Monthly Archives: October 2010

Czy kobiety powinny wypowiadać się o standardzie złota?

Wypowiedzi kobiety pokazanej na ekranie niebezpiecznie przypominają wypowiedzi współczesnych nam ministrów finansów / central-banksetrów… Może ci panowie zamiast propagować walutę papierową powinni skupić się bardziej na kociętach?

Oczywiście w tym miejscu trzeba zamieścić mały disklejmer – nie jestem seksistą, kobiety są dalece bardziej interesującymi stworzeniami niż mężczyźni.

Share This Post

Srebro

Wygląda na to, że wzrost cen srebra i złota napędził popyt na nie – posiadacze papierowych banknotów i cyfrowych zapisów na kontach korzystają z okazji żeby rzutem na taśmę załapać się na metal. Znajomi dilerzy sygnalizują puste półki.

Przy okazji ciekawostka. Sytuacja na rynku metali szlachetnych jest zaprzeczeniem prawa podaży i popytu o którym tyle było mowy podczas dyskusji o płacy minimalnej. Otóż po raz kolejny okazuje się, że wzrostowi cen towarzyszy opustoszenie półek. W teorii wzrost cen powinien zmniejszyć popyt i zwiększyć podaż – posiadacze metalu powinni chcieć sprzedawać i skonsumować wzrost cen. Tymczasem praktyka przeczy teorii.

Do sprzedania jest ostatnie 72 uncje srebra i trochę złota. Więcej będzie za około 2-3 tygodnie, z tym że nie wiadomo jakiej cenie. Zakup teraz oznacza przerzucenie tego ryzyka na sprzedającego.

Share This Post

Cuda dolarowe – apdejt 1

Ciekawe rzeczy dzieją się w kraju Waszyngtona i Obamy. Oto wykres indeksu dolara:

Nie jestem tak dobrym analitykiem jak kol. Trystero, który utrzymuje się z gry na giełdzie, ale jak dla mnie mamy tu formacje RGR. Oznacza to, że indeks spadać będzie co najmniej do poziomu 71 punktów, co z kolei oznacza, że ustanowione może zostać nowe minimum wartości dolara.

Na rynku srebra panika, szczególnie dla inwestorów operujących dolarem. Cena oszalała, osiągając w tej chwili $23. Jest to rajd o $5 bez zatrzymywania się na korektę. Podejrzewam, że korekta powinna przyjść, ale przy dolarze spadającym jak cegła nie wiadomo kiedy do tego dojdzie i ile wtedy będzie kosztować uncja. Ponadto wzrastająca gwałtownie cena zapewne spowodowała short squeeze, o której dobrze napisał dawno temu kol. Cynik. Inwestorzy posiadający krótkie pozycje (sprzedali awansem metal, którego nie posiadają z nadzieją na tańsze odkupienie) ponieśli ciężkie straty, które chcieliby ograniczyć. W tym celu muszą odkupić srebro na rynku i zwrócić go tam gdzie go pożyczyli, co dodatkowo podbija cenę. Na rynku jest dużo graczy z krótkimi pozycjami, toteż short squeeze jest w tym wypadku bardzo odczuwalny dla rynku, a jeszcze bardziej dla kieszeni tych ‘ściśniętych’.

Spodziewałem się, że w październiku dojdzie do jakiegoś ciekawego krachu giełdowego, który będzie można oglądać zagryzając popkornem. Październik to jak wiadomo miesiąc oszczędzania, ale i miesiąc krachów giełdowych. Jak na razie krachów niestety brak, ale za to mamy krach dolara.

Niewykluczone, że krach dolara jest na rękę kręcącym pierdolnikiem, to quantitative easing bez oburzania malkontentów takich jak ja. Osiąga się wiele celów za jednym razem. Domy stają się więcej warte w osłabionym dolarze, co powoduje że kredytobiorcy wykazują mniejszą ochotę na zaprzestanie spłaty kredytu hipotecznego. Eksport staje się bardziej opłacalny, co daje szansę na ograniczenie deficytu handlowego. A to, że inflacja będzie wkrótce poważnym problemem i że jacyś tam zwykli ludzie tracą wartość nabywczą z posiadanych dolarów – kogo to obchodzi. Zresztą to wina samych ludzi – trzeba było słuchać zaleceń rządu i stymulować gospodarkę wydając pieniądze. Ja ze swojej strony dodam – trzeba było, ale wydając na srebro i złoto.

