Polecam obejrzenie poniższego klipu. To rzuca pewne światło na to, co się dzieje w USA oraz co myślą jednostki inteligentniejsze niż reszta.
Pozdrawiam z Miami 😉
Rozpoczęła się nowa dekada. Ludzie na ulicy wiwatują i sprawiają wrażenie optymistycznie zapatrzonych w przyszłość. Narzeczeni obiecują sobie, że ich życie będzie pasmem szczęścia wynikającego z nieograniczonej konsumpcji. Tymczasem nadchodząca dekada będzie ciężka. Los gospodarki światowej oddaje najbardziej ten film:
W naszej skali czasu oglądanie gospodarki przypomina oglądanie powyższego filmu klatka po klatce. Niby nic się nie dzieje, stoją sobie dwa parowozy. Tymczasem prawda jest taka, że gospodarka światowa jest na drodze do pewnej i nieuniknionej destrukcji. Z tego większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, a tych którzy wiedza, nikt nie słucha.
Pierwszoplanowym źródłem problemu jest dług, szczególnie dług państw. Jest on tak wysoki, że jego spłacenie przestaje być możliwe. Obsługa długu jest możliwa tylko dlatego, że stopy procentowe są niskie. Rządy strzelają sobie we własne kolana – programy ratunkowe są w istocie programami destrukcji. Drukując pieniądze zwiększają inflację i oczekiwania inwestorów na zwrot z obligacji, przez co oprocentowanie obligacji rośnie i obsługa długu państwowego staje się niemożliwa. Już w chwili wprowadzania w życie pomysłu na quantitative easing upadek USA, UK i wielu innych państw stał się nieunikniony. Wraz z tym do lamusa historii przejdzie po raz kolejny eksperyment pod nazwą pieniądza papierowego.
Powtarza się po raz kolejny prawda, że historia uczy tego, że niczego nie uczy. Czy ekonomiści rządzący dziś światem jako studenci nie byli na wykładach o Johnie Law? To był pierwszy na świecie eksperyment leczenia recesji i problemów nadmiernych wydatków państwa (wtedy wojny Ludwika XIV, dziś wojny w ramach Pax Americana) poprzez druk pieniądza. Takie rozwiązanie miało stymulować ekonomię, a skończyło się hiperinflacją i rewolucją.
Albert Einstein zdefiniował głupotę jako ponawianie prób w oczekiwaniu na inne rezultaty. Otóż to właśnie wyczerpuje tą definicję. Banksterzy centralni sprowadzają nam na głowę kolejną wielką depresję, co doprowadzi do następnej rewolucji czy holocaustu. Robią dokładnie to samo co John Law, oczekując tym razem innego wyniku.
Drugim czynnikiem powodującym nieuchronność zapaści są nierealne założenia systemu kapitalistycznego. Gospodarki mają ciągle wzrastać w oparciu na nieograniczone zasoby naturalne świata. Tymczasem zasoby są ograniczone, o czym wkrótce dowie się cała ludzkość. Ilość wydobywanej ropy naftowej będzie się zmniejszać, gdy popyt na nią cały czas rośnie. Dzięki kryzysowi chwilowo tego nie widzimy, ale wcześniej czy później nastąpi bolesne zetknięcie z rzeczywistością. Anglosasi określają to fajnym określeniem learnig the hard way.
Trzeba zdać sobie sprawę z konsekwencji tak dramatycznej dekady. O globalnym spadku jakości życia, wzroście bezrobocia i globalnej hiperinflacji wiele już mówiłem ostatnimi laty. Do tego dochodzi załamanie wiary w demokracje, dojście do władzy populistów. Wiemy z historii jak to się zwykle kończy – śmiercią milionów.
Największą zagadką jest to, jak zachowa się rodzina w tak ekstremalnych momentach. Albumy ślubne znajdują się na czele listy przedmiotów porzucanych w amerykańskich domach przejmowanych przez banki. Czy masowe staną się rozwody wynikające z niespełnionych oczekiwań małżonków? A może przeciwnie, ciężkie czasy spowodują powrót do instytucji rodziny? Być może górę weźmie zwykły pragmatyzm – samotna osoba nie będzie w stanie przeżyć, powrócą więc małżeństwa z rozsądku? Czas pokaże.
Rok się kończy, najwyższy czas pomyśleć o zeznaniach podatkowych. Z ciekawości porównałem ile kosztuje przyjemność mieszkania w Polsce a ile w USA. Założyłem, że w ciągu roku zarobiłbym tyle samo – 24000 $ czyli 72000 zł prowadząc działalność gospodarczą.
Wielu moich znajomych zarabia takie pieniądze. Dane statystyczne potwierdzają, że jest to suma zbliżona do mediany zarobków w USA. Natomiast o ile wiem w Polsce większość może tylko pomarzyć o 6000 zł miesięcznie. Przy porównywalnych cenach życia w obu krajach rzuca to dużo światła na jakość życia w Polsce oraz tłumaczy dlaczego nielegalni emigranci zatrzymani w Polsce modlą się o jak najszybszą ucieczkę dalej na zachód.
Na pierwszy ogień Stany:

