Monthly Archives: October 2010

Film na weekend

Każdy zna chyba Jima Rogersa, faceta który wielokrotnie stawiał trafne diagnozy makroekonomiczne i potrafił na nich zarobić. Słynny z sarkastycznych wypowiedzi pod adresem autorów ‘ożywienia’.

Godzinna rozmowa w Mises Institute:

A dla interesujących się historią i militariami – filmik pokazujący uzbrajanie pierwszej atomówki:

Share This Post

Brak wpisów

Więcej pracy = mniej wpisów.

Poza tym – o czym tu pisać. Kol. Panika doskonale ujął sytuacje z Tuskiem. A kolega Ockham udowadnia, że Polska długu nie zwróci. Oczywiście, że nie, znajdzie wytłumaczenie tak jak przy okazji papierów z II RP. Tyle razy już o tym pisałem, że nie mam już więcej siły – zresztą co tu jeszcze więcej można powiedzieć.

Po wczorajszej akcji na NYSE najbliższe sesje będą ciekawe. Mam nadzieję, że ceny metali trochę pospadają.

Share This Post

Konkurencyjność – dyskusja

Ten blog staje się coraz bardziej przyczynkarski i lewicowy. Niedługo zacznę chyba wyłącznie tłumaczyć anglojęzyczne blogi oraz postulować 30 godzinny tydzień pracy. Ale zanim się to stanie, chciałbym odnieść się do doskonałego wpisu kol. Adama Dudy.

Kluczowym pojęciem od którego trzeba zacząć jest kapitał, potrzebny do wytworzenia/zakupu środków produkcji i podnoszenia wydajności i stopy życia. Dlaczego transformacja ustrojowa w Polsce była tak bolesna? Między innymi dlatego, że Polacy nie dysponowali kapitałem. To znaczy owszem, mieli kieszenie niesamowicie wypchane różnokolorowymi banknotami, ale hiperinflacja doprowadziła do wyzerowania nawet tych niewielkich zasobów kapitału, jakie udało się zakumulować za komuny. Kapitał jaki pozostał do dyspozycji to marki i dolary oraz mikroskopijne ilości złota monetarnego – to za mało w stosunku do potrzeb.

W podobnej sytuacji znajdzie się wkrótce Ameryka. Z własnego doświadczenia wiem, że w Stanach wystarczy rzucić kamieniem w dowolnym kierunku, by trafić milionera. Ciekawe lecz nieco stare dane wskazują na to, że w USA mieszka 9 000 000 ludzi o majątku > $1M. Ci ludzie stracą sporą część swoich majątków wraz z hiperinflacją. Artykuł wspomina o inwestowaniu u nieruchomości (spadek cen ostatnimi laty), w akcje (słynna stracona dekada na giełdzie) czy funduszach inwestycyjnych (fundusze obligacji i lokaty dostaną najgorzej w tyłki w czasie wysokiej inflacji). Właściwie jakkolwiek (oprócz złota) ludzie ci ulokują swój kapitał, to zostaną go pozbawieni – to będzie poważny problem, gdy nadejdzie czas prawdziwego ożywienia.

Gospodarka amerykańska sprawdzała się doskonale wtedy, gdy skupiała się na produkcji. O to poszło w czasie Wojny Secesyjnej, że wyrobnicy na farmach Południa byli potrzebni jako wyrobnicy w fabrykach Północy. Były to czasy taniej (murzyńsko-emigranckiej) siły roboczej i wysokiej (niemiecko-brytyjskiej) innowacyjności. Dziś sytuacja jest zupełnie inna – istniejące wysokie zarobki w Stanach wymagają wysoką innowacyjność i wysoką wydajność produkcji, lecz o to coraz trudniej. Amerykanie nadają się coraz mniej jako wynalazcy – dlatego importuje się mózgi z Europy, że zasoby Ameryki nie wystarczają.

