Monthly Archives: February 2013

Narody do bicia

Media głównego nurtu w Polsce starają się podążać nie tylko za światowymi trendami, ale nawet je wyprzedzać. Jak wiadomo, media tradycyjne straciły finansowanie z reklam i są mniej aktualne niż treści w sieci. Media schodzą globalnie na psy – wygląda na to, że w Polsce już dawno zeszły.

Nie sposób odnieść wrażenia, że w mediach w Polsce istnieją narody wybrane, ale wybrane do bicia. Lista jest następująca: Korea Północna, Białoruś, Kuba, Syria, Iran, Argentyna i Wenezuela. Są próby ujęcia na liście Rosji, ale strach nie pozwala – dziś informacja puszczona w sieć nigdy nie znika i nie wiadomo kto to będzie kiedyś czytał …

Nie mam zamiaru bronić tamtejszych krwawych reżimów, wiadomo, że nie są to kraje zdatne do życia. Ale przecież Polska też jest krajem z którego obywatele uciekają gubiąc kapcie. Śmieszy mnie ciągłe łowienie absurdów wyłącznie tam, jakby tu bareizmów było mniej. Gdyby w Polsce było tak fajnie, to widzielibyśmy masową emigrację do Polski, a tymczasem spieprza stąd kto może.

Jakiś czas temu w prasie pokazano ciąg fotek z Korei Północnej, na których widać było szkielet Ryugyŏng Hot’el. W żadnym artykule nie pokazywano go w odniesieniu do ruin istniejących w Polsce. Tymczasem dziś hotel jest oddawany do użytku, a krakowski szkieletor nadal straszy. Parafrazując Biblię można powiedzieć: źdźbło w oku Koreańczyka widzisz, a belki w polskim nie dostrzegasz. Pseudohitem ostatnich dni jest zestawienie fryzur dozwolonych w Korei:

Aj waj, świat się kończy! Ale dlaczego nie wrzucić dla równowagi zaleceń dotyczących ubioru i fryzur w zachodnim świecie korpo? Czy można mieć dredy i pracować w banku? Albo, jeszcze lepiej, może warto skonfrontować koreańskie fryzury ze śmieciami podawanymi do żarcia nieszczęśnikom w polskich szpitalach, jakże podobne do koryta w koreańskich obozach pracy:

Czy nie zastanawia fakt, że od upadku sowieckiej okupacji państwo polskie nie potrafiło sobie poradzić z przywróceniem funkcjonalności służbie zdrowia? Przecież nie ma już okupanta, który uniemożliwiał Polsce normalność, nie pozwalał, żeby Polska była Polską (młodzieży polecam odsłuchanie tego ‘hymnu’ opozycji lat 80tych). Dlaczego nie da się stworzyć z Polski przyjaznego kraju? Przecież nawet takie szpitalnictwo to nie taka wielka filozofia – w szpitalu polowym w Haithi dawali lepiej zjeść, a trzeba wziąć pod uwagę, że żywność trzeba było przetransportować przez pół świata:

Dostajemy coś zupełnie przeciwnego niż byśmy chcieli. Bareizm roku w kategorii szpitalnictwo – staruszka odwiedzająca męża w szpitalu jest okradana, w pogoni łamie nogę, nie otrzymuje pomocy, jest olewana przez łapiduchów w kitlach i leni w mundurach. Powinna dać na mszę, że przeżyła, a nie narzekać na brak skradzionych dokumentów. Parafrazując poetę – jestem blogerem i wstyd mi za Polskę, wstyd mi za tych z Wrocławia. 

Taka sytuacja urąga państwu polskiemu i przyczynia się do tego, że kolejny bloger musi pluć na policję, a gdzieś tam kolejny Polak dochodzi do wniosku – nie będę żyć w tym bandyckim kraju, wyjeżdżam. Być może kiedyś dojdzie obcej agresji, i obawiam się, że Polacy rzucą karabinami o bruk, nie chcąc bronić całego tego syfu, który dostarczają nam rządzący tym krajem. Oto mój ulubiony wiersz Tuwima:

A wystarczyłoby zrobić prowokację policyjną, zastawić pułapki i połapać złodziei. Potem pokazać ich mordy w TV i zrobić wywiad z ich mamą i tatą. Wiem, wiem – nie da się – polskie prawo chroni prawa złodziei bardziej niż obywateli. No i już wkrótce kradzież nawet sporych sum nie będzie przestępstwem lecz wykroczeniem, dzięki czemu statystyki wystrzelą, pojawią się nominacje generalskie i ordery.

Oprócz czarnej listy, na której są kraje-samo-zło, jest też biała lista, czyli kraje-samo-dobro. Wiadomo, jest na niej przede wszystkim Ameryka, do której warto się odnieść w każdej gazecie, tak jak kiedyś w każdej odnoszono się do nauk Lenina. Potem na liście mamy Watykan, Szwajcarię, Francję, Wielką Brytanię, Skandynawię. Niektóre media próbują dorzucić jeszcze Izrael.

