Kanikuła

Bycie starym dziadem ma tą zaletę, że ma się historyczną perspektywę. Miałem oto okazję popatrzeć na Lwów z perspektywy 25 lat. Niewiele się zmieniło, na pewno nie bruki przetykane szynami ani antyczne automaty na wodę sodową stojące na ulicach. W hotelu Lviv łóżka i materace są nie wymieniane od czasów Breżniewa, jedyne naprawy dotyczą nowych sanitariatów (wspólnych, na piętrze) oraz wymiany okien.

Czasem można skorzystać z przejściowych trudności z remontami budynków. Udało mi się znaleźć budynek z napisem “Mleczarnia” oraz spisem oferowanych produktów po polsku, niemiecku i hebrajsku. Bardzo przykry to widok, unaocznia on jak totalnie zniszczona została cała lokalna wielokulturowa społeczność.

Gastronomia jest branżą, która najszybciej podnosi się ze zgliszcz. We Lwowie można napić się doskonałego piwa ciemnego, niedostępnego na całym terytorium RP, gdzie ważne jest żeby mózgojeb był tani i mocny. Doskonałe są także restauracje, znalazłem samoobsługową placówkę (Puzata Chata) serwującą potrawy regionalne. Fantastyczne jedzenie w cenie 10 zł, rzecz również niedostępna w RP, gdzie trwają prace nad połączeniem cen niemieckich z wynagrodzeniami kelnerek na poziomie ukraińskim.

Jeden z kolejnych drobnych mankamentów to miny ukraińskich sprzedawczyń/kelnerek. Banany na twarzach zakrzywione bardziej nawet niż w Polsce. Oj, pojawia się tęsknota za USA, gdzie ludzie starają się być mili dla innych ludzi, co jest przez Polaków nazywane ‘fałszywością’.

Bieszczady od mojej pierwszej wizyty zmieniły się nie do poznania. Rejon ten ogarnęła totalna komercjalizacja. Każdy parking posiada swojego ‘właściciela’ pobierającego stosowne myto. Dosłownie każdy dom jest nastawiony na łojenie kasy z ceprów. Oczywiście z ekonomicznego punktu widzenia jest to doskonała wiadomość, dla mnie jednak ważniejsza była atmosfera końca świata, a nie możliwość wydania pieniędzy co krok.

Co gorsza, zmiany czasem idą w złą stronę. Doskonałym przykładem może być Karczma Łemkowyna w Cisnej. Pomieszczenie wypełnione żenującymi podróbkami mającymi udawać ludowe zabytki. Ceny nieskromne. Zamówiłem dobrze znane mi pielmienie. Jest taka restauracyjka ukraińska na rogu Irving Park i Narraganset w Chicago, która podaje takie specjały. To co dostałem w Karczmie nadawało się do wyrzucenia do śmieci – kilka pierożków z twardego ciasta, wypełnione mikroskopijną ilością farszu, zalane nadmiarem rosołu. Poprawnie ciasto powinno być delikatne, delikatnego farszu musi być dużo i całość ma być podlana kilkoma łyżkami rosołu, który należy zmieszać z kwaśną śmietaną. Po raz kolejny przekonałem się że Polska nie jest rajem dla smakoszy, osobliwie rejony ‘turystyczne’. Jak wiadomo cepr zmęczony łażeniem po górach zje wszystko i za każdą cenę.

Podkreślić należy, że szlaki bieszczadzkie są idealnie czyste, mimo że są zatłoczone jak nieszczęsne Krupówki. Za to potoki wydają się zanieczyszczone nielegalnym zrzutem nieczystości.

Warto również nadmienić o bieszczadzkiej kolejce wąskotorowej. Kiedy byłem tam ostatnim razem trwały gorączkowe rozważania, co z tym fantem zrobić. Najłatwiej byłoby zezłomować, bo jak to, żeby prywaciarz miał w swoich rękach kolej – mógłby przecież dorabiać się na biednych ludziach. A gdyby się nawet nie dorabiał tylko przynosił straty – kłopot jeszcze większy – trzeba by dotować a nie ma z czego. Wobec tego zapadł iście salomonowy wyrok – kolejką będzie zarządzać fundacja, czyli organizacja non-profit. W ten sposób udało się uratować ten zabytek techniki, tak by nie kłóć w oczy części społeczeństwa o nawykach z poprzedniego ustroju.

Share This Post