Wczoraj był zaplanowany start chińskiej misji księżycowej Chang’e 7. Start został odłożony na nieokreślony czas. Na marginesie — nie ma polskiego tłumaczenia tej strony na Wiki. Jest za to kilkanaście stron o Lewandowskim. Są sprawy ważne i ważniejsze. Jest też jakaś tam polska agencja kosmiczna, ale nie mają czasu na Wiki. Mają poważniejsze tematy.
Niedoszły lot na Księżyc to dobra okazja do podzielenia się księżycowymi poszukiwaniami jakie prowadziłem wolnymi wieczorami.
Czego nie znalazłem na Księżycu? Zacznę od końca: nie znalazłem niczego. Ale wynik negatywny też jest wynikiem, a droga do niego okazała się ciekawsza niż sam cel. To jest opowieść o drabince, po której musi się wspiąć życie, o maszynach, które nie potrzebują wracać do domu, o tym dlaczego termodynamika jest gorszym wrogiem konspiracji niż wszyscy detektywi świata razem wzięci, i o tym, jak przemieliłem kilkaset gigabajtów danych z sondy NASA, żeby przekonać się, że użyłem złego produktu danych.
Zwykle rozmowę o życiu pozaziemskim zaczyna się od równania Drake’a. Ja wolę myśleć o tym jako o drabince, bo drabinka lepiej oddaje to, co naprawdę tu boli: że to nie jest jedna loteria, tylko ciąg loterii, i przegrana na dowolnym szczeblu kończy sprawę.
Szczeble wyglądają mniej więcej tak:
Planeta o odpowiedniej masie, w odpowiedniej odległości, wokół odpowiedniej gwiazdy.
Odpowiednia ilość metali w skorupie, odpowiednia ilość gazu w atmosferze, odpowiednia ilość wody.
Odpowiednie pole magnetyczne planety.
Istnienie dużego naturalnego satelity, stabilizującego oś obrotu planety, czyli stabilność klimatu
Chemia prebiotyczna, od prostych związków do samoreplikujących się polimerów.
Abiogeneza właściwa: pierwsza komórka.
Komórka złożona. Na Ziemi to zajęło jakieś dwa miliardy lat i wygląda na jednorazowy wypadek przy pracy: endosymbiozę.
Wielokomórkowość.
Układ nerwowy, potem inteligencja.
Technologia, czyli inteligencja, która wychodzi poza własne ciało.
Przetrwanie technologii dostatecznie długo, żeby zrobić coś, co przetrwa jeszcze dłużej.
Nie znamy prawdopodobieństwa żadnego z tych szczebli poza pierwszym. Mamy jedną próbkę i pełną świadomość, że próbka, która zadaje pytanie, jest z definicji obciążona. To dlatego dyskusje “jesteśmy sami” kontra “galaktyka roi się od życia” tak łatwo się zapętlają: obie strony mnożą przez siebie liczby, których nikt nie zmierzył.
Ale drabinka ma jedną własność, która ratuje całą sprawę i którą uważam za najważniejszą rzecz w tej dziedzinie: wystarczy, że jedna cywilizacja wspięła się na sam szczyt. Raz w ciągu trzynastu miliardów lat.
Bo jeśli choć raz ktoś zbudował maszynę, która potrafi zbudować siebie samą, prawdopodobieństwa przestają mieć znaczenie. Zaczyna liczyć się arytmetyka.
John von Neumann w latach czterdziestych pokazał, że automat samoreplikujący jest logicznie spójny. Jeżeli maszyna może zawierać opis samej siebie i instrukcję budowy. Nie jest to paradoks, nie jest to perpetuum mobile. Zresztą wiemy, że działa, bo sami jesteśmy takimi maszynami; jedyna różnica jest w podłożu.
Przenieś to na skalę międzygwiezdną. Sonda leci do sąsiedniego układu, znajduje asteroidę albo księżyc, kopie, przetapia, buduje dwie kopie siebie, wysyła je dalej. Nawet przy prędkości jednego procenta prędkości światła i stuletniej przerwie na “rozmnażanie” w każdym układzie, front takiej ekspansji przechodzi całą Drogę Mleczną w kilka do kilkudziesięciu milionów lat.
Kilkadziesiąt milionów lat. To jest mniej niż jeden procent wieku galaktyki. W skali kosmicznej to jest mrugnięcie.
Stąd argument Harta–Tiplera: skoro ich tu nie ma, to ich nie ma nigdzie. Argument jest mocny i szczerze mówiąc nie mam na niego dobrej odpowiedzi. Mam za to zastrzeżenie proceduralne, które od kilku lat nie daje mi spokoju:
“Ich tu nie ma” to teza empiryczna, a nikt jej porządnie nie sprawdził.
Nie chodzi mi o to, że sprawdzono i się pomylono. Chodzi o to, że praktycznie cały wysiłek SETI od sześćdziesięciu lat idzie w nasłuch radiowy, czyli w założenie, że ktoś do nas nadaje. A sonda von Neumanna nie musi nadawać. Nie musi się kryć. Nie musi nas nawet szczególnie obchodzić.