Reakcją ludu na propagandę jest agresja. W komentarzach wylewane są nagromadzone od pokoleń poglądy antysemickie, co czasem przykro słuchać, bo Polską nie rządzą Żydzi, tylko bogacze w sutannach i dawni sowieccy sprzedawczykowie, a pamiętajmy, że są ludzie, którzy należą do obu tych zbiorów równocześnie. Sporo osób ośmiela się również bluźnić przeciwko Watykanowi i Ameryce. Są to mechanizmy, które znam z czasów tego bydlaka Jaruzelskiego, gdy opinia publiczna też była zgoła przeciwnego zdania niż Partia i jej media.

Pozytywizm, a nie romantyzm, jest jedynym ratunkiem dla Polski. Konieczne jest wdrożenie racjonalnego rządzenia, opartego na wzorcach sprawdzonych na żywych organizmach innych państw. Musi być wizja polityczna, nie tuskowizm, rozpoczynanie dnia od lektury badań opinii publicznej – komu by tu schlebić, komu nie urazić odebraniem przywilejów.

Historia pokazuje, że kluczem do sukcesu państwa jest odwaga polityków, polegająca na stawieniu czoła rzeczywistości i determinacja by ją zmienić, bez względu na wrogów wewnętrznych czy zewnętrznych. Pudrowanie rzeczywistości, stawianie pustych stadionów, wyśmiewanie się z nieszczęśników którym przyszło żyć w zamordyzmie do niczego konstruktywnego nie doprowadzi.

Share This Post

Aspiracje

Jednym z słabych stron wielu społeczeństw starej UE są nadmierne roszczenia ich obywateli. Mają oni wrażenie, że wszystko się im należy, począwszy od dobrze płatnej i lekkiej pracy, skończywszy na wczesnej i wysokiej emeryturze. Właśnie dlatego tak doskonale dają sobie radę Polacy, którzy tam wyemigrowali. Pamiętają oni o tym z jakiego bagna się wyrwali, jaki jest poziom bezrobocia w Polsce, jakie są zarobki tych, którzy jakąś tam pracę mają. Biorąc pod uwagę, że koszty życia w nowym kraju nie są o wiele większe, a podatki są niższe, byli oni skłonni przyjąć nawet ofertę pracy za minimalne stawki – to dawało im i tak  lepszą jakość życia, niż we własnym kraju. Szacunek do pracy jest ogromnym atutem Polaków – takie podejście jest bardzo doceniane przez rozgarniętych pracodawców i z tego Polacy zaczynają słynąć.

Z jakiś niezrozumiałych powodów Francja cieszy się w Polsce dużą sympatią. Historycznie Francuzi nigdy Polsce w znaczący sposób nie pomogli, szczególnie w walce z okupantami, którzy dokonali rozbioru, a potem okupowali Polskę. Zdumiewa w szczególności sentyment dla Napoleona, który był przecież niczym innym jak Hitlerem w wersji beta. Bitwa pod Somosierrą, budząca u nas nadal nadęcie, była częścią kampanii mającej na celu okupowanie Hiszpanii, co budzi pewne wątpliwości moralne. Warto przypomnieć – Napoleon rzucił do samobójczej akcji Polaków, którymi Francuzi zwyczajnie gardzili. Nie wysłano ich dlatego, że byli cenni, jako doborowe oddziały, tylko dlatego, że ich strata byłaby najmniej bolesna. Awantura z Napoleonem to również wysłanie Polaków, którzy chcieli walczyć o wolność swojego kraju, do walki na Haiti, gdzie tubylcy chcieli walczyć o swój kraj, a Polacy reprezentowali krwawego okupanta.

Dziś Francja znajduje się na kolanach. To idealny przykład jak przyzwoity europejski kraj może ‘zejść na psy’ właśnie poprzez rozbuchane nastawienie roszczeniowe obywateli i sprowadzenie do kraju milionów nieproduktywnych emigrantów. Kraj toczy się siłą rozpędu, choć literka F powinna być jak najbardziej dodana do literek PIIGS – sytuacja społeczno-ekonomiczna jest zbliżona bardziej do bankrutującej Grecji niż funkcjonujących Niemiec.

Mało kto mówi prawdę o Francji i lokalnym społeczeństwie. W mediach dominują osobnicy, którzy stosują okrągłe słowa. Żaden francuski polityk ani francuski przedsiębiorca nie powie jak jest, bo każdy boi się reakcji ludu, który jak uczy historia, potrafi być porywczy. Na szczerość mogą zdobyć się tylko ci, którzy są w rozsądnej odległości, najlepiej za wielką wodą. Oto czego się dowiadujemy:

Kilka razy odwiedzałem tę fabrykę. Francuscy robotnicy dostają wysoką zapłatę, ale pracują tylko trzy godziny. Mają godzinę na przerwy i lunch, rozmawiają przez trzy godziny i przez trzy godziny pracują. Powiedziałem to w twarz francuskim związkowcom. A oni odpowiedzieli, że tak się robi we Francji. (…) W swoim liście stwierdził Pan, że chce rozpocząć rozmowy z Titan. Czy Pan sądzi, że jesteśmy tacy głupi? (…) Titan kupi fabrykę opon w Chinach lub Indiach, będzie płacić mniej niż 1 euro za godzinę pracy i wyśle stamtąd wszystkie opony, jakie potrzebuje Francja. Może Pan sobie zatrzymać wszystkich tak zwanych robotników.