Polecam lekturę prasy wybiórczej – coraz głośniej o wojnach walutowych, o których już wcześniej pisałem. Obniżanie kursu zielonego może być jednym z jej przejawów. Zgadzam się z Kahnem – takie wojny to nic dobrego. Ale powiem to, czego on nigdy nie przyzna – jedyny prawdziwy pieniądz to złoto. Wprowadzenie parytetu złota (uczciwego ! bez lewego druku !) kończy sprawę uniemożliwiając manipulacje kursami.

Share This Post

Praca minimalna

Niedawno niechcący spowodowałem wojnę między pp Trystero i Adamem Dudą swoją wypowiedzią popierającą płacę minimalną (PM), jako czynnik chroniący przed wyzyskiem. Uwaga, osobom wrażliwym i nerwowym radzę nie czytać poniższej polemiki…

Zacznijmy od tego, że w całej tej dyskusji jaka się rozpętała, padł argument, że trzeba być szalonym by twierdzić, że wzrost płacy minimalnej zwiększy zatrudnienie. W tym miejscu warto podrapać się w brodę i powiedzieć ‘czyżby…’.

Argument przeciwników PM sprowadza się do tego, że wzrost wynagrodzeń (cen płacy) doprowadzi do przesunięcia równowagi podaży i popytu na rynku pracy, wobec tego część pracodawców po prostu zrezygnuje z zatrudniania i bezrobocie wzrośnie.

Wobec tego wyobraźmy sobie, że zamiast zwiększać wszystkim pensje, zmniejszamy je całej pracującej populacji. Jakie będą efekty, bezrobocie spadnie? Pierwsze co zrobią pracownicy to obetną wydatki – będzie ich stać tylko na mieszkanie w 2 rodziny/mieszkanie i na chleb z towotem. Stracą pracę ‘zbędni’ usługodawcy – fryzjerzy (można się przecież samemu ostrzyc), przedszkolanki (dobry przykład z Polski – nie opłaca się kobietom pracować, gdy 50% wypłaty idzie na paliwo a 50% na przedszkole), wyprowadzacze psów (po co siedzieć w pracy za małe pieniądze, można wrócić do domu i iść z psem) itp, itd. Zamiast zbawiennego wpływu potanienia pracy mamy sytuację, jak po przejściu przez kraj Armii Czerwonej.

I ten przykład jest dokładnie z życia wzięty – w USA Polacy i generalnie emigranci są jak rzep na psie – obniżają koszty pracy w całym społeczeństwie, umożliwiając pracodawcom kontrolowanie kosztów i jako-taką konkurencyjność w stosunku do Azji. Z drugiej strony nie generują swoją konsumpcja miejsc pracy (śmiałem się, że nawet kapcie by pletli z łyka gdyby mogli) i zabijają ‘amerykański styl życia’. Mieszkając jak zwierzęta, odżywiając się jak zwierzęta i pracując za $10/h dumpingują ceny na rynku pracy, wypierając z rynku prac brudnych_i_prostych Amerykanów chcących zarabiać $20/h, tak by mogli kupić fajny domek (co zatrudnia budowlańców) i wykształcić dzieci (co zatrudnia nauczycieli). Emigranci nie generują miejsc pracy, chyba że w swoich macierzystych krajach, dokąd wysyłają pieniądze. I nikt mi nie powie że jest inaczej, ponieważ ja znam to z wielu lat własnej obserwacji i nie muszę czytać żadnych prac ‘naukowych’, zamawianych przez jedną albo drugą stronę sporu emigracyjnego w USA. Daj mi $100 000 grantu a udowodnię, że palenie papierosów jest zdrowe i powinno być zalecane każdemu.

Popatrzmy na całe zjawisko z innej perspektywy. Można postawić tezę, że w ogóle im niższe ceny tym lepiej. Niższe wynagrodzenia oznaczają więcej miejsc pracy, a np. niższe ceny soków owocowych oznaczają ich większą konsumpcje i większą siłę nabywczą konsumentów – więcej soku mogą sobie kupić.