Lubię tu analogię z masztem GSM. Maszt stoi na wzgórzu nad lasem. Nie ukrywa się przed sarnami. Nie komunikuje się z sarnami. Nie ma wobec saren żadnych intencji, ani dobrych, ani złych. Po prostu robi swoje, a sarny chodzą pod nim od dwudziestu lat i nigdy nie przyszło im do głowy zapytać, po co to tu stoi.
Sonda, która przyleciała milion lat temu, żeby obserwować układ z potencjałem biologicznym, nie ma powodu ani do kontaktu, ani do konspiracji. Ma powód do jednego: żeby przetrwać i patrzeć.
Cały czas piszę “sonda”, “maszyna”, “urządzenie”. To nie jest niedbałość językowa ani uprzedzenie. To jest wniosek, i wart jest osobnego akapitu, bo dopiero on wyjaśnia, czego właściwie szukam: gorącego pudełka pod ziemią, a nie kopuły z oknami. Nikt nie wyśle w rejs międzygwiezdny istot żywych. Nie dlatego, że to trudne. Dlatego, że to jest sprzeczne z fizyką ośrodka.
Rachunek dawki. Detektor RAD na pokładzie Curiosity zmierzył w przelocie na Marsa około 1,84 mSv na dobę — wewnątrz osłony statku, w przestrzeni międzyplanetarnej. Przeskaluj to na rejs przy jednym procencie prędkości światła na dystans stu lat świetlnych, czyli dziesięć tysięcy lat lotu: wychodzi rzędu 1800 grejów dawki pochłoniętej i jakichś 6700 siwertów równoważnej.
I to jest wartość zaniżona, z dwóch powodów. Po pierwsze, RAD mierzył wewnątrz heliosfery, która modulująco tłumi promieniowanie galaktyczne — w przestrzeni międzygwiezdnej strumień jest wyższy. Po drugie, przy 1% c wodór międzygwiezdny przestaje być tłem, a staje się wiązką: protony walą w statek z energią rzędu 50 keV, ciągle, przez cały lot.
Co to znaczy dla materii organicznej. Dawka półśmiertelna dla człowieka to 4–5 Gy. Mówimy więc o przekroczeniu rzędu czterystukrotnego. W przeliczeniu na uszkodzenia: na jeden grej przypada mniej więcej 35–40 podwójnych pęknięć nici DNA w komórce diploidalnej. Przy 1800 Gy to jest kilkadziesiąt tysięcy pęknięć na komórkę — pęknięcie średnio co pięćdziesiąt tysięcy par zasad. To już nie jest uszkodzony genom, to jest sieczka.
I tu jest punkt, w którym intuicja zwykle myli trop. Odruchowo sięga się po niesporczaki i Deinococcus radiodurans, bo one wytrzymują tysiące grejów, prawda? Wytrzymują. Ale wytrzymują dlatego, że mają działającą maszynerię naprawczą. To nie jest odporność materiału, to jest odporność procesu. Deinococcus dostaje po pięć tysięcy grejów genom rozbity na setki fragmentów i przez kilkanaście godzin składa go z powrotem, korzystając z redundantnych kopii i aktywnej rekombinacji.
Hibernacja albo zamrożenie odbiera dokładnie tę zdolność. Zysk jest realny — chemia spontaniczna, depurynacja, hydroliza, utlenianie, praktycznie się zatrzymują w temperaturach kriogenicznych. Ale zatrzymuje się też naprawa, a promieniowanie nie. Uszkodzenia przestają być bilansowane i sumują się liniowo przez dziesięć tysięcy lat. Porównywanie tej dawki do LD50 żywego niesporczaka jest więc porównaniem z niewłaściwą liczbą: żywy niesporczak walczy, zamrożony tylko zbiera.
Osłona nie ratuje sprawy. Tu działa paskudna pułapka: kilkadziesiąt centymetrów aluminium jest gorsze niż nic, bo ciężkie jony galaktyczne rozbijają się na nim w kaskadę cząstek wtórnych, w tym neutronów, które w tkance są bardziej szkodliwe niż to, co weszło. Żeby realnie stłumić GCR, potrzeba metrów materiału bogatego w wodór, wody albo polietylenu. Czyli tysięcy ton, które trzeba rozpędzić do 1% c i potem wyhamować. Masa osłony wchodzi w budżet delta-v w najgorszym możliwym miejscu, i to dwa razy.
A część promieniowania jest w środku. Dorosły człowiek zawiera około 4400 bekereli potasu-40. To jest jakieś 0,17 mSv rocznie dostarczone bezpośrednio do własnych tkanek, i żaden ołów tego nie zatrzyma, bo źródło jest po wewnętrznej stronie osłony. Przez dziesięć tysięcy lat robi się z tego niecałe 2 Sv. Mało w porównaniu z GCR, ale symbolicznie idealne: pasażer napromieniowuje sam siebie, nieprzerwanie, przez cały rejs, i nie ma z tym absolutnie nic do zrobienia.
