Monthly Archives: February 2018

25 lat funduszu Pioneer

Przy okazji przejęcia reszty udziałów w funduszu Pioneer przez Pekao media pieją na temat okrągłego jubileuszu funduszu inwestycyjnego Pioneer, którego 25 lecie na rynku przypadło w lipcu zeszłego roku. Widać robotę działu PR. Rocznica była pół roku temu, Pekao jest zaangażowany w Pioneera od lat, ale udało im się wygenerować wielki szum. Ale skorzystajmy z tego i przyjrzyjmy się im wynikowi inwestycyjnemu.

Ci, którzy nabyli jednostki funduszu przy jego wejściu na rynek, w lipcu 1992, odnotowaliby “krociowe zyski”. Z wpłaconych 10 000 zł (sto milionów starych złotych) miałby dziś 120 000 zł. Świetny wynik. Tylko, że nie, jeżeli potrafi się używać kalkulatora.

Należy zadać sobie pytanie, czy zainwestowanie w fundusz Pioneera dało nam realny zysk, czyli czy nasze pieniądze utrzymały siłę nabywczą.

Gdy Pioneer startował, uncja złota kosztowała 462 zł, po 25 latach kosztuje 4510 zł. Zakup około 21 krugerrandów w 1992, za 10 000 zł dałby nam dziś 97 513 zł. Z tym, że złoto w ogóle nie ma przynosić zysku. Celem złota jest utrzymanie siły nabywczej naszego kapitału i ubezpieczenie w scenariuszu krachu, wojny i ataku zombie. Innymi słowy, 10 000 zł w 1992 roku miało zbliżoną siłę nabywczą do 100 000 zł dziś. I chyba potwierdzą to ludzie mający lepszą pamięć, przez te ćwierć wieku ceny wszystkiego wzrosły jakieś 10 x.

I to już przeczy tezie, że Pioneer był taką fajną inwestycją. Porównuje się dwa zupełnie inne systemy walutowe. Czyli trzeba powiedzieć, że tak naprawdę po 25 latach Pioneer wygenerował 125 000 zł z powierzonych mu 100 000 zł (w przeliczeniu złotówek z 1992 na złotówki 2018). Daje nam to 1% realnego zysku rocznie. Tyle, co nic.

Co gorsza, w przypadku funduszy inwestycyjnych, sprawy zaczęły się komplikować po 1 grudnia 2001 roku. Jeżeli kupiło się jednostki przed tą datą, to jest się zwolnionym z podatku od zysków kapitałowych. Wchodząc po tej dacie płaci się podatek 19%. Podatek dochodowy jeszcze bardziej zmniejsza sensowność takiej inwestycji, zbliżając realny zysk do 0%. Tymczasem od złota fizycznego nie ma podatku dochodowego, jeżeli właściciel posiada je ponad sześć miesięcy.

Ale są jasne strony tego wehikułu inwestycyjnego. Jest możliwość uzyskania stałego zysku niezależnie od koniunktury. Tak właśnie ma zarządzający tym funduszem – czy są zyski czy nie, czy się stoi czy się leży, prowizja się należy. No i oczywiście do przodu są podmioty emitujące akcje i obligacje znajdujące się w portfelu funduszu, tak zwani “kręcący pierdolnikiem”. To jest kasa za darmo, przecież większość spółek na giełdzie tylko bierze od akcjonariuszy darmowe pieniądze i nawet nie płaci dywidendy.

Analizując różne alternatywy naprawdę trudno znaleźć uzasadnienie do inwestowania na giełdzie, w funduszach czy lokatach. Ryzyko instrumentów opartych na giełdzie nie pokrywa otrzymywanych odsetek. A  banki nie płacą nawet tyle, ile jest inflacji. Nic dziwnego, że rosną ceny nieruchomości i ilość sprzedawanego kruszcu. Tylko inwestycje poza głównym nurtem mogą mieć jeszcze jakiś sens.

Share This Post

Agonia Wenezueli

Wenezuela ostatecznie rozprawiła się z kapitalistycznymi wyzyskiwaczami. Zwyciężyła socjalistyczna rewolucja. Obrzydliwi, spasieni burżuje zostali wyzuci z zagrabionych majątków i wygnani z kraju. W kraju nie ma już nierówności społecznych.

Taki scenariusz to mokry sen komuchów z Razem. Oni się żarliwie modlą o zrobienie z Polski i całego świata takiego samego piekła, jakim jest dziś Wenezuela. A pozostałe partie polityczne w Polsce – trzymając się tej analogii – również odczuwają erekcję.

Każda partia w Polsce jest socjalistyczna. Każda z nich marzy o rabunku tych co pracują i tych co mają oraz o rozdawnictwie pieniędzy celem zakupu głosu nierobów i utrzymaniu słupków w sondażach.  Oczywiście, jeżeli dałoby się dodrukować waluty, to wszyscy są chętni. I dlatego, choć dużo wolniej, Polska toczy się w stronę Wenezueli. Dociskanie śruby fiskalnej przez Mateusza Krzywoustego i projekty w stylu 500+ utwierdzają mnie w tym przekonaniu.