Ponieważ nie jestem kimś znanym mogę sobie na szczerość zakrawającą na lekki rasizm – przy obecnej strukturze etnicznej USA, w której tylko 65% populacji stanowią potomkowie Europejczyków, o kreatywności i postępie trudno mówić. To Biali stworzyli całą cywilizację i wysłali ludzi na Księżyc, gdy murzyni żyją w swoich wioskach w Zambii tak jak żyli 5 000 lat temu. Takie są fakty i żadne oficjalne politycznie poprawne kłamstwa tego nie zmienia. Ameryka z cywilizowanego państwa o dominującej roli białych staje się powoli biednym i dzikim krajem. Nic tego trendu nie zmieni, tak długo jak rosnąć będzie w społeczeństwie udział kolorowych. Kto nie wierzy, niech pozwiedza osiedla otaczające Paryż, tam gdzie dominuję ludność afrykańska i niech zastanowi się jak innowacyjnym jest to społeczeństwo.

Ostatnia rzecz na jaką chciałem zwrócić uwagę to zapotrzebowanie na produkty ultra-wysoko-przetworzone. Kol. Adam podaje wiele ciekawych przykładów – maszyny do wycinania drzew, satelity, całe fabryki. Jakie jest jednak zapotrzebowanie na takie produkty? W gruncie rzeczy niewielkie. Ameryka eksportuje ogromną ilość wyrafinowanego sprzętu wojskowego – w porównaniu z ilością codziennie zużywanych produktów konsumpcyjnych przez 300 milionowy naród to ledwie wgięcie na deficycie handlowym. Samoloty kupuje się w USA raz na 10 lat, fabrykę kupuje się w Niemczech raz, potem przez 20 lat wypuszcza ona produkty warte miliony razy więcej niż sama fabryka – gdyby było inaczej nie spłacałaby się ona i nie byłoby sensu ekonomicznego jej kupować. Podobnie satelity – choć każdy satelita jest drogi, to jednak ile świat konsumuje satelitów rocznie? Czy produkcja satelitów mogłaby zdjąć z polskiego rynku pracy milion bezrobotnych? Nie, bo do tego trzeba kapitału (którego nie mamy) wiedzy (której nie mamy) oraz popytu (którego nie ma – rynek jest bardzo płytki). Fakty są takie, że 100 satelitów obsługuje całą łączność satelitarną dla 4 miliardów ludzi. Dwa wiodące koncerny aeronautyczne Lockheed Martin Corporation i The Boeing Company zatrudniają łącznie 300 000 ludzi – to jest nic w porównaniu z 1000 większą populacją kraju. Podkreślę jeszcze raz – podstawą każdego z nas osobna dobrobytu (copyright tow. Dobrowolski 😉 ) są firmy produkcyjne produkujące zwykłe towary konsumpcyjne na rynek krajowy. Nie jest to ani branża bankowa, ani przemysł nanotechnologiczny, ani loty w kosmos.

Globalizacja miała być sposobem na walkę z biedą, a okazała się drogą do zubożenia krajów zachodnich. Większość produkowanych towarów konsumpcyjnych wymaga pewnej ilości pracy ludzkiej i mamy tu kilka możliwości:

– zwiększymy wydajność, co dziś oznacza zastąpienie pracy ludzkiej maszynami – bezrobocie wzrośnie

– zapłacimy pracownikom tyle co w Azji – będziemy mieli społeczeństwo nędzarzy tak jak w Azji

– wyślemy produkcję do Azji – wtedy bezrobocie wzrośnie a kraj zbankrutuje przez nierównowagę handlową jak USA

Rozwiązanie jest jedno – ustalenie takiego parytetu w handlu zagranicznym, by nie było znaczących deficytów. Czyli wysyłamy zboża lub obrabiarek za miliard dolarów to importujemy towarów za miliard dolarów. Wszelkie odejście od tej zasady oznaczać będzie zrujnowanie świata zachodniego i jakości życia.