Ale prawdziwym zabójcą nie jest radiacja, tylko czas. To jest jedyne miejsce, gdzie bym całą tę argumentację przestawił na inną nogę. Radiację da się w zasadzie przelicytować masą, jeśli bardzo chcesz i masz nieograniczony budżet energetyczny, zbudujesz tę wodną skorupę. Czterystu pokoleń nie przelicytujesz niczym.
Arka załogowa wymaga, żeby zamknięta populacja przez dziesięć tysięcy lat utrzymała nie tylko biologiczną ciągłość, ale kompetencje techniczne, zdolność do naprawy systemów, których nikt żyjący nie projektował, i — najtrudniejsze — wolę dokończenia misji, o którą nikt na pokładzie nie prosił. Ludzkość zna instytucje o ciągłości rzędu tysiąca czy dwóch tysięcy lat. Nie zna ani jednej, która przez choćby kilka stuleci utrzymała konkretny projekt techniczny z niezmienionym celem. To nie jest problem inżynierski i nie ma powodu sądzić, że gdziekolwiek indziej byłby łatwiejszy.
Maszyna nie ma z tym kłopotu, bo nie ma czego tracić. Nie starzeje się, nie nudzi, nie zmienia zdania, nie kwestionuje sensu polecenia w czternastym pokoleniu. Redundancję, samonaprawę i tolerancję na uszkodzenia da się w nią wpisać jako specyfikację, a nie wynegocjować.
Jedno zastrzeżenie, bo dychotomia “ciało albo maszyna” jest fałszywa. Jest trzecia droga: nie wysyłać ciał i nie rezygnować z biologii, tylko wysłać informację. Genom jako dane z korekcją błędów, zreplikowane setki razy w odpornym nośniku, plus syntezator i inkubator na miejscu. Promieniowanie przestaje być barierą, bo uszkodzony bit da się odtworzyć z redundancji, a uszkodzonej komórki nie. To wciąż jest “wyślij maszynę” — ale maszyna nie musi być zamiast biologii, może być jej kurierem.
Co, nawiasem mówiąc, czyni scenariusz “siedzi cicho i patrzy” jeszcze rozsądniejszym. Jeśli coś przyleciało z zamiarem, żeby kiedyś zasiać, to najpierw przez bardzo długi czas obserwuje.
I dopiero teraz argument księżycowy zamyka się porządnie. Księżyc jest fatalnym miejscem dla ciała i znakomitym dla urządzenia. Nie ma tam wody, powietrza, ciśnienia, umiarkowanej temperatury ani przyzwoitej grawitacji, czyli nie ma niczego, czego potrzebuje biologia. Ma za to zimno, stabilność, osłonę, surowce i nieprzerwany widok na Ziemię, czyli wszystko, czego potrzebuje maszyna. Jeśli szukasz posterunku dla organizmu, Księżyc jest ostatnią pozycją na liście. Jeśli szukasz posterunku dla maszyny, jest pierwszą.
I tu robi się konkretnie. Jeśli miałbym zaprojektować długoterminowy posterunek obserwacyjny w Układzie Słonecznym, wybrałbym Księżyc.
Ziemia odpada natychmiast. Tektonika płyt recyklinguje dno oceaniczne w ciągu jakichś dwustu milionów lat. Erozja, woda, tlen, biosfera. Zakop cokolwiek na Ziemi i za sto milionów lat będzie to warstwą tlenków w metamorficznej skale. Ziemia jest maszyną do niszczenia dowodów.
Księżyc jest odwrotnością Ziemi. Brak atmosfery, brak wody, brak tektoniki, brak chemii. Powierzchnia jest stabilna w skali miliardów lat. Ślady butów Armstronga przetrwają dłużej niż większość gatunków ssaków. Jedynym procesem erozyjnym jest “ogrodnictwo” mikrometeorytowe, które przerabia górny metr regolitu w skali rzędu miliarda lat. Wolno.
Do tego dochodzi lista praktyczna:
Osłona. Kilka metrów regolitu to skuteczna tarcza przed promieniowaniem kosmicznym, wiatrem słonecznym i mikrometeorytami. Za darmo, wystarczy się zakopać.
Stabilność termiczna. Na powierzchni cykl dzień–noc daje wahania od ~390 K do ~95 K. Metr pod powierzchnią temperatura jest praktycznie stała, około 250 K, przez cały czas. Regolit jest fenomenalnym izolatorem.
Chłodzenie. Kratery w wiecznym cieniu na biegunach mają ~25–40 K. To jest jedno z najzimniejszych miejsc w Układzie Słonecznym i darmowy radiator dla czegokolwiek, co potrzebuje odprowadzać ciepło.
Surowce. Regolit zawiera tlen, krzem, żelazo, tytan, aluminium. Na biegunach jest lód wodny. Materiał na naprawy i replikację jest na miejscu.
Energia. Szczyty wieczystego światła w okolicy bieguna południowego mają niemal ciągłe nasłonecznienie.