A teraz Polska:

To daje 4134 $. Ale nie zapominajmy o naszym drogim ZUSie:

Razem składek będzie 9492 zł – 3164 $
Mamy wobec tego 3391 $ w USA i 7298 $ w Polsce. Amerykańskie podatki nie zawierają ubezpieczenia na zdrowie, ale każdy przyzna mi rację, że państwowa służba zdrowia w Polsce to fikcja i leczenie łączy się z wydatkami z własnej kieszeni. Niewykluczone też, że od lutego 2010 amerykańska składka będzie obejmowała darmowe ubezpieczenie zdrowotne. Wiadomo też, że składki emerytalne w obu krajach pokrywają wyłącznie aktualne wydatki i na emeryturę nie ma co liczyć.
Ponad dwa więcej podatków za życie w kraju o standardzie kraju III świata, z policją nachodzącą domowych ‘piratów komputerowych’ i łapiących palaczy skrętów, bez dróg, z nieskutecznym sądownictwem i totalnie niewydolną służbę zdrowia.
Można argumentować, że Ameryka zadłuża się na potęgę i poziom życia finansowany jest z pieniędzy Azjatów. To prawda, ale Polska też się koszmarnie zadłuża, co można zauważyć obserwując cyferki migające po lewej stronie.
Można też powiedzieć, że jak się komuś nie podoba to może wyjechać. Tylko, że ja już wyjechałem tak jak miliony moich rodaków.
Poniżej najnowszy wykres indeksu cen nieruchomości w USA:

Ciekawa sytuacja. Na rynku pojawił się popyt spowodowany rządową premią oraz cenami, czasem naprawdę okazyjnymi. Z drugiej strony mamy duże ‘shadow inventory’, czyli nieruchomości przeznaczone do sprzedania, ale jeszcze nie wystawione na rynek. Jest tego sporo, czasem potrzeba i dwóch lat by odebrać niespłacany dom. Zwiększony popyt i ograniczony popyt podbił ceny. Stąd widać odbicie na wykresie.
Uśmiałem się wczoraj szczerze z wypowiedzi znajomej realtorki. Klientka w rodzaju tych, co zaczytywali się książkami Lereah’a. Parę lat temu byliśmy zmuszeni spędzić razem pewną imprezę i ja zmuszony byłem wysłuchiwać jej bełkotu o korzyściach ze spekulowania nieruchomościami, a ona moich nonsensów o zbliżającej się recesji i konieczności zakupu złota po $500/oz. Do dziś pamiętam, jak zdumiony byłem myśleniem życzeniowym oraz odpornością na wiedzę i fakty.
Otóż pani ta liczy na inflację, która podniesie ceny domów. Nie zdaje sobie sprawy, że wzrost inflacji spowoduje wzrost oprocentowania kredytów, które totalnie wytną popyt z rynku. Domy to nie butelka mleka, która można kupić za drobne w kieszeni. Bardzo mało kupujących posiada wystarczające zasoby gotówkowe, większość musi zastawić w banku obie nerki na najbliższe 30 lat. Nieunikniony jest moment, gdy oprocentowanie kredytów wzrośnie z obecnych śmiesznych 5-6% do 15-20% a może wyżej. Wtedy nikt nie będzie w stanie spłacać pożyczki hipotecznej. Być może ceny nieruchomości wzrosną, ale wolniej niż cała reszta. Nominalnie dom może kosztować miliony, ale być wart mniej niż wtedy gdy kosztował $100 000. Niestety nikt tego nie rozumie i zachwyca się migającymi, nic nie znaczącymi cyferkami.
Po raz kolejny wraca sprawa Madoffa. Do tej pory udało się odzyskać $1,5 miliarda z $19,4 miliarda strat. Suma strat do dziś jest dyskutowana, niektórzy inwestorzy doliczają do samego utraconego kapitału również wirtualnie naliczone odsetki – w takim przypadku suma roszczeń rośnie do $65 bilionów.
Do tej pory niektórzy z klientów mogli otrzymać po $ 500 000 w ramach ubezpieczenia Securities Investor Protection Corporation i wliczyć część strat w koszty.
Ponieważ straty dotknęły bardzo ustosunkowanych ludzi, Fiskus zmienił regulacje podatkowe na znacznie bardziej korzystne. Aktualnie będzie można odliczać nawet 40 % poniesionej straty od należnego podatku dochodowego. Pamiętając, że inwestorzy wykazują ‘straty’ jako sumę zainwestowanych środków i naliczonych odsetek, można się spodziewać że oszukanym uda się odzyskać większość wpłaconego kapitału.
Po raz kolejny Madoff bailout stawia nas w sytuacji hazardu moralnego. Inwestowanie wiąże się z ryzykiem – inwestorzy ponieśli to ryzyko i przegrali. Wielu z nas ponosi ryzyko inwestycyjne i przegrywa. Ponieważ poszkodowani są ludźmi ustosunkowanymi, nowe regulacje naprawią ich szkody z podatków płaconych przez całą resztę społeczeństwa.
Czas na ankietę:
Jako że koniec roku zbliża się w bardzo szybkim tempie czas na przewidywania na rok 2010. Skupię się na Stanach, dlatego że tutejsza sytuacja rzutuje na wszystkie pozostałe kraje świata.
– Bezrobocie w USA będzie nadal rosło, dojdzie do pierwszych przypadków niepokojów społecznych
– Wartość DOW spadnie do 4-5 uncji złota z obecnych 9-10
– Dojdzie do trudności z nabywaniem sztabek i monet z metali szlachetnych
– Pogłębiać się będzie globalne odchodzenie od dolara jako waluty rezerwowej
– FED stanie przed problemem wzrastających kosztów obsługi zadłużenia – inwestorzy będą żądać większych odsetek od środków pożyczanych Ameryce
– Odczuwalny stanie się spadek wartości dolara – nasili się zjawisko inflacji
– Wzrost oprocentowania kredytów i wzrost bezrobocia spowoduje kolejną falę załamania cen nieruchomości
Na zakończenie życzę wszystkim udanych Świąt i tego, by potrafili wykorzystać wiedzę o istniejących zagrożeniach na własną korzyść.