Prawda w oczy kole, więc gwałtownie zareagowali związkowcy i politycy. Niestety, co by nie mówić, prawda jest taka, jak opisano to w cytowanym liście. Miejsca pracy będą stopniowo uciekać z Francji, nie tylko do Chin, ale również do nowych krajów UE. Dotychczasowy socjał będzie finansowany coraz większym zadłużeniem, który dobija do 90% PKB. Artykuł w Bankierze ładnie opisuje mechanizmu destrukcji i nie sposób się nie zgodzić z tezami autora – Francja jest skazana na gospodarczą ruinę, jak każde leniwe, roszczeniowe społeczeństwo. Politycy mogą sobie dowolnie zaklinać rzeczywistość, warto tylko żeby pamiętali, że mieszkają we Francji, a głodni Francuzi mają skłonność do oddzielania głów swoich polityków od reszty ciała.

Share This Post

Koń i inni dawcy białka

Z dużą ulgą przyjąłem doniesienia o mieszaniu mięsa wołowego z mięsem końskim. Spodziewałem się kolejnych wynalazków przemysłu spożywczo-chemicznego, ale ulgę stanowi fakt, że nikt nie umarł, jak to było na przykład w aferze ze wściekłymi krowami. Może mało kto pamięta źródło problemu – krowy były karmione sproszkowanymi skażonymi zwłokami innych krów. Jak widać, wspomniany przemysł bywa kreatywny, nie lubi marnotrawstwa i przed niczym się nie cofnie.

Być może spożywanie koniny narusza tabu pokarmowe, ale przecież mogło być gorzej. Nie dodawano ani mięsa szczurzego, ani owadziego, ani ludzkiego. Relatywnie nie jest najgorzej. Sam osobiście bardzo lubię mięso końskie. Jest dużo smaczniejsze niż mięso niedźwiedzie czy bizonie.

Trzeba zrozumieć producentów. Codziennie ilość gęb do wykarmienia na naszej planecie rośnie o 200 000. Zasoby wody, nawozów mineralnych oraz paliw kopalnianych do zasilania sprzętu codziennie spadają. Do tego rynek jest niezwykle konkurencyjny. Wielkie sieci takie jak Tesco naciskają producentów na obniżanie cen. Cudów nie ma – spadek cen musi prowadzić do obniżenia jakości produktu albo chociaż do zmniejszenia opakowania.

Większość Europejczyków czy Amerykanów nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje. A nawet gdyby sobie zdawali, to dochody realne w wielu miejscach spadają, a bezrobocie również nie sprzyja zakupom żywności ‘ekologicznej’ czy ‘premium’. Z kolei korporacje idą na bezczelnego z konsumentami. Taki McDonald nie tak dawno promował się serią reklam z Dociekliwymi, dyskretnie nie wspominając czym jest MOM i jaką rolę odgrywa w produkcji tak zwanej żywności w tak zwanej restauracji McDonalds.

Całość tego co się dzieje wpisuje się w trendy substytutozy. Młodzież jest żywiona substytutem żywności i w procesie edukacji otrzymuje substytut wykształcenia. Następnie wchodzi na substytut rynku pracy (prawdziwa praca wyemigrowała do Azji) i rozpoczyna substytut kariery (darmowe staże, ewentualnie minimalne wynagroszenia i umowy śmieciowe). Nawet pieniędzy nie ma prawdziwych, te oparte na złocie wycofano dekady temu, i zastąpiono walutami papierowymi, czyli substytutem w postaci kolorowych papierków. Wszystkie towary w sklepach są swoimi substytutami, są tak skonstruowane, by zepsuły się 1 dzień po zakończeniu okresu gwarancji.

Substytutem są też organa mające chronić obywatela. Niedawno ujawniono nagrania z podsłuchów, w których budowniczowie substytutów autostrad dogadywali dostarczanie odpowiednio spreparowanych próbek dla laboratorium atestującego nawierzchnie. Można podejrzewać, że nadzór nad produktami spożywczymi działa na podobnych zasadach. Owszem, biurwy są skore do zgnojenia farmera produkującego 1000 litrów wina albo 1000 kg sera rocznie, ale po wziątce od mega-producenta przymykają oko. Farsą są książeczki sanepidu dla pracowników produkujących żywność, które są masowo fałszowane i pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje. Natomiast kary są surowe jeżeli bar odda wiadro oleju posmażalniczego do chałupniczej produkcji biodiesla. Sanepid bada tutaj starannie, czy wypełniono Kartę przekazania odpadu.

Ale trzeba też zrozumieć ustawodawcę. Załóżmy, że delegalizujemy MOM. Ceny w McDonalds idą 2-3 w górę a zarząd podnosi wrzask, że w konsekwencji rocznie trzeba będzie zabić wiele milionów zwierząt więcej. Oprócz ‘potraw’ w McDonalds drożeją również wszelkie inne produkty spożywcze, a tanie kiełbasy znikają z półek. Pracownikach na umowach substytutowych głód zagląda w oczy, a wzrost cen towarów żywnościowych nie da się już maskować spadkiem cen lokomotyw – inflacja rośnie. Takich procesów nie chce widzieć żaden rząd, i zgodzi się na każdy rodzaj wynalazczości, który nie prowadzi do umierania obywateli wprost po spożyciu żywności.