Bezpośrednia widoczność Ziemi. Strona zwrócona do nas widzi Ziemię non stop, z tej samej pozycji na niebie, przez miliardy lat. Dla obserwatorium to jest idealne.
Płytka studnia grawitacyjna. Przylot i odlot kosztuje grosze w porównaniu z Ziemią.
To nie jest nowa myśl. Arthur C. Clarke napisał Wartownika w 1948 roku i cała fabuła Odysei kosmicznej stoi na tym pomyśle. Ronald Bracewell w 1960 opisał sondę-pośrednika czekającą w układzie. Michael Papagiannis w latach siedemdziesiątych proponował szukać artefaktów w pasie planetoid. Robert Freitas i Francisco Valdes faktycznie przeszukiwali punkty libracyjne układu Ziemia–Księżyc na początku lat osiemdziesiątych, optycznie, i nic nie znaleźli.
Czego nikt systematycznie nie zrobił, to szukanie termiczne. A to jest, moim zdaniem, jedyny kanał, który naprawdę ma sens.
Nie da się ukryć ciepła
Tu jest sedno całego pomysłu i powód, dla którego w ogóle się w to wpakowałem.
Możesz się ukryć przed teleskopem — zakop się. Możesz się ukryć przed radarem — zakop się głębiej. Możesz nie nadawać, nie odbijać, nie ruszać się.
Nie możesz się ukryć przed drugą zasadą termodynamiki.
Cokolwiek, co wykonuje pracę — nawet tak minimalną jak podtrzymanie zegara i pamięci przez milion lat — rozprasza ciepło. Reaktor rozszczepieniowy, generator radioizotopowy, ogniwo, cokolwiek. To ciepło musi gdzieś pójść, a na Księżycu jest tylko jedna droga: przez regolit do powierzchni i stamtąd wypromieniować w przestrzeń. Nie ma konwekcji, nie ma wody gruntowej, nie ma dokąd tego rozcieńczyć.
I teraz najładniejsza część. Regolit jest znakomitym izolatorem — przewodność cieplna górnej warstwy to około 10⁻³ W/(m·K), czyli setki razy gorzej niż lita skała. To jest świetne dla kogoś, kto się chowa. Ale izolator działa w obie strony: niska przewodność oznacza, że mały strumień ciepła wytwarza duży gradient temperatury. Im lepiej się zakopiesz, tym mocniej grzejesz to, co nad tobą.
Tło jest przy tym absurdalnie niskie. Naturalny strumień ciepła z wnętrza Księżyca zmierzyły misje Apollo 15 i 17: około 16–21 mW/m². Źródło mocy rzędu kilowata rozłożone na kilkuset metrach kwadratowych to jest kilka rzędów wielkości powyżej tła.
A noc księżycowa trwa 354 godziny. Przez czternaście i pół ziemskiej doby powierzchnia stygnie do ~95 K i nie ma żadnego wkładu słonecznego, który cokolwiek zaszumia. To jest najczystszy detektor, jaki można sobie wyobrazić: zimna, stabilna, martwa płaszczyzna, na której każdy wat świeci jak zapałka w piwnicy.
Sygnatura, której szukałem, to więc: nocna anomalia termiczna, stacjonarna, niezwiązana z topografią ani ze skałami, niezmienna między cyklami.
Jak szukałem? Dane: Diviner Lunar Radiometer Experiment, instrument na pokładzie Lunar Reconnaissance Orbiter, mapujący temperaturę powierzchni Księżyca nieprzerwanie od 2009 roku. Dziewięć kanałów, z czego siedem w podczerwieni termicznej. Kilkanaście lat ciągłego pokrycia. Publicznie dostępne, za darmo, w Planetary Data System.
Metoda, w skrócie:
Pobrać nocne dane temperaturowe dla wybranych obszarów.
Zbudować model tego, jaka powinna być temperatura w danym punkcie: funkcja szerokości geograficznej, lokalnego czasu, nachylenia terenu, albedo, bezwładności cieplnej. Do tego LightGBM — gradient boosting radzi sobie z takim zadaniem dobrze i szybko.
Odjąć model od obserwacji. Zostają residua.
W residuach szukać przestrzennie zwartych, dodatnich, powtarzalnych skupisk.
Całość puszczona na maszynie w Google Cloud, e2-standard-8, z Claude Code pracującym autonomicznie w sesji tmux. Zostawiasz to na noc, rano patrzysz co wyszło. To jest, nawiasem mówiąc, osobny wątek tej historii: sama możliwość przeczesywania takich archiwów przez jednego człowieka z laptopem jest zjawiskiem świeżym. Dane leżą tam od kilkunastu lat. Zmieniło się to, że można je teraz przemielić.
Najważniejszy element całego planu był jednak inny — kontrola pozytywna. Zanim uwierzysz, że twój pipeline czegoś nie znalazł, musisz sprawdzić, czy potrafi znaleźć coś, co na pewno tam jest.