Wobec tego wyobraźmy sobie sytuację, gdy likwidujemy całą sprzedaż detaliczną i przenosimy ją na rolników – każdy obywatel kupuje produkty bezpośrednio u producenta. Albo likwidujemy tą resztę ceł jaką mamy, jak również likwidujemy cła zaporowe nałożone za stosowanie cen dumpingowych. Istna sielanka – ceny spadają, każdego stać na dużo więcej, tylko tyle że POZORNIE. Mamy bowiem miliony nowych bezrobotnych ze zlikwidowanych marketów (zabitych przez sprzedaż bezpośrednią rolników) i kolejne miliony ze zlikwidowanych firm produkcyjnych (zabitych przez Azjatów stosujących ceny dumpingowe). Owszem, ceny spadły znacząco, ale i tak nikogo na nic nie stać, bo bezrobocie pustoszy kraj.

I znowu moja własna obserwacja. Dokładnie taki proces ‘liberalizacji’ i ‘globalizacji’ spowodował, że w przeciętnym amerykańskim miasteczku jedyny pracodawca to Walmart i bezrobocie wynosi 40% . Ale fakt, ceny w Walmarcie są bardzo przystępne, to się akurat zgadza.

Co więcej, terapia szokowa Balcerowicza charakteryzowała się nagłym otwarciem granic Polski na import. To zabiło zarówno prywaciarzy jak i przedsiębiorstwa państwowe – ograniczone zasoby kapitałowe i know-how spowodowały, że nie można było konkurować z importem. Owszem, na półkach pojawiło się wszystko, ale również zauważyliśmy eksplozję bezrobocia, z którym Polska do dziś nie może się uporać.

W ekonomii jest już tak, że często dochodzi do paradoksów, trzeba się z tym pogodzić. Z płacą minimalną jest nieco jak z wcześniejszymi emeryturami. Pomysł ‘dzielenia się pracą’ poprzez wysyłanie 50latków na emeryturę jest szczytny, lecz pozbawiony sensu. Wypłata im świadczeń powoduje wzrost składek emerytalnych dla nadal pracujących osób, co zniechęca do tworzenia nowych miejsc pracy. Co gorsza, 50latkowie siedzą bezczynnie, gdy mogliby wytwarzać dochód narodowy i zarabiać pieniądze. Te pieniądze, wydawane, stworzyłyby zapotrzebowanie na towary i usługi, wobec tego powstałyby kolejne miejsca pracy. Reasumując – paradoksalnie – trzymając ludzi jak najdłużej z dala od emerytury zwiększamy gospodarkę i tworzymy miejsca pracy.

Komentarze zostawię dziś otwarte, choć w związku z kolejną paneuropejską delegacją mój dostęp do netu będzie ograniczony i komentarze mogą byc autoryzowane z opóźnieniem.

Share This Post

Palikot – update

Śmierć jest motorem postępu. Codziennie w Polsce umiera ponad 1000 osób (tragedia, w której zginęło 13 osób w Berlinie, ta która tak potwornie wzruszyła premiera, że się tam natychmiast udał, jest jak kropla w wiadrze). Z drugiej strony codziennie w Polsce 1000 osób kończy 18 lat i otrzymując prawo wyborcze. Miliony ludzie zamieszkują lub zamieszkiwali za granicą – z racji Depresji wracają do Polski i w oparciu o swoje doświadczenia mówią ‘żaden urzędnik czy klecha nie będzie traktował mnie więcej jak śmiecia‘. Dlatego właśnie każdego dnia Polska coraz bardziej normalnieje, ludzie skażeni komunizmem i klerykalizmem przechodzą do historii na rzecz ludzi nowoczesnych.

Na ‘rynku’ wyborczym jest ogromne zapotrzebowanie na prawdziwą partię postępu, która może wpuścić nieco świeżego powietrza do zatęchłego Sejmu, zliberalizować kraj, otworzyć się na postęp i zakończyć okupacje Polski przez Watykan. Dlatego właśnie wielkim sukcesem może zakończyć się akcja tworzenia partii przez Palikota, Polacy chcą powtórzenia szopki i obiecanek Tuska.