Na koniec krótki filmik pokazujący co bardziej kuriozalne produkty syntezy chemicznej, dostępne w sklepach spożywczych, w bardzo przystępnych cenach:

Share This Post

Żwir

Na dziś zaplanowane było przejście blisko Ziemi planetoidy. No i przechodzi, z tym, że podobnie jak w przypadku komet większemu kawałowi skały towarzyszą mniejsze odłamki. Te, wchodząc, spadając na powierzchnie planety, pokaleczyły całkiem sporo Rosjan.

Zdarzenie miało miejsce w Czelabińsku, który jest trochę jak polski Wąchock albo kanadyjska Nowa Fundlandia. Rosjanie już pewnie wymyślają głupie dowcipy na temat tego wydarzenia.

Co ciekawe, na razie dziennikarze nie łączą ze sobą tych dwóch faktów. Natomiast wiele próbują dopowiedzieć sobie przedstawiciele ludu, na przykład o rzekomym zestrzeleniu obiektów na Ziemią. Nie wydaje się to możliwe dla kawałka skały poruszającego się wiele kilometrów na sekundę. Kamienie poruszają się z prędkością wielokrotnie większą niż samoloty, do zestrzeliwania której skonstruowano broń.

Na świecie są ludzie, którzy żyją ze spadających kamieni. Nie tak dawno wyświetlano w polskiej kablówce serial o łowcach meteorytów. Istnieje rynek na kamienie, które spadły na naszą planetę. Z całą pewnością wspomniani panowie są już w drodze na miejsce zdarzenia.

Share This Post

Niskie LOTy Chopina

Zdarzało mi się popełnić parę krytycznych wpisów wobec Apple, ale to nic osobistego, po prostu nie lubię firmy produkującej drogie gadżety dla snobów, i będącej jednocześnie trollem patentowym niszczącym wolną konkurencję. Natomiast nienawidzę LOTu i jest to jak najbardziej osobiste. Przez długie lata, zanim Polska w końcu otworzyła niebo dla konkurencji, LOT powodował, że miałem utrudnione poruszanie się po świecie. Szalone ceny na przeloty powodowały, że mnie i miliony innych obywateli, zwyczajnie nie było stać na bilet. To wszystko tolerowały kolejne rządy, stawiając kilkusetosobowe lobby wyżej niż interesy kilkudziesięciu milionów pozostałych obywateli.

Patologie dotykające LOT to temat na osobny wpis, a być może również nawet na książkę. Słyszałem plotki o martwych duszach, pracownikach którzy latami nie pojawiali się w LOT, pobierając jednocześnie wypłaty. Ale nie trzeba niepotwierdzonych pogłosek, nawet drobiazgi rzucają światło na to jak są podejmowane decyzje w tej firmie. Spójrzmy na fotkę:

Ryan słynie z oszczędzania każdego funta, LOT słynie z marnotrawstwa. Na pokład można wnieść niemal takie same bagaże podręczne i każda z tych firm musi zlecić wyprodukowanie setek stojaków do ich mierzenia, po kilka na każde obsługiwane lotnisko. Walizkę można włożyć pionowo – wtedy stojak jest węższy, albo poziomo, wtedy stojak musi być szerszy. Można sobie wziąć linijkę i zmierzyć na fotce na który ze stojaków zużyto więcej rurek. Pomijam już kwestię, kto wyprodukował stojaki dla LOT – czy był czyimś szwagrem i czy dał łapówkę. Podejrzewam, że Ryan w celu wyprodukowania swoich stojaków przepytał o ceny pół świata, szef LOTu najbliższą rodzinę.

Najgorsze jest to, że kolejne rządy kontynuują politykę cackania się z LOTem. Posuwają się do tego, że zwyczajnie łamią prawo EU zabraniające nieuzasadnionej pomocy publicznej. Po prostu kradną pieniądze Polaków, by dać je utracjuszom. Takie decyzje zapadają wysoko – rudy złodziej to wszystko autoryzuje – musi mieć wiedzę na ten temat i wyrażać zgodę. Rozwiązanie jest tylko jedno – powinno się w końcu skończyć to żenujące przedstawienie i pozwolić im upaść, niech LOT w końcu przestanie być ropiejącym wrzodem.

Same porty lotnicze to też cyrk. Mam porównanie i wiem co mówię, odwiedziłem w życiu kilkadziesiąt różnych portów lotniczych. Powyższe zdjęcie zrobione było na Okęciu, obecnie Chopina, wkrótce Papieża JP 2 lub może Benedykta 16. Spostrzeżenia w czasie tej jednej wizyty:

– Zepsute schody ruchome (wyłączone), co oczywiście może zdarzyć się na każdym lotnisku.

– Konieczność okazywania biletu przy zakupie nawet wykałaczki. Można zrozumieć, że bilet może być konieczny, gdy coś wywozi się poza UE i nie chce się zapłacić VAT/akcyzy. Ale nie ma sensu popadać w paranoje i żądać kwitu podróżnego przy zakupie napoju w puszce.