Do tego użyłem trzech znanych zapadlisk księżycowych: Mare Tranquillitatis, Marius Hills, Lacus Mortis. To są dziury w powierzchni, dziesiątki do stu metrów średnicy, prowadzące najprawdopodobniej do tuneli lawowych. I one naprawdę są anomaliami termicznymi — wnętrze Mare Tranquillitatis utrzymuje w nocy temperaturę bliską 290 K, podczas gdy otoczenie schodzi do stu. To jest dokładnie ta sygnatura, której szukam, tyle że pochodzenia geologicznego.
Jeśli mój pipeline widzi zapadliska, mogę mu ufać. Jeśli nie widzi — nie mam prawa do żadnych wniosków.
Nie zobaczył. Wszystkie trzy zapadliska: residua bliskie zeru. Nic. Płasko.
Pierwsza reakcja to szukanie błędu w kodzie. Druga, po kilku godzinach, to zrozumienie, że kod jest w porządku, a błąd był na poziomie projektu.
Trzy rzeczy poszły nie tak, wszystkie związane z tym samym:
Rozdzielczość. Plamka pomiarowa Divinera na powierzchni ma rozmiar rzędu 200–400 metrów. Zapadlisko ma sto metrów. Obiekt zajmuje więc kilka procent piksela. Nawet jeśli jest gorący o dwieście kelwinów, po uśrednieniu po powierzchni piksela zostaje z tego kilka kelwinów — na granicy szumu, w produkcie uśrednionym po latach obserwacji już praktycznie nic.
Zły produkt danych. Używałem produktu poziomu 3 (dgdr_st_avg), czyli gotowej, wygładzonej, siatkowanej mapy temperatur. I tu jest puenta, którą uważam za najcenniejszą rzecz, jaką z tego wyniosłem: ten produkt przechodzi przetwarzanie, które celowo usuwa podpikselowe komponenty gorące, żeby wyprodukować czystą temperaturę samego regolitu, bez wkładu od rozrzuconych głazów. Innymi słowy algorytm, którego użyłem, jest zaprojektowany, żeby wycinać dokładnie tę sygnaturę, której szukałem. Szukałem igieł sitem zoptymalizowanym pod wyrzucanie igieł.
Skalowanie. Wartości w tym produkcie są przeskalowane i przesunięte względem prawdziwej temperatury powierzchni, co przez pewien czas dodatkowo mnie myliło.
Wniosek jest twardy i trzeba go powiedzieć uczciwie: z tym instrumentem i tym produktem danych nie da się wykryć obiektu mniejszego niż mniej więcej sto metrów. Mój wynik negatywny nie mówi absolutnie nic o hipotezie. Mówi wyłącznie o teleskopie.
Zostaje jedna klasa celów, która przy tej rozdzielczości ma sens: anomalie kilometrowe. Coś naprawdę dużego. Szukam więc dalej, ale w innej kategorii wagowej i bez złudzeń, że to jest ta sama kategoria, od której zacząłem.
I tu jest najbardziej irytujący element całej historii.
Instrument, który by to zrobił, istniał. Nazywał się Lunar Thermal Mapper, zbudowany na Uniwersytecie Oksfordzkim za pieniądze brytyjskiej agencji kosmicznej, przeznaczony na pokład małego orbitera Lunar Trailblazer. Rozdzielczość przestrzenna 25 metrów na piksel, pas skanowania 11 kilometrów, piętnaście kanałów, zakres temperatur 110–400 K.
Dwadzieścia pięć metrów zamiast trzystu. To jest różnica między “nic nie widać” a “widać wszystko, czego szukam”. Zapadlisko wypełniałoby kilka pikseli zamiast kilku procent jednego.
Lunar Trailblazer wystartował 27 lutego 2025 roku, jako ładunek towarzyszący misji IM-2. Kontakt urwał się dzień po starcie. Z tych szczątków telemetrii, które dotarły, wynikało, że panele słoneczne nie były zwrócone do Słońca i baterie się rozładowały. Obserwacje radarowe i optyczne z Ziemi pokazały statek w powolnym obrocie, oddalający się w przestrzeń międzyplanetarną. Po kilku miesiącach prób sygnał był już za słaby na jakąkolwiek komendę. NASA formalnie zakończyła misję w sierpniu 2025.
Instrumenty były światowej klasy. Statek nie doleciał. Spektrometr HVM³ dostał zgodę na kolejny lot, termalnego mappera na razie nikt nigdzie nie leci wynieść.
Więc siedzę z archiwum, które nie ma rozdzielczości, i wiedzą, że rozdzielczość odleciała w ciemność na obracającym się cubesacie.
Przy okazji tego wszystkiego przerobiłem klasyk gatunku, czyli We Discovered Alien Bases on the Moon Freda Stecklinga. Wydana pierwotnie w 1981 przez G.A.F. International, potem wersja druga w 1997, potem dodruki, dziesiąte wydanie w 2014, i wciąż w obiegu. Sto dwadzieścia pięć zdjęć NASA z powiększeniami, kopuły, tunele, ślady po maszynach górniczych, konstrukcje.