Share This Post

Konsolidacja

Na polskim rynku złota jesteśmy świadkami konsolidacji. Jeden duży diler pochłania właśnie mniejszego. W chwili powstawania zarządy tych podmiotów miały wielkie plany. Coś w rodzaju: “najpierw zdominujemy Polskę, potem Amerykę, a potem całe nasze ramie galaktyki”. Ostro z tego “polewałem”, rozwijając swoją firmę zupełnie inaczej. Jak czas pokazuje – słusznie.

Zjadany wchodził na giełdę z nadzieją na znalezienie chętnego na duże wejście w spółkę, zjadający został stworzony z myślą o zbudowaniu silnej marki i jej sprzedaży komuś na Zachodzie. Z planów nic nie wyszło. Obie te firmy ledwie dyszą, ta zjadana była już na granicy życia i śmierci. W czasach powstawania firm na świecie był zupełnie inny sentyment, a dziś sprzedaje się ułamek tej ilości kruszców co 10 lat temu. W gospodarce jest szczyt hossy i ludzie zapomnieli, co to jest zabezpieczenie swoich finansów. Wiadomo, “kryzysu już nie będzie, bo FED/EBC na to nie pozwoli”. Dodatkowo bańka na bitcoinie wyssała dużo pieniędzy z rynku. Dla millenialsów e-złoto jest lepsze od złota tradycyjnego. Ale sentyment już wkrótce znów się zmieni…

Kwota transakcji, czyli zapłata za markę, domeny i bazę klientów, jest stanowczo za wysoka. Ale korpo rządzą się swoimi prawami. Zarządy wydają zwykle nie swoją kasę, tylko udziałowców albo kredytodawców i mają tendencję do lekkiej rączki. Nadzieja leży w cięciu kosztów osobowych / lokalowych przy zachowaniu tego samego poziomu sprzedaży, co może się udać i spowodować pojawienie się długo oczekiwanych zysków.

Konia z rzędem temu, kto przebrnie przez całą galaktykę spółeczek zależnych i powie, czy i ile zjadający rzeczywiście zarabia. Może ktoś z czytelników się tego doliczył.

Moje doświadczenie płynące z 10 lat dilerowania kruszcami jest takie, że założyć firmę tego typu potrafi każdy głupi. Dużo sprzedawać też. Ale osiągnąć zysk jest bardzo trudno. I zdaje się, że obie te firmy za bardzo skupiały się na zwiększaniu obrotu, a nie na zwiększaniu zysku.

Disklejmer jest taki, że nie mam czasu na procesy, tak więc żadnych nazw i szczegółów finansowych, a wpis ma charakter wyłącznie fabularny, bez związku z rzeczywistością.

Share This Post

Warzywniak

Wyobraźmy sobie sytuację, że na naszym osiedlu mamy warzywniak, prowadzony przez Iwana. Ma on kilka złotych zębów, rosyjski akcent i dziwne maniery. Sprowadzają się one do tego, że zawsze, gdy u niego kupujemy kartoszki wykonuje dziwne agresywne gesty. Grozi nam wprost, że nam wpierdoli. Ostatnio przyłapaliśmy go, że po pracy zagląda w okna mieszkańcom naszego osiedla. To agresywne zachowanie jest niewytłumaczalne, mieszkańcy naszego osiedla chcą po prostu żyć. Chcą, żeby Iwan nas zwyczajnie zostawił w spokoju.

W związku z tym w ramach naszego osiedla zaczęliśmy się zaopatrywać w warzywa w innych miejscach. Mamy coraz większe bezpieczeństwo kartoszkowe. Ale Iwan nie przestaje. Ostatnio dowiedzieliśmy się, że jeżeli nie będziemy u niego kupować kartoszek, to mogą wystąpić niedobory kartoszek w całej Europie.

Logika typowego Iwana – jeżeli będziemy kupować czegoś więcej, to będzie tego w magazynie więcej. A jeżeli będziemy kupować mniej, to zapasy magazynowe nie wzrosną, lecz przeciwnie, mniejsze zakupy oznaczają mniejszą dostępność towaru. To tak jakby twierdzić, że od jeżdżenia samochodem tak wzrośnie ilość paliwa, że zacznie się wylewać z samochodu.

Już raz dało się udusić Iwana niskimi cenami paliw. Reagan wiedział, że broń ekonomiczna jest znacząco skuteczniejsza niż czołgi i rakiety. Numer z Saudami sprzedającymi ropę taniej niż piasek już nie przejdzie, bo nie mają za wiele surowca. Trzeba rozwijać technologie produkcji taniej energii elektrycznej, żeby nie było konieczności zużywania gazu na cele opałowe i energetyczne.