Share This Post

Październik miesiącem krachów

Jak powszechnie wiadomo, październik lubi być miesiącem w którym dochodzi do krachów. W krachu 2008 roku akcje taniały przy jednoczesnym pędzie do bezpiecznej dolarowej przystani. Spora część wydarzeń działa się właśnie w październiku –  DOW 19.09.2008 wyniósł 11388 a 10.10.2008 już tylko 8451, dno znalazł 9.03.2009 z odczytem 6547. Na ten krach stado zbaraniałych inwestorów zareagowało tak jak ich uczono w szkołach – założono a priori, że w momencie krachu najbezpieczniejszym miejscem ulokowania kapitału są obligacje USA.

Konsekwencją były wydarzenia w Polsce. Krach października 2008 spowodował spadek wartości złotówki z 2,421 (30.09.2008) do 3,900 (16.02.2009). Po prostu znowu zbaraniałe stado założyło, że rynki wschodzące są bardziej ryzykowne niż obligacje USA. To był spektakularny kryzys walutowy, bo jak inaczej nazwać spadek wartości waluty krajowej o 60%? Na pocieszenie można powiedzieć, że sporo głupków popłynęło tęgo, sprzedając polskie akcje w dołku, kupując dolary po prawie 4 złote i kupując obligacje USA, płacące nawet i 0% odsetek. Interes życia, nie ma co.

Spodziewałem się, że tej jesieni będziemy mieli do czynienia z kolejną odsłoną kryzysu. Jak wiele razy pisałem, ożywienie to ściema, a zielone pędy są tak naprawdę zżółkłymi chwastami. Październik wydawał się dobrym momentem na przełożenie prawdy o stanie gospodarki USA na wykresy i ceny aktywów.

Tymczasem okazuje się, że inwestorzy odrobili lekcje i wyciągnęli wnioski z wydarzeń sprzed dwóch lat. Tym razem wydarzenia nie są dokładną kopią krachu z początku kryzysu. To zupełnie nowe zjawisko – ucieczka od dolara. Pisałem o tym od początku bloga (2005) i spodziewałem się tego ostatnim razem (2008), wtedy jednak przeceniłem inteligencje krawaciarzy, którzy zrobili dokładnie na odwrót – zamiast porzucić dolara zaczęli go kupować.

Dziś dotarło do inwestorów, że jeżeli powiększymy dwukrotnie ilość waluty w obiegu, to jej wartość spadnie o połowę, a ceny wzrosną dwukrotnie. Inflacja to nie wzrost cen, jak się wydaje ludziom na ulicach, inflacja jest wzrostem ilości rządowego pieniądza w obiegu. Na szczęście dla rządzących Stanami generowanie nowych pieniędzy (QE) było kompensowane destrukcją kredytu (obcinanie limitów na kartach, spłaty kredytów), a jak wiadomo pieniądzem możliwym do wydania jest również kredyt bankowy. Teraz to zastępowanie kredytu gotówką się kończy i ilość nowego pieniądza zaczyna rosnąć rozwadniając jego wartość.

Ponieważ kol. Trystero lubi moje odniesienia do życia seksualnego, specjalnie dla niego opiszę sytuację dolara w tych kategoriach. Szmacenie waluty jest jak łóżkowa zdrada – nie ma od niej powrotu. Chodzi o to, że zarówno w związkach ludzi jak i w przypadku waluty papierowej kluczowe znaczenie ma wiara. Raz zdradzony partner traci zaufanie i związek zaczyna się rozpadać, tak jak raz zeszmacona waluta rozpoczyna nieodwracalną drogę ku zerowej wartości. Właśnie dlatego w wielu krajach stosuje się najróżniejsze pegi i parytety – przywiązując lokalną walutę do poważniejszej waluty obcej zyskuje się kredyt zaufania, bez której lokalna waluta nie może istnieć. Kręcący pierdolnikiem w Waszyngtonie nie zdają sobie z tego sprawy, myślą że taki skok w bok dolara może się udać. Niestety, eksperyment ze stymulowaniem gospodarki drukiem dolara, bez jej uzdrowienia (powrót produkcji do USA, koniec zadłużania się), skończy się destrukcją dolara.

