego zarabiania na nich niech będzie łysy kolega piszący o tym jak oszczędzać pieniądze. Całkiem sprawienie zarabia miliony na prowizjach od instytucji finansowych, sprzedających na jego blogu na przykład lokaty straceniowe. Nie oszczędnościowe, a straceniowe, ponieważ po zapłaceniu podatku Belki odsetki nie pokrywają inflacji, więc na lokacie się traci. Zarabia tylko on i bank.

Nie ma dziś tak małej niszy, której nie warto zagospodarować. Nawet taki niszowy blog jak ten, dziennie odwiedzany tylko przez 1000 unikalnych IP, bywał uznawany przez forexowych przekręciarzy i reklamowych ściemniaczy za warty skorumpowania. Jest tak dlatego, że choć ilość odwiedzających jest kilkaset razy mniejsza niż zwykłym blogu celebryckim czy plotkarskim, to jednak odwiedzający specjalistyczne blogi mają kilkaset razy większy wpływ na rzeczywistość niż czytelnicy Pudelka.

Warto zwrócić uwagę, że marketing szeptany pojawia się w każdym możliwym miejscu, gdzie tylko ktoś zagląda. Skoro reklamuje się pralki gdzie tylko się da, nie wierzę, że nie reklamuje się danych poglądów politycznych. Dowodem na to, że polskie służby specjalne interesują się blogami i forami jest to, że użytkownicy forów i facebookowych grup detektorystów są budzeni o 6 rano, gdy tylko pochwalą się w sieci znalezieniem lub posiadaniem czegoś, co można podciągnąć o ustawę o broni i amunicji. Stara niezbita spłonka albo destrukt karabinu i trzepanie chaty pewne jak w banku. A zwykle przy okazji kulsony znajdują coś więcej, na przykład monetę 1 kopiejka z 1881 roku i powodzenia w udowodnieniu, że legalnie posiadana, a nie skradziona z pola. Kulsony wymagają dowodu wypłaty z banku… Dlaczego tak brzydko nazywam kulsonów? Ma tak każdy, kto próbuje coś załatwić, na przykład zgłosić kradzież roweru. Dopóki nie ma poważnych spraw, takich jak wspomniane zardzewiałe naboje, 0,1 g zioła w fifce lub koszulka na pomniku, to kulsony umarzają sprawę, o ile w ogóle chcą przyjąć zgłoszenie.

W czasach intensywnych przekrętów vatowych na granulatach kruszców widziałem w logach dużo wejść służb skarbowych, zwyczajnie dlatego, że w google wyskakiwały im moje wpisy. Po aferze Amber Gold na chwilę wzmożyła się obecność służb wszelkiego rodzaju. Wtedy przyglądano się wszystkim, którzy mieli cokolwiek wspólnego ze złotem. Ale skoro blog nie uchodzi uwadze reklamodawców to jestem przekonany, że nie uchodzi on również uwadze służb, zarówno naszych, jak i ich. I całkiem prawdopodobne jest, że mamy tu jakiegoś cyber-tituszkę, który wrzuca prorosyjskie komentarze raz na jakiś czas.

Share This Post