Share This Post

Polskie obozy zagłady

Przez media na całym świecie przewija się temat nowej ustawy. Tak się składa, że od paru miesięcy na moim biurku leży książka oczekująca na recenzję pt “Ostatni Żyd z Węgrowa”. Zainteresowałem się z nią z innego powodu niż relacje polsko-żydowskie, jej unikalność polega na tym, że opisuje pewne aspekty ekonomiczne tamtych czasów.

Nawet biorąc pod uwagę moją sympatię dla Żydów muszę przyznać, że nie czytałem tak nienawistnej i antypolskiej książki. Jest w niej więcej nienawiści do Polaków niż do Niemców. Ale tym lepiej książkę tą przeczytać, nie po to aby stać się antysemitą, ale po to aby lepiej zrozumieć polakożerców. Rozumie się nastawienie do Polski większości Żydów i światowe protesty przeciwko zakazowi obciążania Polaków odpowiedzialnością za Holocaust. Do tego sprowadza się przerażająca narracja autora – to nie Niemcy byli winni Zagładzie, ale głównie Polacy. To na “terenie Polski” doszło do tych wydarzeń i Polacy byli często uczestnikami lub beneficjentami Holocaustu. Miliony ludzi na świecie nie chcą pamiętać, że to Niemcy byli tak naprawdę prowodyrami i bezpośrednimi sprawcami większości mordów.

Tak działa ludzka psychika, która jest zwyczajnie irracjonalna. Znane jest zjawisko obciążania prezenterki pogody za złą pogodę. Niby każdy człowiek wie, że nie ma ona żadnego wpływu na pogodę, ale i tak są ludzie, którzy mają do niej pretensje. Podobnie z ‘polskimi obozami zagłady’. Wiadomo, że były one niemieckie i że Polacy byli w nich mordowani na skalę przemysłową. Ale dla Żyda z Nowego Jorku czy Monachium nie ma to żadnego znaczenia. Jego umysł idzie na skróty i obciąża Polaków. A głupi Polacy sami się podkładają ze swoimi antysemickimi wypowiedziami, przez co polakożercy mają uzasadnienie dla swoich poglądów.

Absurdalność tej książki momentami przeraża. Autor ma pretensje do ruchu oporu, że nie dostarczyli Żydom karabinów. Całkowicie nie chce pamiętać o tym, że 1 września 1939 roku było mnóstwo karabinów. Każdy mógł jeden wyfasować i strzelać do Niemców ile chciał. Tylko, że Żydzi nie chcieli walczyć za Polskę, czyli także za swój własny kraj i za swoje własne bezpieczeństwo. Zaczęli domagać się broni, gdy Niemcy rozpoczęli ich eksterminację. A wtedy było już za późno.

Polska powinna się bronić nie ustawami, ale skutecznym PRem. Powinno się walczyć o to, by w podręcznikach historii w różnych krajach Polacy wyznania katolickiego i mojżeszowego byli opisywani jako ofiary, a Niemcy i Rosjanie jako oprawcy. Obozy powinny być opisywane jednoznacznie jako niemieckie, bo Polski między 1939 a 1989 nie było. Musi się też skończyć antysemityzm, który uwiarygadnia tezę, że to Polacy mordowali Żydów. Muszą pojawiać się wypowiedzi takie jak moje – wszyscy byliśmy ofiarami Niemców. I właśnie na tym polega problem autora książki – żaden Polak nie wytłumaczył mu, że zarówno Polacy jak i Żydzi są ofiarami Niemców, ale jego nienawiść była podsycana antysemickimi wypowiedziami Polaków. Stąd jak sam pisze, cała jego książka ma za zadanie upamiętnić ofiary Holocaustu w Węgrowie i rzekomą odpowiedzialność Polaków.

Ale wróćmy do tematów ekonomicznych, przechodzących w surwiwalowe. Autor pisze:

“Wykorzystując dochody naszego sklepu, zamieniałem polskie złote na złote monety. Wolałem zachować ostrożność i nie robiłem tego w Węgrowie, gdzie każdy od razy by o tym wiedział. Bałem się rabusiów, którzy mogliby przyjść szukać złota, gdyby wiadomość się rozniosła. Dlatego jeździłem w tym celu do Warszawy, do głównego banku państwowego, gdzie raczej nie było zagrożenia, że ktoś mnie rozpozna. Mogłem tam zakupić złote monety, nie przyciągając niczyjej uwagi. Zamieniałem złotówki na amerykańskie złote $5, $10 i $20 oraz złote monety o nominałach 5 i 10 rubli. Następnie magazynowałem je w metalowych pojemnikach i zakopywałem w zamykanych komórkach na tyłach naszej posiadłości. W latach 1934-39 wymieniłem na złoto większość naszych dochodów, wartości około $4000, co w tamtych czasach stanowiło poważną sumę” (na dzisiejsze realia to 115 uncji złota, czyli pół miliona złotych)

Autor książki przeżył okupację tylko dlatego, że miał złoto. Kto dziś nie ma złota, tylko bzdety w postaci lokat, obligacji, akcji czy bitkojnów, ten w razie kolejnej wojny umrze.

Share This Post