– Właśnie wprowadzono najbardziej zwariowany sposób korzystania z Internetu z jakim się kiedykolwiek zetknąłem. Zwykle jest tak, że Internet jest darmowy albo nie. Na Okęciu do tej pory net był za darmo w pobliżu stoiska ING, który to sponsorował. A teraz net ma być wszędzie, ale nie dłużej niż przez 30 minut. Tak więc wprowadzono procedurę, że trzeba odnaleźć jakiś tam kiosk, coś tam zeskanować, otrzymać kod i wklepać go w kompa. Wszystko to bez sensu, przecież nikt tu nie podkrada netu z sąsiedztwa, bo nie ma tu żadnych sąsiadów. Nikt też nie przesiaduje tu całymi dniami, przesiadka trwa max. parę godzin. Nie ma więc sensu ograniczanie z 2-3 godzin do 30 minut, bo i po co, przecież można zwyczajnie pójść do stanowiska ING. Bezsens przez duże B, za którego wdrożenie Port Lotniczy zapłacił pewnie koszmarne pieniądze jakiemuś znajomkowi.

– Przez megafony co chwila zapowiada się komunikaty o niepozostawianiu bagażu, tak jak zresztą na całym świecie. Ale tylko w Warszawie komunikat kończy się pogróżkami o grzywnie grożącej osobie, która taki bagaż ośmieli się jednak pozostawić. Szkoda, że nie idzie się na całość, można by przecież zagrozić, że bagaż zostanie zdetonowany przez zdalnego robota.

– Wisienką na torcie jest ‘promocja’ bądź też ‘oferta specjalna’ dla klientów salonu biżuterii Kruk, w postaci rabatu 10% dla osób wyjeżdżających poza UE. Nie przepadam za sieciowymi ‘jubilerami’ typu Apart, Yes, czy Kruk właśnie, które sprzedają masowo produkowaną biżuterię po paskarskich cenach. Myk zastosowany przez Kruka jest cwany i 99% klientów nie łapie, gdy jest naciąganych. Załóżmy, że towar na wystawie kosztuje 1000 PLN. Oznacza to, że w cenie jest 813 PLN prawdziwej ceny i 187 PLN haraczu w postaci VAT. Zakup towaru w strefie wolnocłowej oznacza, że VAT z mocy prawa jest nie naliczany. Klient wyjeżdżający poza UE i korzystający z ‘promocji’ płaci 1000 PLN – 10 % = 900 PLN, a powinien 813 PLN… Jest to podwójne skubanie frajerów, nie dość że na paskarskich cenach, to jeszcze na wzięciu tych 87 PLN extra na każdym 1000 PLN ceny na metce.

O pozostałych niedogodnościach związanych z pobytem w terminalach pasażerskich nie warto wspominać, ponieważ są one mniej więcej wszędzie takie same na całym świecie – bandyckie ceny na napoje, które wcześniej są odbierane podróżnym, paskarskie marże w punktach wymiany walut czy horrendalne ceny za parkowanie samochodu.

Share This Post

CoinTrust

Zakup złota inwestycyjnego jest specyficznym rodzajem ulokowania kapitału. To bardziej ubezpieczenie niż inwestycja. Zawsze obowiązuje zasada, że im większe potencjalne zyski tym większe ponoszone ryzyko. W przypadku złota nie chodzi o osiągnięcie oszałamiających zysków, tylko o maksymalnie wysoki poziom bezpieczeństwa.

Inwestowanie jest trudną sztuką. Inwestorzy pracują w swoich zawodach, w których są fachowcami i nie mogą być jednocześnie specjalistami w zakresie bankowości inwestycyjnej. Przeciętny Kowalski jest zalewany oszukańczymi reklamami produktów inwestycyjnych i mamiony przez sprzedawców tych produktów podczas wizyt w banku. Nie będąc fachowcem nie sposób zweryfikować ofert, często płynących ze strony ‘instytucji zaufania publicznego’. Potem okazuje się, że są to raczej ‘instytucje oszukiwania publicznego’. Wystarczy popytać wśród znajomych, ilu popłynęło na giełdzie, ilu na strukturach, ilu na polisach na życie itp. Mało kto zarobił, większość dała się wydoić.

Tak jak innym formom inwestowania również zakupowi złota towarzyszy wiele mielizn. Są oszuści działający w schemacie dostawy terminowej, która nigdy nie nastąpi, sprzedawcy papierowych certyfikatów złota, czy piramidy Ponziego obiecujące inwestowanie w złoto. Słyszałem o oszustach oferujących ‘tanie złoto’ z odległych, egzotycznych krajów. No i rzecz najbardziej przykra, fałszowane sztabki i monety.
Od wielu lat staram się dostarczać czytelnikom wskazówek umożliwiających unikanie tych zagrożeń. Ten blog jest takim narzędziem, pewnych zbiorem darmowej informacji. Nie ograniczamy się tylko do pisarstwa. Produkujemy linijki mennicze, ciecze probiercze oraz jesteśmy dilerem spektrometrów, innymi słowy dostarczamy narzędzia służące weryfikacji złota.