To co widzimy to spodziewany przez mnie od dawna początek końca łże-dolara. Należy jednak zdać sobie sprawę, że będzie to proces znacznie bardziej bolesny od spadku wartości walorów giełdowych. Dolar jest światową walutą rezerwową, w której prowadzone są transakcje międzynarodowe, to odpowiednik krwi dla każdego organizmu. Krach dolara odpowiada sytuacji, gdy z krwi znika hemoglobina – nie jest to zbyt zdrowe dla funkcjonowania organizmu.

Dotkliwe będą przede wszystkim wahania cen surowców – widzimy co się dzieje z cenami srebra, złota, zbóż i ropy, a to dopiero początek. Mogą być trudności z zakupem niektórych z nich, kto będzie chciał oddawać coś za papier, który jutro może nie być przyjęty jako płatność – przypomina to oddanie wymiernego dobra za pocięte kawałki makulatury. Trochę to jednak potrwa, zanim kurz opadnie i świat przejdzie na inny system walutowy. Chciałbym, żeby to było złoto, lecz niestety prawdopodobnie będzie to renminbi.

Konsekwencjami będzie też wysoka inflacja w USA, która zabije tamtejsze życie na kredyt. Kredyt będzie niedostępny, chyba że wyrażony w złocie. Najpierw do historii przejdą kredyty hipoteczne a zaraz potem karty kredytowe. Jedynym kredytobiorcą którego stać będzie na zapłacenie każdych odsetek będzie rząd federalny – nawet gdy będzie to 100% rocznie pieniądze się wydrukuje i odda kredytodawcy. Zgadzam się, że rząd amerykański jest najpewniejszym pożyczkodawcą, który nigdy nie ogłosi niewypłacalności – nawet gdy nie ma pieniędzy na zwrot długu to je wydrukuje i zwróci.

Przyszło nam żyć niezwykle ciekawych czasach. Po upadku systemu centralnie sterowanego doświadczamy obecnie zapaść systemu kapitalistycznego. Nie jest to spowodowane wewnętrzną wadą kapitalizmu, lecz głupotą i nieodpowiedzialnością ludzi mających w rękach ster, zwyczajnie wierzących w cuda – że można żyć nie produkując, że można drukować walutę i będzie ona miała jakąś wartość, że można się zadłużać w nieskończoność. Doświadczanie najbliższych lat będzie stanowić niezłą nauczkę dla keynesistów.

Share This Post

Praca najwyższym dobrem XXI wieku

Warto powrórtnie spojrzeć na sytuację na rynku pracy w USA, pamiętając oczywiście że oglądamy trend, dane procentowe na wykresie są podawane przez rząd są niedoszacowane.

Jak widać, miną jeszcze co najmniej dwa lata zanim gospodarka powróci do stanu przedkryzysowego.  Jest to oczywiście założenie najbardziej optymistyczne, w którym nie będzie drugiego dna spowodowanego erozją dolara i wysoką inflacją i problemami z surowcami (Peak Oil). W świetle faktów i opartych na nich prognoz trzeba pogodzić się z faktem wysokiego bezrobocia, które będzie z nami przez długie late.

Sytuacja w USA przypomina nieco Polske, jako że obie gospodarki cierpią z powodu braku przemysłu, fundamentu każdej zdrowej gospodarki. Różnica polega na tym, że w Polsce gospodarkę zniszczyli kolaboranci z PRPR i urealnienie gosporarki w 1989 r spowodowało falę urealnienia bezrobocia, która trwa do dziś, a  amerykańscy oligarchowie pozbawili się produkcji sami we własnym zakresie.

Z obserwacji i rozmów z wieloma ludźmi wynika, że ci którzy myślą w społeczeństwie dzieli się na dwie grupy. Większość (która nadal ma pracę) uważa, że być może problem bezrobocia istnieje, ale w głównej mierze jest to wina bezrobotnych, że nie mogą znaleźć pracy – nie mają wystarczających/właściwych kwalifikacji, mają za wysokie wymagania finansowe, nie chcą pracować tylko wolą otrzymać zasiłki (tu nawet nagroda Nobla wpadła za takie ‘odkrycie’) itp itd. Ludzie nie mający własnego doświadczenia z szukaniem pracy ostatnimi czasu naiwnie uznają, że gdyby stracili pracę, to inną znaleźliby w ciągu kilku najbliższych tygodni.