Zweryfikowałem to i wynik jest jednoznacznie negatywny. Powody, po kolei:
Materiał źródłowy. Zdjęcia to skany mikrofisz i odbitek z misji lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Domniemane “kopuły” i “obiekty” to w przeważającej większości defekty emulsji, pyłki na skanerze, znaczniki kalibracyjne kamery, artefakty kompresji i cienie. Jeżeli powiększysz ziarno filmu dwadzieścia razy, zobaczysz w nim wszystko, czego szukasz. To jest podręcznikowa pareidolia wsparta procesem obróbki.
Kontrola. I to jest rozstrzygające. Kamera wąskokątna na Lunar Reconnaissance Orbiter fotografuje powierzchnię Księżyca z rozdzielczością pół metra na piksel. Pokrycie jest dziś praktycznie kompletne, dane są publiczne, a każdy może wpisać współrzędne i obejrzeć dokładnie to samo miejsce w rozdzielczości sto razy lepszej niż oryginał. Zrobiłem to dla wskazanych w książce lokalizacji. Nie ma tam nic. Są kratery, głazy i regolit.
Twierdzenia fizyczne. Książka utrzymuje między innymi, że Księżyc ma atmosferę i że jego grawitacja wynosi 64% ziemskiej. Obie rzeczy są sprawdzalne bez zaufania do kogokolwiek. Grawitacja wynika bezpośrednio z okresów orbitalnych każdego satelity, jaki tam kiedykolwiek krążył, łącznie z aktualnie pracującym LRO — wychodzi 1,62 m/s², czyli około 16,5% ziemskiej. Ciśnienie przy powierzchni to rząd 10⁻¹⁵ bara, mierzone bezpośrednio przez ALSEP i później przez LADEE. Nie jest to kwestia interpretacji.
I nie mam do tej książki złości, mam raczej rodzaj żalu, bo ona zadaje właściwe pytanie. Pytanie “czy ktoś tam jest i czy zostawił ślad” jest dobre. Metoda jest zła w sposób, który sam siebie unieważnia: opiera się na tym, że dowód ma być widoczny gołym okiem na kiepskim zdjęciu, i że jedyną przeszkodą jest to, że komuś nie chce się patrzeć.
A prawda jest dokładnie odwrotna. Ślad, jeśli istnieje, nie będzie widoczny gołym okiem, będzie różnicą kilku kelwinów w danych, których nikt nie zbierał w tym celu. I znajdzie go nie ten, kto powiększy zdjęcie, tylko ten, kto zbuduje model tła, odejmie go i będzie miał odwagę powiedzieć: mój pipeline nie przeszedł kontroli pozytywnej, więc mój wynik nic nie znaczy.
Kilka rzeczy, które wynoszę z tej rundy:
Wynik negatywny trzeba kwalifikować albo jest bezwartościowy. “Nie znalazłem” bez podania progu detekcji to nie jest zdanie o świecie. “Nie znalazłem obiektów cieplejszych niż X kelwinów i większych niż 300 metrów na obszarze Y” — to już jest zdanie o świecie, i to całkiem użyteczne.
Kontrola pozytywna przed wszystkim. Godzina spędzona na sprawdzeniu, czy pipeline widzi znany sygnał, oszczędza tydzień mielenia niczego.
Produkty wyższego poziomu kłamią przez pominięcie. Nie kłamią złośliwie, są zoptymalizowane pod cudze pytanie. Kolejne podejście robię na danych poziomu 2, czyli surowych radiancjach, przed uśrednianiem i przed usuwaniem komponentu skalnego. Tam sygnatura podpikselowa jeszcze jest.
Dane już istnieją. Nie potrzeba nowej misji, żeby zacząć. Diviner, Mini-RF, ChaSTE z Chandrayaana-3, LOLA, kamery LRO — to są terabajty zebrane w innych celach, przeleżane w archiwach, przeszukane wyłącznie pod kątem pytań, dla których je zbierano. Wąskim gardłem od piętnastu lat nie jest obserwacja. Jest przemiał.
16 replies on “Moje poszukiwanie Obcych na Księżycu”
Widzę, że w pewnym wieku nurtują nas dokładnie te same pytania i użtwamy najnowszych narzędzi, aby spróbować na nie odpowiedzieć.
Tak, póki co, najlepszym statkiem wielopokoleniowym jest nasza planeta z deflektorem w postaci słońca, chroniącym nas przed zagrożeniami kosmosu…
Jeżeli coś jest na księżycu, to po milionach lat może już nawet nie nie emitować. Ale byłoby rewrlacyjną wiadomością, gdy coś dało się znaleźć.
fajna pasja.
myślę, że wyniki badań które prowadzisz już są w archiwach instytucji kosmicznych kilku krajów. prawdopodobnie tajne.