Do tej pory brakowało narzędzia idealnego. Linijka mennicza, moje ulubione narzędzie, ma swoje wady. Jest skuteczna tylko w przypadku niektórych monet, tych dla których została zaprojektowana. Gdy fałszerze w końcu opanują metody umieszczania wolframowych wkładek taka linijka stanie się bezużyteczna. Metodą ostateczną jest przecięcie monety lub przynajmniej zbadanie jej na kamieniu probierczym, ale to niestety jest metoda niszcząca, przydatna jeżeli chcemy mieć złom złota zamiast monety. Spektrometr jest ekstremalnie drogi, wobec czego jego zakup dla inwestora indywidualnego jest całkowicie pozbawiony sensu ekonomicznego, ponadto bada tylko samą powierzchnie wyrobu i wkładka wolframowa jest niewykrywalna.

Na szczęście są jednak jeszcze pewne cechy fizyczne, które są charakterystyczna dla każdego metalu i niemożliwe do sfałszowania – prędkość rozchodzenia się dźwięku i sztywność. W konsekwencji każdy metal nieco inaczej brzmi, a jeżeli każdy stop, to również każda moneta powinna brzęczeć inaczej. Człowiek z trudnością rozróżnia tak subtelne różnice, ale od czego mamy komputery.

Od pewnego czasu wspieram projekt o roboczej nazwie CoinTrust. Koncepcja jest genialnie prosta.Uruchamia się program w telefonie komórkowym i upuszcza się monetę na twardą powierzchnię, np. stół. Oprogramowanie analizuje dźwięk i porównuje ze wzorcem zapisanym w pamięci. Metoda taka jest skuteczniejsza niż wszystkie dotychczasowe i wyłapuje co najmniej 99,9% falsów. Oprogramowanie to już wkrótce pojawi się w sprzedaży, początkowo dla systemów Apple a następnie Android.

Zachęcamy do wypełnienia krótkiej ankiety.

Share This Post

Czy lepiej inwestować w złoto czy w srebro?

Jeszcze przez wiele lat zakup kruszcu będzie wygrywał z innymi inwestycjami. Nieruchomości odpadają, ponieważ zwrot z inwestycji jest mierny a prawa właściciela niezbyt chronione. Akcje prawie w ogóle nie przynoszą dochodu (dywidendy), a obserwując wieloletni trend DOW do złota można spodziewać się daleszego tracenia wartości indeksów wyrażonych w tym metalu. Lokaty zwykle nie kompensujące skali inflacji, a w obligację pchają się tylko ludzie bez wiedzy historycznej, nie wiedzący o ostatnim wymiksowaniu się III RP od zobowiązań II RP. Pozostaje zatem metal szlachetny, ale który?

Na forach od lat trwają spory w przedmiotowej sprawie. Amerykanie mówią ‘gold for protection, silver for profit’, jako że srebro jest bardziej spekulacyjne i gwałtowniej zmienia cenę. Europejczycy muszą pamiętać, że srebro jest obciążone VATem, a złoto inwestycyjne jest z niego zwolnione. Zakup złota to duża jednorazowa inwestycja, a srebro można kupować co miesiąc za niewielkie pieniądze. Srebro pokrywa się patyną i niszczeje, złotą monetę trzeba traktować brutalnie, aby ją zniszczyć. Srebro jest zużywane na potrzeby przemysłu, podczas gdy złoto od wieków jest akumulowane i starannie recyklingowane. Każdy może sobie wybrać argument najbardziej mu pasujący.

Można również podejść do zagadnienia w inny sposób. Wiadomo, że dzieląc cenę złota przez cenę srebra otrzymamy pewien współczynnik, na przykład 1:15. Oznacza on, że 1 uncja złota kosztuje tyle co 15 uncji srebra, albo mówiąc inaczej, 1 uncja złota kupuje (jest wymienna) na 15 uncji srebra. Współczynnik ten zmienia się w czasie, w pewnym momencie złoto jest drogie w stosunku do srebra (1 oz Au kupuje dużo uncji Ag) by za jakiś czas stanieć, na rzecz drogiego srebra (1 oz Au kupuje mało uncji Ag). Tak wygląda wykres tego wskaźnika za ubiegłe 5 lat:

Wykres 5letni wybrałem w ramach pewnego kompromisu. Jest to okres czasu odpowiadający przeciętnemu horyzontowi czasu większości inwestorów, nie ma takiego  szumu informacyjnego jak w przypadku wykresów dla krótszych okresów, a jednocześnie widać trendy i nie trzeba czekać wieczności na ich zmianę, jak w przypadków wykresów dla dłuższego czasu.

Na wykresie widzimy, że współczynnik osiąga minimum przy 32,00, maksimum przy 83,86, a najbardziej lubi oscylować w okolicy 60. Można więc przyjąć strategię, że kupuje się srebro, gdy jest tanie, to znaczy nasz współczynnik jest większy niż 60, natomiast złoto warto kupić, gdy współczynnik jest mniejszy niż 60. Drugi wniosek jest taki, że w sytuacjach ekstremalnych, gdy wskaźnik jest wysoki warto poprosić zaprzyjaźnionego dilera o wymianę złota na srebro, a gdy wskaźnik jest niski, zamienić srebro na złoto.