Druga grupa to ci, którzy stracili już pracę i przeszli wszelkie fazy bezrobotności – od optymizmu (straciłem pracę, ale to nic, będę wysyłał każdego dnia po 10 cv i wkrótce znajdę nową pracę) przez zdziwienie (jak to, wysłałem już 1000 cv i nikt nawet nie zadzwonił) i rozgoryczenie (ograniczyłem swoje oczekiwania z pozycji dyrektora do zamiatania w maku i nadal nikt nie chce mnie zatrudnić) aż do apatii (ale byłem głupi myśląc że znalezienie pracy to drobnostka – myślę, że nigdy już nie znajdę pracy).

O wiele wyższe rozgoryczenie panuje wśród białych kołnierzyków, czyli wykształconej klasy średniej. Niebieskie kołnierzyki sami wiedzą, że są niewykształceni i to ich wina że nie mogą znaleźć dobrej (czy jakiejkolwiek) pracy. Natomiast wykształciuchy zrobili wszystko co mieli zrobić – poszli na dobre studia, rozpoczeli kariery, awansowali, założyli rodziny, wzieli sobie na głowy kredyty hipoteczne, jeździli raz w roku na wakacje do ciepłych krajów. Aż tu nagle – BUM. Pracy nie ma, szukanie nic nie daje od roku czy dwóch. Ci ludzie czują rozgoryczenie – grali według reguł a okazało się, że w grze reguły nagle przestały obowiązywać. Sprawę pogarszają jeszcze powstające konflikty w związku. Małżonek/ka ma dość, mówi jak to ja mam, ludzie mają prace A TY NIE? Co z tobą nie tak?

Ta Depresja dotyka setki milionów ludzi w ‘rozwiniętym świecie’. Po jej zakończeniu społeczeństwo będzie przemielone i rozbite jak po przejściu wojny.

Share This Post

Etyka

System zaliczył kolejny pad. Mam nadzieje, że już ostatni. Poniżej wpis odtworzony z backupu. Komenty niestetety wcięło.

Pojęcie moralności jest bardzo względne. Dla jednego człowieka moralność zupełnie nie istnieje, może on mordować ludzi dla prowizji wypłacanej z zakładu pogrzebowego. Dla innego człowieka moralność jest tak ważna, że płaci więcej kupuje produkty Fair Trade czy płaci godnie swoim pracownikom, zdając sobie sprawę, że wypłacanie płacy minimalnej jest wpychaniem ludzi w głód i nędzę. Mimo ogromnej niejasności tego pojęcia trzeba zgodzić się z koncepcją etyki autorstwa I. Kantapostępujmy tak, jak chcielibyśmy by wobec nas postępowano. W zamyśle Kanta było: nie krzywdźmy ludzi, ponieważ sami nie chcemy być skrzywdzeni. Za tym idzie cała etyka libertariańska mówiąca, że jesteśmy tak wolni, jak nie naruszamy wolności innych ludzi i nie krzywdzimy ich.

Jest zbytnim uproszczeniem utożsamianie moralności z systemami prawnymi czy religijnymi. Religia/prawo/moralność nie są ze sobą tożsame. Według chrześcijanizmu ‘cudzołożenie’ czyli seks pozamałżeński jest grzechem, ale we współczesnym społeczeństwie życie w niesformalizowanym związku jest powszechnie akceptowane, nie jest również przestępstwem, gdy partnerzy są dorośli. Wykonywanie zawodu regulowanego bez licencji jest przestępstwem, choć nie jest ani niemoralne ani grzeszne – to naruszenie szkodliwych dla społeczeństwa regulacji narzuconych przez grupę wykonującą dany zawód. Nie można powiedzieć, że coś jest moralne tylko dlatego, że jest zgodne z prawem! W USA legalne i zgodne z prawem jest zabijanie nieletnich i chorych psychicznie skazańców – ale czy jest to etyczne? Przykładów lżejszej wagi z Polski można wymienić całkiem sporo – np. dzielenie zwolnień grupowych na mniejsze partie by uniknąć wypłat odpraw, przyznanie tepsie faktycznego monopolu Polsce, skutkujące najwyższymi cenami usług w Europie, wieloletnie zamknięcie przestrzeni powietrznej dla konkurencji LOTu, co skutkowało absurdalnymi cenami, unikanie uregulowanie kwestii obligacji II RP pod pozorem przedawnienia roszczeń – to wszystko było i jest legalne i nie narusza żadnego przykazania lecz jest nieetyczne, ponieważ krzywdzi/ło społeczeństwo.