Palikot odbierze SLD głosy antyklerykałów i wypchnie tą partie z parlamentu. SLD będzie partią reprezentującą wymierające pokolenie płatnych zdrajców, pachołków Rosji, tak jak PIS będzie partią reprezentującą grupę powolutku wymierającą kato-talibów. PO najbardziej dostanie po łapach, Palikot odbierze im większość wyborców, całą grupę którą oszukał Tusk wyższym VATem i galopującym deficytem.

O tym jak dużym zaskoczeniem może być nowa partia niech zaświadczą sondaże – proszę porównać dwa poniższe. Oczywiście internauci nie są reprezentatywni dla całości społeczeństwa, ale coś jest jednak na rzeczy:

Ponieważ jestem bardzo naiwnym i łatwowiernym człowiekiem, dam się oszukać jeszcze raz i zagłosuję na partię Palikota. Na pohybel klerowi.

Update – Tusku, poczytaj to i przemyśl.

Share This Post

Call Dan!

Wraz z wyczerpywaniem się przedłużonych zasiłków dla pierwszej fali bezrobotnych, desperacja w poszukiwaniu pracy zaczyna być coraz bardziej widoczna. Oto mamy do czynienia z facetem, który ogłasza się, że będzie zbierał psie odchody lub zrobi cokolwiek innego. Ponieważ ogłoszenie może zostać wkrótce zdjęte, poniżej zrzut:

Zdjęcie na billboardach już było, rozdawanie cv na skrzyżowaniach też, dorabianie prostytucja jak najbardziej. Co więcej zostało, sprzedaż nerki?

Share This Post

Odmienne spojrzenie na dług

Krzysztof ciekawie opisał wydarzenia nazywane ‘kryzysem argentyńskim’. Warto się jednak zastanowić nad szczegółami mechanizmu wpadania w takie problemy.

Zaciąganie kredytu to nic innego jak jak ‘podróż w czasie’ – przeniesienie konsumpcji z przyszłości do teraz. Możemy na przykład kupić sobie laptop po roku oszczędzania, ale oczywiście chcemy teraz, już i natychmiast. Identycznie jest z samorządami i państwami. Po poprzedniej kadencji zawsze zostają same długi, a nie oszczędności. Oszczędzanie jest nudne, obiecało się wyborcom najróżniejsze rzeczy, więc trzeba więc zadłużyć się jeszcze bardziej, aby ich choć trochę dotrzymać. Problem zadłużenia zostawi się następnej kadencji.

Zaczyna się życie na kredyt – państwo część pożyczanych środków marnuje, a za część umożliwia stopę życiową niemożliwą do osiągnięcia dla danego poziomu rozwoju gospodarczego danego kraju w danym momencie.

Podkreślić należy obiektywne przesłanki w różnicach stopy życiowej w różnych krajach. Porównywanie jakości życia emeryta w Polsce do sytuacji jego równolatka w USA jest absurdalna. Stany mają mniejszy odsetek emerytów i zadłużają się na ogromną skalę, dodatkowo Polska ma mikrą gospodarkę, z której zwyczajnie nie można ściągnąć dużych podatków. Nie można nawet marzyć, żeby żyć na takim samym poziomie.

Zderzenie z rzeczywistością następuje gdy dostępne źródła kredytowania ulegają wymaksowaniu i zamiast brać i korzystać należy rozpocząć oddawanie. Zwykle taki moment przychodzi gdy zadłużenie sporo przekracza 60% PKB i budżetu nie stać już na zwyczajne opłacanie odsetek.

Gdy nie da się już żyć na koszt kredytodawców i zaczyna się zaciskać pas jakość życia społeczeństwa gwałtownie spada, co prowadzi do gigantycznego oporu. Jak to, wcześniej stać nas było na to i tamto, a dziś ledwo na pół z tego. Ano tak, kredyt trzeba spłacić albo ogłosić bankructwo i pokazać kredytodawcom środkowy palec. I to właśnie powoduje opór – gdy zaciągano dług nikt nie protestował, czerpiąc frukty z zadłużania kraju, każdy cieszył się z ‘postępu’. Gdy następuje obniżenie sztucznego poziomu życia, do którego się przywykło, mamy barykady na ulicach.