Pierwsza strategia prowadzi do wniosku, że do jesieni 2010 opłacało się kupować srebro, a później opłacało się nabywać złoto. Druga uczy, że w szczytowym momencie w 2009 roku 1 uncję złota mogliśmy wymienić na 84 uncje srebra, by w 30 miesięcy później wymienić srebro na 2,6 uncji złota (pomijając koszty dilera). Oczywiście maksimów nigdy nie uda się wyłapać, dokładnie tak samo jak w przypadku zakupu akcji, ale zwyczajnie nie warto przepłacać, a opłaca się korzystać z nadarzających się okazji.

Identyczne strategie można przyjąć w przypadku złota i platyny – spójrzmy na wykres:

Widać wyraźnie okresy, w których platyna była mocno przewartościowana w stosunku do złota, trzeba było zapłacić 2,4 oz Au za 1 oz Pt. Absurdalna cena, nic tylko sprzedawać posiadaną platynę (o ile ktoś ma, bo 99,99% populacji w swoim życiu nie widziało platyny). Niedawno był okres platynowych żniw, o którym alarmowałem na blogu. Przez pewien czas platyna była śmiesznie tania, tańsza od złota. Oferowałem nawet do sprzedania pewną ilość sztabek platynowych i ostrzegałem, że taki stan nie potrwa długo i platyna znowu będzie droższa od złota. Czas pokazał, że tak się właśnie stało. Mam satysfakcję, że nie tylko pomogłem uchronić czyjś kapitał przed inflacją, ale również umożliwiłem pewnej grupie ludzi odniesienie zysku.

Share This Post

Jak się kręci wały w Polsce – epilog (?)

Jakiś czas temu popełniłem wpis na temat wyłudzeń VAT związanych z obrotem kruszcami. Dziś od rana jestem zasypywany prośbami o ustosunkowanie się do niusu, jakim jest zlikwidowanie grupy działającej w takim przestępczym schemacie.

Przypomnę, że wyłudzenia VAT są stare jak ten podatek. Do tej pory popularne było wyłudzenie poprzez obrót złomem stali lub innego metalu. Firma A pozyskiwała złom bez płacenia VAT, na przykład w skupach, doliczała do tego VAT i sprzedawała firmie B. VAT szedł do kieszeni zamiast do budżetu państwa. Następnie firma B sprzedawała złom za granicę i zwracała się do Fiskusa o zwrot podatku zapłaconego firmie A. Nawet w przypadku kontroli skarbowej trudno było podważyć wniosek firmy B, o ile Urząd Skarbowy nie wykazał, że obrót był ‘fikcyjny’ lub zakup nie był ‘w dobrej wierze’.

Oczywiście firma A jest słupem, czyli na przykład spółką założoną przez obcokrajowca albo bezdomnego. Po wyssaniu zaplanowanej kwoty jest likwidowana a ‘właściciel’ rozpływa się we mgle. Problem zostaje w rękach firmy B, która musi wykazywać ‘dobrą wiarę’ i ‘niefikcyjność transakcji’.

Potem proceder ten został ukrócony poprzez wprowadzenie przepisu mówiącego, że VAT od złomu rozlicza nabywca. Kombinatorzy od razu zaczęli analizować jak tu się przystosować do zmiany przepisów i granulat złota okazał się idealnym kandydatem. Z mocy ustawy o VAT sztabki złota są zwolnione z VAT, natomiast granulat złota jest obciążony normalną stawką 23%. To na rękę cwaniakom – można łatwo zdobyć towar bez VAT i po przetopieniu na granulat otrzymuje się towar podlegający oVATowaniu. Dalszy ciąg jest tak jak poprzednio – naliczony VAT przepada w firmie A, towar idzie do firmy B, który kupuje to mniej lub bardziej ‘w dobrej wierze’, eksportuje go i zwraca się do Fiskusa o zwrot VAT.

Cała ta sprawa pokazuje dobitnie jak wygląda dziś przestępczość zorganizowana w Polsce. Przechwycony towar to jakieś 20 milionów złotych – takim szmalem obracają dziś gangsterzy. To już spełnia warunki by daną grupę można było zdefiniować jako ‘mafię’. Na pewno wcześniej nie próżnowali w przestępczości przestępczej i na pewno mają swoje powiązania z urzędami i policją.

Można skonkludować, że patologia wynika z faktu istnienia podatków. Niestety, podatki istniały już w starożytnym Egipcie, tysiące lat temu, zanim jeszcze zaczęto bić monety ze złota i będą istnieć tak długo, jak tylko będzie istnieć nasz gatunek. Chodzi o to, żeby pieniądze nie były nadmiernie marnotrawione na durne pomysły polityków i żeby były możliwie sprawiedliwie podzielone między podatników. Kręcenie wałów takich jak tu opisany czy działalność Plichty, Galskiego czy Jury nie tylko uderzają w skarb państwa, ale co gorsza również w podatników i uczciwych przedsiębiorców.