Gdy nasze poczucie dobra i zła zawodzi (na przykład na styku z ekonomią), najprościej kierować się bilansem dobra i zła. Bierzemy daną decyzję czy postawę i analizujemy – na przykład weźmy wzrost zadłużenia Polski. Po stronie zysków mamy niewiele – może spokój społeczny, możliwość dokonywania pewnych inwestycji. Po stronie minusów mamy narastanie poważnego problemu – kiedyś ten dług trzeba będzie w końcu oddać, co obniży poziom życia Polaków, lub zbankrutować, co obniży go jeszcze bardziej. Dla doraźnego celu politycznego przyszłość kraju jest szalenie zagrożona. Mamy odpowiedź – zadłużanie może i jest legalne lecz jest wysoce niemoralne.

Mój wpis i całe te wywody sprowokował kol. Trystero w swoich komentarzach. Twierdzi on, że spekulując nie robi również nic niemoralnego, ponieważ nie robi nic nielegalnego. Tą tezę udało się nam nieco podważyć, wykazując że niekoniecznie wszystko co legalne jest też moralne. Otóż kol. Trystero nic nie wytwarza – zarabia tyle pieniędzy, ile ktoś inny traci na giełdzie. Nie chciałbym zabrzmieć jak komunista podważający sens całego systemu kapitalistycznego, ale potrafię spojrzeć na system z góry. Na giełdę przychodzą i duzi gracze instytucjonalni, ale i mali gracze żyjący marzeniami bądź chcący zyskać więcej niż śmieszne parę procent oferowane przez banki. To już jest kwestia sumienia każdego człowieka, by ocenić to na ile moralne jest ich ogrywanie.

Z całą pewnością nie można zgodzić się z kolejną też kol. Trystero o pożyteczności spekulantów. Z zasady żadna spekulacja nie jest korzystna dla społeczeństwa, ponieważ prowadzi do pęcznienia baniek spekulacyjnych, które z kolei przyciągają spekulantów-amatorów. Po pewnym czasie każda bańka pęka, powodując ubożenie całości społeczeństwa, a w szczególności zaangażowanych w nią drobnych graczy. Spekulacja może i jest korzystna, ale dla małego grona osobników czerpiących z niej korzyści, potrafiących wejść i wyjść w odpowiednim momencie.

Co gorsza, wbrew tezom kol. Trystero, spekulacja nie jest korzystna dla całej gospodarki, pełniąc rzekomo rolę arbitrażową, pomagając lepiej wyceniać aktywa. Przeciwnie! Spekulacje charakteryzują się gwałtownymi zmianami cen danego waloru/aktywa w oderwaniu od rzeczywistości. Dzięki spekulantom nie mamy lepszej wyceny, mamy gorszą ponieważ efekt stada baranów albo zbija wartość danego aktywa albo winduje.

Spekulacje to również zła alokacja, to środki nieprzeznaczone na inne, sensowniejsze projekty. Ogromny zakres bogactwa został zmarnotrawiony na przykład przy okazji Dot Com Bubble. Napływ spekulantów wcale nie doprowadził do lepszego wycenienia akcji spółek IT, przeciwnie, wywindował je do statosfery i spowodował powstanie wielu absurdalnych projektów typu pets.com. Po paru latach kolejna sytuacja – spekulanci dzięki taniemu kapitałowi wlewają się na rynek nieruchomości, powodują pęcznienie cen i potem załamanie się całego schematu. Nie mamy żadnej ‘lepszej wyceny’ dzięki spekulantom (uważającym się za inwestorów) – mamy trzeci rok światowego kryzysu.