Do moich ulubionych reklam należą te, w których reklamujący oskarża konkurencję o nieuczciwe praktyki czy zawyżone ceny. Autor próbuje stworzyć wrażenie, że zleceniodawca jest nieskazitelnym biznesem, charakteryzującym się wysokim poziomem moralności. Dość dawno prezentowałem reklamy śp. Wamu, dziś Ally Bank.
Banki reklamują lokaty, gdy są w tarapatach i potrzebują gotówki. Dlatego przyszłość Ally Bank widzę w ciemnych barwach.
W biznesie, szczególnie dużym, nie ma pojęcia moralności. Jest tylko zysk, ograniczony przepisami prawa i naciskami opinii publicznej. Kopalnie nie zatrudniają dzieci nie dlatego że się z tym źle czują, tylko dlatego że jest to nielegalne i źle to wygląda w TV.
Na marginesie warto zauważyć, że sprawianie przykrości dzieciom w czasie kręcenia tej reklamy również nie jest całkowicie obojętne z etycznego punktu widzenia.
Przykład z Polski – reklama Mbanku:
Mbank. Ta szczytna organizacja, mająca na celu wyłącznie pomoc drogim klientom … A pamiętacie dziesiątki tysięcy oszukanych przez nich nieszczęśników? Mbank pękł tylko dlatego, że klienci potrafili się zjednoczyć i zdecydowanie nacisnąć. Pojawiły się antyreklamy. W końcu durnie z zarządu zdecydowali, że mniej stracą na ustąpieniu niż na utracie wizerunku.
Allegro jest przypadkiem podobnym. W swoich reklamach spółka zapomina dodać, że jest monopolistą na swoim rynku i z dużą pogardą traktuje swoich klientów – sprzedawców na Allegro. Obsługa klientów nie ma numeru telefonu, marże są naprawdę wygórowane, a program ochrony znaków towarowych bywa wykorzystywany w walce konkurencyjnych sprzedawców. I tak jak każdy monopolista, Allegro powtarza z uśmiechem – nie podoba się, idź gdzie indziej.
Korporacje najbardziej boją się świadomych konsumentów. Nie można dawać się bezkarnie oszukiwać. Czasem warto pamiętać co dana firma sobą reprezentuje i przy podejmowanym wyborze mieć to na uwadze.
Wygląda na to, że nasze blogi ekonomiczne są czytane przez dziennikarzy. Oto rzecze Financial Times:
Miniony rok na rynku aktywów najlepiej można by porównać do skoku na bungee. Ceny brytyjskich akcji – tak przynajmniej wynika z ostatniego Raportu o Stabilizacji Finansowej sporządzanego przez Bank Anglii – najpierw uległy załamaniu, by potem odbić się najgwałtowniej od trzech wieków.
I mogą równie gwałtownie zapikować ponownie. Uważam, że zjazd jest zasłużony i bardziej prawdopodobny niż dalszy wzrost.
Powodów do pesymizmu nie brakuje. Kredyt wciąż opornie zasila firmy. Choć banki mają za sobą dobry rok, ich długoterminowe perspektywy są niepewne – a ich bilanse będą prawdopodobnie wyglądać gorzej w wyniku reformy systemu finansowego. Jednocześnie na rynku nie brakuje nerwowości, o czym mogliśmy się przekonać w ostatnich tygodniach; problemy Dubaju i Grecji zaniepokoiły inwestorów, którzy natychmiast uciekli do dolara.
Kolejnym powodem do niepokoju jest znacząca korekta sektorowa. Zarówno firmy jak i gospodarstwa domowe zaczynają ściślej liczyć pieniądze; wzrost muszą napędzać wydatki publiczne. To trudna alternatywa; deficyty publiczne są niepokojąco wysokie, ale wzrost może zwiędnąć, jeżeli nie uda się zrekompensować spadku wydatków prywatnych.