@Doxa @TT (jeśli to czyta)
Skoro taki abstrakcyjny temat, to chciałbym wrócić do naszej dyskusji o entropii i strzałce czasu sprzed roku. Wtedy was nie przekonałem, ale w międzyczasie pogadałem z tym gościem, o którym wspominałem parę razy w tamtej dyskusji i dowiedziałem się od niego, że istnieje coś takiego jak
Czas nawrotu Poincaré’go (Poincaré recurrence time)
Jest to statystyczny czas po jakim izolowany układ o rozmiarze obserwowalnego Wszechświata wróci do identycznego stanu w jakim jest teraz (tzn. czas po jakim rozmieszczenie wszystkich cząstek bez wyjątku we Wszechświecie będzie znów identyczne z teraźniejszym).
Czas nawrotu Poincaré’go wynosi “mniej więcej” 10^(10^(10^100)) lat (czyli na tym: https://slomski.us/wp-content/uploads/2025/09/Dtka-1.png swoim wykresie trochę przeszacowałem jak długo trzebaby czekać na to aż wszystkie dętki będą się samonapompowywać, a żadna się nie samowypompuje, ale zważywszy całkowicie strzelałem kierowany wyłącznie “intuicją fizyczno-matematyczną”, to aż tak dużo się nie pomyliłem)
Ale jezeli ta maszyna co sie chowa jest “sprytna” to sie schowa wlasnie w takim kraterze ktory jest naturalna anomalia-co jest zla widomoscia(bo nic tym swoim sposobem tam nie wykryjesz bo zobaczysz tylko anomalie naturalna)ale i dobra(bo tych naturalnych anomalii jest niewiele i w gruncie rzeczy zajmuja tylko pare procent powierzchni ksiezyca albo i mniej).Co nasuwa pytania po co mialaby ta maszyna tam byc-inaczej bedzie sie chowac jezeli ma byc znaleziona latwo(przykladowo na dosc niskim poziomie rozwoju obserwowanych) a inaczej jesli trudno itp itd.Pomysl ciekawy tez czasmi nad takimi rzeczami mysle.
Piotr34
Piotr34
Każde zdjęcia z sond są publikowane po roku, gdy już jest pewność, że są dokładnie zbadane i nic na nich nie ma
@xxx
Uparcie chcesz dyskutować o położeniu i domyślnie energii potencjalnej układu pomijając prędkości czyli domyślnie energię kinetyczną i pędy.
Czyli mam rozumieć ten czas Poincaré’go jako czas po którym wszystkie rozpady izotopów zostaną odwrócone, syntezy cofnięte, zjawiska anihilacji i kreacji cząstek cofnięte a wszystko co wpadło do czarnych dziur z nich wyciągnięte?
Czy tylko jako zbiór nierozróżnialnych kulek zderzających się sprężyście o liczebności 10^chyba coś 81 zajmie te same położenia? (ani słowa o pędach czy prędkościach?
PS. Mówimy o statystyce więc jak upłynie 1000 x ten czas to wspomniane zjawisko zajdzie gdzieś w przedziale (500-2000) razy z prawdopodobieństwem 98,5% (strzelam – nie chce mi się liczyć)
@TT
“Czyli mam rozumieć ten czas Poincaré’go jako czas po którym wszystkie rozpady izotopów zostaną odwrócone, syntezy cofnięte, zjawiska anihilacji i kreacji cząstek cofnięte a wszystko co wpadło do czarnych dziur z nich wyciągnięte?”
Dokładnie. Co jeszcze trudniejsze do wyobrażenia proces w którym to nastąpi będzie “antyświatem” – tzn. doprowadzi do tego stanu sekwencja zdarzeń podobna do tej jaką jest nasz wszechświat tylko w odwrotnej kolejności.
Mówimy o statystyce więc jak upłynie 1000 x ten czas to wspomniane zjawisko zajdzie gdzieś w przedziale (500-2000) razy z prawdopodobieństwem 98,5% (strzelam – nie chce mi się liczyć)
Tak.
Czy rozumiesz, że jeśli jakiś proces może z niezerowym prawdopodobieństwem zajść “w drugą stronę” to w ciągu nieskończonego czasu w tę “drugą stronę” w końcu zajdzie z prawdopodobieństwem 100%?
Przypomnę tylko, że czas nawrotu Poincare’go dotyczy Wszechświata o ograniczonych rozmiarach. Póki co wszystko wskazuje, że nasz Wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność, a w takim przypadku do nawrotu nie dojdzie nigdy.
@xxx
Nie pomyliłeś Poincare’go z Penroes’em? i czasów od ich imienia?
Przy czym Penrose zakłada najpierw maksymalny wzrost entropii a potem przejście przez osobliwość. A to co powstanie po przejściu przez osobliwość może mieć nawet inne stałe fizyczne albo i prawa.
A tymczasem ktoś chce wywołać blackout w Niemczech… na razie dość nieudolnie.
@TT
Nie. Poszukaj sobie o “Poincaré recurrence time”. Zapytaj jakiejś AI ile on wynosi dla Wszechświata.
@xxx
To sprawdź co to jest czas Penrose’a – to tam masz wyparowanie czarnych dziur i rozpad wszystkich masywnych cząstek…
A dalej czas Penrose’a to 10¹⁰⁰ a czas czas Poincarégo jest ze 20 razy dłuższy 🙂
I dla porównania zobacz ile wynosi czas życia skrajnie słabego czerwonego karła… czyli jak długo można za jego pomocą wskazać kierunek strzałki czasu.