Weźmy spekulacje na rynku Forex. Większość graczy traci w tej zabawie, średni czas niezbędny do wyzerowania konta to 62 dni, jak zdradził mi znajomy dyrektor z firmy Zecco. To właśnie dlatego organizuje się konkursy z luksusowymi samochodami by pokazać, jakie to wielkie zyski potencjalnie można osiągnąć. Większość jednak przegrywa – na rzecz operatora (prowizje) oraz kilku najlepszych graczy. Temu można zapobiegać, od dawna postulowany jest Podatek Tobina. Podobnym ciosem dla spekulantów giełdowych byłaby konieczność trzymania zakupionych walorów przez pewien czas.

Można usprawiedliwiać się na tysiące sposobów, ale faktów to nie zmieni. W historii ludzkości każda bańka spekulacyjna rozpoczynała się od małej spekulacyjki i każda kończyła się ludzką tragedią. Jestem pierwszym człowiekiem opowiadającym się za wolnością i swobodą gospodarcza, lecz moje standardy moralne nie pozwalają by zgodzić się na pasożytnictwo. Wiem, że komuniści po zrujnowaniu gospodarki próbowali zrzucić winę na ‘spekulantów’, ‘bumelantów’, czy ‘pasożytów społecznych’. Nie oznacza to jednak, że ‘pasożyt społeczny’ jest wymysłem Stalina i nie istnieje. Ze spekulacjami oraz cwaniakami żyjącymi na cudzy koszt trzeba walczyć.

Share This Post

Karen Owen

Wybiórcza zamieściła krótki materiał o ‘wielkim’ skandalu z USA. Oczywiście jak to zwykle bywa nie zamieszczono materiału źródłowego, od którego cała sprawa się zaczęła – nie pozwoliła na to ich bigoteria lub brak umiejętności ściągnięcia odpowiedniego pliku.

Polecam lekturę, bowiem nie zawsze trzeba czytać rozprawki naukowe. Niech każdy wyrobi sobie własne zdanie, bez opierania się na dziennikarzach.

Sprawa jest zupełnie jasna – Polska i Stany są krajami o podobnym poziomie zakłamania, z pięknymi purytańskimi tradycjami. Pięknie szczeka się o Chrystusie i każdy ‘przyzwoity’ człowiek biega w niedziele do kościoła. Jednak ludzie są ludźmi i bzykać też się lubią, chyba nawet bardziej niż opowiadać jacy to są pobożni. Skandal pojawia się, gdy ktoś przełamuje tabu i zaczyna za dużo mówić o seksie. A uczennica, niewinna z racji wieku, pisząca takie straszne i gorszące materiały, to piękny żer dla dewotów/bigotów/dziennikarzy.

Share This Post

Inwigilacja

W cywilizowanych krajach istnieje szereg wolności obywatelskich, ponieważ obywatele stoją na stanowisku, że państwo ma służyć obywatelom a nie obywatele państwu. Wyborcy mają świadomość natury państwa – nie chodzi o socjalizm i wypłacanie pieniędzy odebranych bardziej pracowitym, lecz o państwo broniące praworządności i wolności.

Polska to zdziczały kraj, pełen nierozumnych obywateli (nie wiedzących tego, co napisałem powyżej) i politykierów z tego korzystających. Na tym ugorze kilka organizacji stara się zaszczepiać koncepcje wolności, ale w tym tempie będzie to trwać jeszcze setki lat.

Idealnym przykładem bananyzacji Polski jest afera dotycząca inwigilacji dziennikarzy. Granda jest wielopiętrowa, bo oprócz nielegalności podsłuchów (dziennikarzom przysługuje prawo do tajemnicy dziennikarskiej) ABW i CBA okłamywały Prokuraturę. To tak jakby Gestapo okłamywało Abwerę!

