Categories
Ekonomia

50 podpisów, czyli dlaczego Kraków nie chce Konfederacji

Bartosz Bochenczak prawodpodobnie nie wystartuje w przedterminowych wyborach prezydenta Krakowa, zaplanowanych na 27 września 2026. Jego sztab złożył blisko 5000 podpisów poparcia, ale komisja uznała za ważne tylko około 2950, do wymaganych 3000 zabrakło pięćdziesięciu. Sam kandydat przyznał wprost: „Zawaliłem”. Mentzen zareagował natychmiast i odwołał go z funkcji prezesa krakowskiego okręgu partii.
Można oczywiście opowiadać o formalnościach: że podpisywali się mieszkańcy ościennych gmin, że komuś zabrakło słowa „Kraków” w adresie, że komisja liczyła tak, a nie inaczej. Ale to wszystko zasłona dymna. Prawda jest prostsza i boleśniejsza.

Gdyby poparcie było, podpisy by się znalazły
Trzy tysiące ważnych podpisów w mieście liczącym około 800 tysięcy mieszkańców to próg śmiesznie niski. To nie jest test organizacyjny – to test poparcia. Partia, która ma w mieście realne zaplecze, zbiera taką liczbę w jeden weekend pod dwoma kościołami i jedną galerią handlową, z zapasem, który wytrzyma każdą weryfikację. Łukasz Gibała też miał problem z podpisami i w kilka dni dozbierał dziewięć tysięcy, bo miał ludzi gotowych się podpisać. Konfederacja nie dozbierała pięćdziesięciu.
Wniosek jest jeden: Konfederacja nie ma w Krakowie wystarczającego poparcia. Krakowianie – jak większość polskiego elektoratu – chcą nadal huśtać się na wahadle wyborczym KOPiS. Raz w jedną stronę, raz w drugą, z pełnym przekonaniem, że tym razem będzie inaczej. Trzecia siła jest im potrzebna wyłącznie jako straszak, którym można pomachać przed jedną albo drugą stroną wahadła. Kiedy przychodzi do złożenia podpisu z numerem PESEL – czyli do minimalnego, realnego aktu poparcia – nagle robi się pusto.

Druga kwestia jest delikatniejsza, ale trzeba ją nazwać. Slawomir Mentzen sam publicznie mówił o swoim spektrum autyzmu. Idzie z tym w parze bardzo charakterystyczne poczucie humoru – zabawne może dla 10% populacji, dla pozostałych 90% co najmniej dziwaczne. Ostatnio opublikował dwa filmy pod rząd, na których pokazuje, jak się obija. W jego głowie to zapewne dystans i luz. W głowie przeciętnego wyborcy to obraz lidera poważnej partii, który nie traktuje poważnie ani partii, ani wyborcy.

Nikogo nie śmieszy leniwy przywódca. Ludzie chcą widzieć człowieka, który ciężko pracuje po nocach. Bez marynarki, w podkasanej koszuli, z poważną miną, w miejscu wymagającym osobistej interwencji: na powodzi, na budowie, na granicy. To jest elementarz komunikacji politycznej, który rozumieją wszyscy liderzy świata, od Kim Dzong Una po Tuska. Można się z tego teatru śmiać, można go uważać za tanią szopkę, ale on działa, bo odpowiada na głęboką potrzebę wyborcy: chcę widzieć, że ktoś się tym zajmuje. Mentzen tego elementarza albo nie rozumie, albo demonstracyjnie go ignoruje. W obu przypadkach wynik jest ten sam.

I tu dochodzimy do sedna. To, że Konfederacja ma za przywódcę Mentzena, nie jest przypadkiem ani lokalną anomalią. To przejaw tego samego procesu, który trawi cały Zachód: kryzysu przywództwa. W wielu krajach u władzy są ludzie półumarli, dobijający osiemdziesiątki. W Polsce od dwóch dekad scena polityczna sprowadza się do starcia Tuska z Kaczyńskim – panów, którzy politycznie ukształtowali się w poprzednim ustroju. W Ameryce symbolem epoki było starcie Trumpa z Bidenem, dwóch ludzi w wieku, w którym w normalnych czasach pisze się pamiętniki, a nie programy wyborcze.

Systemy, które nie potrafią wygenerować nowego przywództwa, sięgają po to, co jest. A jest z jednej strony gerontokracja, z drugiej ludzie pokroju Mentzena: sprawni w internecie, bezradni w realu. Pięćdziesiąt brakujących podpisów w Krakowie to nie jest wypadek przy pracy. To pomiar. I wynik tego pomiaru powinien dać Konfederacji dużo więcej do myślenia niż dymisja jednego prezesa okręgu.

27 września Krakowianie wybiorą prezydenta bez kandydata Konfederacji na karcie. Wahadło huśta się dalej.

Share This Post