@TT
A dalej czas Penrose’a to 10¹⁰⁰ a czas czas Poincarégo jest ze 20 razy dłuższy
Coś pochrzaniłeś:
10¹⁰⁰ to jedynka i sto zer (liczba ta nazywa się googol) [“twój” czas Penrose’a]
10^10¹⁰⁰ to jedynka i google zer (liczba ta nazywa się googolplex)
10^(10^10¹⁰⁰) to jedynka i googolplex zer [czas nawrotu Poncare’go]
Jedynka i sto zer versus jedynka i googolplex zer.
Czas Poincarego jest [jedynka i (googolplex – 100) zer] razy większy, nie 20 razy.
czyli jak długo można za jego pomocą wskazać kierunek strzałki czasu.
Nim minie czas Poincarego będziesz miał “odwrotne czerowone karły” (tj. trafią się sekwencje zdarzeń takie same w czerwonym karle, tylko w odwrotnej kolejności)
@xxx
A zauważyłeś, że zanim dojdzie do jednego czasu Poincarego to Wszechświat się zdąży zwinąć i powstać na nowo między 20 a gogol razy? (przy wszystkich zastrzeżeniach odnośnie do rachunku prawdopodobieństwa). Przy czym jakakolwiek fizyka związana ze mną czy Tobą ma szansę dotrwać tylko do najbliższego zwinięcia wszechświata.
@wszyscy oprócz XXX
Dawno tu nie pisałem z powodu ocenzurowania moich komentarzy (i nadal tak będzie), ale teraz robię wyjątek, bo musze odpowiedzieć na ten świetny wpis.
DZIĘKUJĘ panu Przemysławowi Słomskiemu za poświęcenie aż takiej ilości czasu (mi samemu zajęłoby to ponad 300h, i to bez bariery jęz. angielskiego, która u mnie istnieje), swoich pieniędzy i pomysłu NAUCE.
Szczególne wrażenie robi uczciwość intelektualna przy opisaniu błędu z “sitem i igłami”, a taka uczciwość w świecie “prawdziwej” nauki jest towarem tak rzadkim jak skro, termodynamika i Bomność.
Powodzenia przy analizie poziomu 2 i wiedz, ża wielu kapłanów KK szczerze ci kibicuje, modląc się o twój dalszy zapał, nawrócenie i zbawienie duszy – w końcu niezależnie od tego kto stworzył wszechświat, termodynamika i Boża opatrzność działają jednakowo.
Na koniec pozwolę sobie zapytać, czy tę ciekawość naukową miałeś “od zawsze”, tylko teraz w zamożności (mam nadzieję) masz możliwość realizacji – czy jak to było z tym bakcylem?
Pozdrawiam.
“A zauważyłeś, że zanim dojdzie do jednego czasu Poincarego to Wszechświat się zdąży zwinąć i powstać na nowo…”
Nie to jest istotne. Istotne jest co innego:
Czekamy aż upłynie czas Poincarego, i znów rozmieszczenie wszystkich cząstek we Wszechświecie będzie identyczne z tym teraz.
A następnie montujemy 2 filmy:
• Od teraz do momentu aż znów wszystkie czątki co do jednej będą rozmieszczone tak samo.
• J.w. ale wstecz
Ogarniasz, że nie będzie się dało odróżnić który z dwóch filmów jest jest puszczony wstecz?
A stąd już wniosek, że żadnej strzałki czasu poza psychologiczną nie ma
Nota bene – nim upłynie czas Poincarego powstaną też odwrotni Ja i Ty.
Tzn osoby w których organizmach zajdą identyczne przemiany jakie zaszły w naszych tylko, że w odwrotnej kolejności.
@xxx
Strasznie mechanistycznie pojmujesz fizykę… gdzieś na poziomie 18 wieku. I dość dziwnie rachunek prawdopodobieństwa.
I w ogóle nie widzisz różnicy pomiędzy procesami określanymi jako endotermiczne i egzotermiczne. I tym dlaczego jedne mogą zajść samoistnie a inne trzeba wymusić.
A już zbierałem szczękę z podłogi jak zobaczyłem, że według Ciebie świat o innej wartości ładunku elektronu i takie wartości opisujące kwarki w jądrze, że cykl CNO nie byłby możliwy da w konsekwencji Ciebie. (to mniej więcej oznacza Wszechświat z innymi prawami albo stałymi fizyki).
To ile czasu mam czekać na samonapompowanie się dętki? albo ile dętek mam wziąść i położyć w magazynie na rok aby przynajmiej jedna napompowała się sama z siebie? Tylko weź pod uwagę ograniczenia – życie na Ziemi poistnieje jeszcze jakiś miliard lat, a sama Ziemia z 5 miliardów. A i węgla na dętki możesz wziąść tylko tyle co na Ziemi… albo tyle ile znajdziesz w układzie słonecznym.