Osoby odpowiedzialne za nielegalne podsłuchy powinny iść do pierdla na długie lata, a to dlatego że inwigilując pismaków naruszyli nie tylko prawo, ale również funkcję kontrolną IV władzy. Jeżeli już ktoś ma kogoś podsłuchiwać, to dziennikarze prokuratorów. Oczywiście, jak to w dzikim kraju, żadnych konsekwencji nie będzie wyciągniętych. Sprawa rozejdzie się po kościach, trzeba się zająć ważniejszymi sprawami jak na przykład delegalizacją dopalaczy. Wódka i fajki są dobre, dopalacze i trwa są złe.

Pismacy powinni się dobrze odgryźć tym, którzy zlecali ich podsłuchiwanie. Jak to mówią prokuratorzy – pokaż człowieka, a paragraf się znajdzie. Wystarczy dobrze tych panów poobserwować – na pewno znajdzie się kochanka lub kochanek, wciąganie futra nosem, drogie samochody za łapówki itp. Trzeba tym mendom długich artykułów w prasie, z podaniem nazwisk i wiele dużych kolorowych fotek. Bo jak nie, to będzie jak na Białorusi – niewygodni dziennikarze zaczną znikać. Polacy są bardzo dumni z tego, że Polska to nie Białoruś. Obudźcie się! W Polsce robi się jak u Łukaszenki. Oczywiście dziennikarze w Polsce są głupi i wyobraźnia nie sięga im dalej niż najbliższa wypłata, więc żadnych retorsji nie będzie.

Pamiętajmy, Polska jest taka, jaką ją stworzyli obywatele. Polacy pozwalają na sranie psów na chodnikach – chodniki są obsrane. Polacy pozwalają na bezprawie wymiaru ‘sprawiedliwości’ – jest ‘sprawiedliwie’.

Sytuacja w Stanach pod względem wolności prasy nie jest za wesoła. Głównym problemem są ograniczenia narzucone po Zamachach oraz nadmierna koncentracja mediów w rękach oligarchii. Na szczęście blogerzy są wyłomem w zalewie propagandy i poza kontrolą oligarchów. Jest także długa lista koncepcji mających chronić wolność:

– Konstytucja – Amerykanie powszechnie wierzą, że Konstytucja chroni ich wobec rządu.

Concerned citizen – osoba, która czuje się odpowiedzialna za istniejącą sytuację, np. naruszenie prawa czy wolności przez władzę. Taka osoba ma prawo składać petycje i protestować.

Whistlerblower – osoba, która sygnalizuje złamanie prawa, często nielegalnie publikując tajne dokumenty. Łamanie prawa przez taką osobę nie jest przestępstwem, tak jak obrona konieczna i jest prawnie chronione.

Constant fight for freedom – koncepcja wedle której obywatele cały czas narażeni są na ograniczanie swoich praw przez kolejne rządy, wobec czego cały czas trzeba walczyć o ich utrzymanie.

Check and balances – koncepcja, że jedna władza kontroluje i balansuje inną. Na przykład policja ściga skorumpowanych polityków a sądy orzekają o nielegalności jakiejś ustawy. W USA jest to bardzo poważnie traktowane, politycy siedzą w więzieniach (np. dwóch ostatnio skazanych gubernatorów Illinois). W Polsce jest to farsa – politycy robią co chcą, policja pije z nimi wódkę, a w międzyczasie Sejm wrzuca do kosza orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego (np. obligacje przedwojenne).

Jestem optymistą jeżeli chodzi o Amerykę. Ten kraj pewnego dnia wstanie z kolan, przepędzi skorumpowanych polityków i restauruje Konstytucję oraz Republikę. A Polska zawsze będzie republiką bananową, cyklicznie najeżdżaną przez sąsiadów, w okowach dyktatorów/zdrajców jak Jaruzelski, czy w stanie pseudodemokracji bezwolnościowej tak jak dziś.

Share This Post