Wreszcie zaczyna docierać do pustych dziennikarskich głów, że kryzys jeszcze nie jest zakończony. Sytuacja jest gorsza niż przed kryzysem – zadłużenie wszystkich liczących się państw jest większe, przy dużo większym bezrobociu i słabszej gospodarce. Problemy systemowe nie są rozwiązane, ponieważ obrana strategia polega na tymczasowym łataniu sytuacji i zarzucaniu problemu nowo wydrukowanymi pieniędzmi. Akcje pomocowe sprowadziły na nasze głowy ryzyko krachu walutowego i hiperinflacji. Cała ta rzekoma poprawa sytuacji to arytmetyczne sztuczki statystyków i zalegalizowana kreatywna księgowość banków.
A nad tym wszystkim wisi nieunikniona katastrofa wynikająca z Peak Oil.
Wielokrotnie ścierałem się z przeciwnikami euro. Walucie tej przeciwni są zwolennicy mojej ulubionej Szkoły Austriackiej w Ekonomii. Na tym jednak polega posiadanie własnych poglądów, że nie przyjmuje się niczego za pewnik, lecz nabywa się własny punkt widzenia na drodze szeregu przemyśleń.
Przy podejmowaniu decyzji należy kierować się niemiecką szkołą polityczną. Trzeba tak rozegrać posiadanymi w ręku ‘kartami’, by w danych okolicznościach jak najskuteczniej je rozegrać. Oto mamy po prawej bandytę, podpalacza świata, a po lewej ogromny organizm ekonomiczny jakiego jesteśmy częścią. Przyjęcie jego waluty co prawda oddaje kolejną część władzy w obce ręce, ale wiemy przecież z historii że i tak nie potrafimy się rządzić. Lepiej prowadzić kraj jako korzystny franchising, niż samemu użerać się z biznesem. Do tego dochodzą korzystne konsekwencje przyjęcia euro – brak ryzyka kursowego, większa konkurencyjność banków, większa integracja gospodarcza, niższy koszt kredytów i wiele innych.
Pamiętać jednak należy, że euro jest walutą papierową i skończy dokładnie tak samo jak wszystkie inne waluty papierowe w przeszłości. Pójdzie nieco trudniej niż z dolarem, bo EBC jest jednak nieco bardziej zabezpieczony przed dodrukiem niż FED i koleżkowie z Departamentu Skarbu. Z czasem jednak całość wartości przywiązanej do papierków uleci i eurasy zamienią się w kolorowe, bezwartościowe papierki. Do tego czasu waluta będzie w obiegu jeszcze jakiś czas i dopóki się nie zeszmaci można się nią spokojnie posługiwać. Zeszmacenie waluty nie jest końcem świata, tylko jedną z cech gry, w którą gramy. Trzeba pamiętać, że nawet negatywne wydarzenia o których wiemy, możemy wykorzystać na naszą rzecz jeżeli o nich wiemy z wyprzedzeniem. Przypominam – zadłużajmy się w walutach papierowych, oszczędzajmy w metalach szlachetnych.
Na zakończenie kolejna sonda:
Polscy archeolodzy odkryli skarb w Egipcie. Wygląda on tak:

Gdyby ktoś był na tyle nierozsądny, by zrezygnować z wartości numizmatycznej monet, można by je przetopić i sprzedać. Pieniądz złoty zachował swoją wartość nabywczą mimo upływu 1000 lat.
A tak będzie wyglądać owoc pracy archeologów za kolejne 1000 lat.

Życzę dużo powodzenia w wymianie tych pieniędzy na te, które będą obowiązywać w roku 3009. Spodziewam się, że dużo szczęścia będzie potrzeba by wymienić papierki na cokolwiek już za kilka lat.