Share This Post

Legislacja

Z dużym rozbawieniem przyglądam się próbom ‘robienie prawa’ w Polsce. Rządzenie krajem wychodzi Polakom tak samo jak latanie w kosmos. A tak naprawdę nie jest to wielka filozofia, choć władza chce sprawiać takie wrażenie. Wystarczy zastanowić się, co się chce osiągnąć, jaki problem chce się rozwiązać. Potem wystarczy zrobić rozeznanie wśród 200 innych systemów prawnych na świecie – czy taki problem już kiedyś zaistniał, jakie rozwiązania prawne wdrożono, z jakimi przeciwnościami się zetknięto i czy problem został rozwiązany.

Tymczasem w Polsce stosuje się strategię ‘wyważmy otwarte drzwi’. Ten sam cyrk powtarza się od wielu lat. Proces legislacyjny prowadzi do tego, że w końcu przechodzi ustawa która ma luki, jest martwym prawem, więcej szkodzi niż pomaga, i tak dalej.

Afera Rywina wskazuje, że część z ustaw w Polsce została przepchnięta za łapówki. Zdarza się tak, że władza nie chce rozwiązać problemu. Jest też sporo takich legislacji, które nie mają nawet żadnej intencji do rozwiązania czegokolwiek, bo przy tej okazji naruszono by interes jakiejś grupy wpływów.

Przykłady można by mnożyć. Ile to już setek razy uchwalano ustawy o zmianie ustawy o podatkach dochodowych? Przecież można było od razu napisać dobrą ustawę albo chociaż w sytuacji wykrycia błędów wykryć je szybko i skutecznie usunąć. Powracanie tak wiele razy do edytowania ustawy jest przyznaniem się jej twórców do debilizmu – przez wiele lat prób nie potrafią stworzyć jednolitej i spójnej wersji ostatecznej.

Wejście w życie nowych regulacji dotyczących praw jazd to kompromitacja Polski. Gdyby nie to, że ludzie się już przyzwyczaili do życia pod dyktatem kretynów, to cały kraj by się z tego śmiał. Kuriozum, które przechodzi bez większego echa – szef WORD i dziennikarze będący od lat kierowcami nie są w stanie zdać egzaminu na prawo jazdy. Ów szef tłumaczy się, że przepadł na pytaniach o limit prędkości z lekką przyczepką… Może ten obrazek rzuci pewne światło na kwestię ‘lekkiej przyczepy’ i różnice między prawem drogowym w Polsce i innych krajach UE:

Rozwiązania są podane na talerzu. W wielu stanach USA osoba chcąca otrzymać prawo jazdy udaje się do odpowiedniego urzędu i podchodzi do egzaminu pisemnego. Po jego zdaniu otrzymuje ‘permit’ z którym normalnie wsiada za kierownice, pod warunkiem, że ma jednego pasażera, doświadczonego kierowcę, który bierze na siebie odpowiedzialność za szkolenie nowego kierowcy. Na zdanie egzaminu praktycznego obywatel ma pół roku czasu, co wystarcza na opanowanie trudnej sztuki prowadzenia pojazdu. A co mają Polacy? Kilkanaście godzin nauki jazdy na obowiązkowym kursie. To kpina, czego można nauczyć się w kilkanaście godzin? A potem, gdy jakimś cudem uda się zdać, taki pseudokierowca zasiada (samodzielnie) a kierownicą i albo blokuje ruch, albo narusza każde możliwe ograniczenie prędkości w swoim nowo zakupionym 20letnim BMW.

Tego typu przykłady można by podawać bardzo długo. Właśnie Komisja Europejska zaczyna grozić Polsce palcem w sprawie regulacji rynku in-vitro. Tusk jest śmierdzącym tchórzem i nie chce wziąć się za ten temat, boi się że albo trafi do piekła po śmierci, albo panowie w sukienkach zrobią mu piekło jeszcze za życia. Związki partnerskie też przepadły, tu również istnieje u Tuska i jego kolegów posłów duża obawa przed diabłem, czy to wcielonym w osobę Rydzyka, czy też tego oczekującego nas po śmierci po drugiej stronie tunelu.

A skoro już mowa o Rydzyku, to warto zauważyć z ogromną satysfakcją, że Duży Romek przekonał się, że łaska Rydzyka na pstrym koniu jeździ. Niemal zmarłem ze śmiechu, gdy dowiedziałem się, że Giertych został nazwany mendą i sodomitą. W wywiadzie zachowuje się jak po wybudzeniu z hibernacji lub po powrocie z długiej podróży miedzyplanetarnej, nagle konstatuje “To jakaś schizofrenia. Z jednej strony chcą wypełniać misję ewangelizacyjną, z drugiej – obrzucają ludzi błotem, rzucają kalumnie, wyzywają mnie od “mendy” i “sodomity”. A czy geotermia, kopanie dziur w ziemi ma coś wspólnego ze zbawieniem ludzi?” Tak, drogi Romku, ewangelizację to oni owszem deklarują, mniej więcej tak samo jak Armia Czerwona deklarowała chęć niesienia pokoju całemu światu. Tak więc Giertych wkroczył w dorosłość poznając prawdziwą twarz polskiego kleru.

Zawsze jednak można się pocieszyć, że inni mają gorzej. W Syrii nadal trwają uliczne dyskusję między prezydentem wraz z jego kolegami w czołgach a pozostałymi obywatelami:

Tu jest wytłumaczenie, co tak naprawdę się stało.

Share This Post