Niezmiernie mnie dziwi, że emisja jakichkolwiek obligacji nie powoduje wybuchu zamieszek. Jasne jest bowiem, że wydrukowanie pierwszej obligacji jest pierwszym krokiem do zbankrutowania kraju. Jedyne wytłumaczenie jest takie, że zwyczajnie nikt nie zaprząta sobie głowy myśleniem. Ludzie, w większości wykazujący rozsądek nakazujący trzymanie się z dala od nadmiernego zadłużenia konsumpcyjnego, nie potrafią przenieść tej mądrości życiowej na całe państwo.

Co gorsza, dług państwa to czarna dziura zasysająca środki finansowe, które mogłyby być zainwestowane w sposób bardziej przydatny dla społeczeństwa. Jakże reklamowane ‘inwestowanie w obligacje RP‘ jest naprawdę nieefektywnym marnowaniem pieniędzy na wypłaty emerytur ubekom. Nam trzeba inwestować w przemysł, budownictwo i infrastrukturę, potrzebną temu krajowi zniszczonemu 60 letnia okupacją sowiecka i 20 letnia pseudo-liberalna gospodarką.

Zabawne, że Balcerowicz, ikona pseudo-liberalizmu, minister finansów 97-00, zadłużał kraj tak jak każdy minister finansów przed nim i po nim, ale dziś ma czelność firmować swoją twarzą otwarcie zegara liczącego dług publiczny. O ile zmniejszył pan dług publiczny w latach swego urzędowania, panie Balcerowicz, chciałoby się zapytać. I czy przypadkiem dług który teraz mamy, to w części nie dług który zaciągnął Balcerowicz, parę razy zrolowany i powiększony o 10 lat odsetek. (Redukcja polskiego długu i zamiana na obligacje Brody’ego to nie sukces Balcerowicza, w rządzie w tamtych latach, tylko swego rodzaju nagroda USA dla Polaków za obalenie komuny).

Nadal uważa się, że państwo ‘ma‘ jakieś pieniądze, które może ‘dać‘. ‘Państwo daje pieniądze emerytom‘, ‘państwo utrzymuje służbę zdrowia‘. Prawda jest taka, że państwo nic nie ma oprócz długów. Jeżeli dysponuje jakimikolwiek pieniędzmi, są to środki które gospodarka musi wypracować i które podatnicy muszą zapłacić, pomniejszone o odsetki od zaciągniętych kredytów i sztywne wydatki budżetowe. Zwykle wychodzi na to, że wynik takiego równania matematycznego zbliża się do bardziej do zera, niż ktokolwiek sobie wyobraża.

Share This Post

Sportek

Polscy siatkarze spektakularnie (do zera) przerżnęli z Bułgarami, podobnie jak wcześniej z Brazylijczykami. Kolejne miliony złotych zostały zaprzepaszczone w karmienie, trenowanie i transport bandy nieudaczników. A tymczasem tyle przydatnej pracy jest w Polsce – trzeba kozy doić, węgiel fedrować. No i taką pracą nie przynosi się wstydu ani sobie, ani rodakom.

Ciekawe, jaki polscy ‘sportowcy’ wykazują wysoki poziom tupetu. Normalny człowiek wykazałby jakąś samokrytykę: nie nadaję się, nie mam predyspozycji, nie reprezentuję światowego poziomu – dobra, lepiej zajmę się trenowaniem gimnazjalistów. Ale nie, pyski przyrośnięte do koryta, chce się jeździć na zgrupowania, brać kasiorkę za rzucanie piłeczką. Jak w przypadku polityków, najwyraźniej dopiero siekiera pomaga oderwać ryje od koryta.

Share This Post

Rosyjski akcent

Ostatnio pisałem o różnych odmianach angielskiego. Czas na mój ulubiony akcent w angielskim – rosyjski. Przy okazji warto zapoznać się z ciekawymi tezami prelegenta – faktem jest, że wolność w Ameryce przechodzi do historii:

Share This Post