Monthly Archives: April 2011

Passe

O pewnych rzeczach się nie mówi. Na przykład o tym, ilu ludzi zabija się z braku pracy. Nawet w głośnych sprawach, w których ginie kilka osób, sprawcę nazywa się ‘szaleńcem’, a nie ‘bezrobotnym doprowadzonym do ostateczności’. Przyczyny są dwie – media zapewne nie chcą wywoływać fali przemocy, wskazując milionom zdesperowanych ludzi, że przemoc jest jakąkolwiek opcją, oraz przekonanie społeczeństwa (tych co nie posmakowali bezrobocia), że przyczyną bezrobocia jest brak chęci do pracy.

WSJ wyłamał się ze zmowy milczenia i popełnił materiał na ten temat. Choć trudno w nim o aktualne dane, można podeprzeć się innymi danymi i stwierdzić, że ilość samobójstw może podskoczyć nawet o 60% więcej niż w spokojnym roku 2007. Oznacza to, że obecna Wielka Depresja może kosztować USA rocznie do 20 000 ofiar samobójstw więcej.

Bezrobocie, szczególnie na skalę tak monstrualną jak to w Polsce, niszczy na ogromną skalę tą przysłowiową ‘zdrową tkankę społeczną’, i to nie tylko poprzez przypadki samobójstw. Miliony ludzi emigrują, inni wpadają w nałogi lub popełniają przestępstwa. Dzięki temu, że Polska jest fatalnie zarządzana, staje się krajem nie tylko nie dla starych ludzi, ale w ogóle nie do życia dla kogokolwiek, oprócz kadry zarządczej, delegowanej tu tymczasowo z normalnych krajów.

Share This Post

Koniec rozgryweczki

Na Białorusi można było do niedawna zakupić sobie w banku centralnym sztabki złota i srebra. Ale w piątek opcja taka została ‘czasowo’ zawieszona. Zatrzasnęło się ‘złote okno’ dokładnie jak w 1971 r za Nixona.

Fajnie czyta się oficjalną reżimową prasę polską. Ach, jak dobrze, wreszcie wyszło szydło z worka i okazało się, że Białoruś to dziki kraj. Problem w tym, że to co się pisze niekoniecznie trzyma się kupy:

Pogłoski o rychłej dewaluacji rubla od początku roku wywołują ogromny popyt za waluty i metale szlachetne. Ludzie pozbywają się bezwartościowych rubli, choć Mińsk robi wszystko by takie operacje utrudnić.

Równie dobrze można napisać:

Pogłoski o rychłej utracie wartości nabywczej dolara od początku roku wywołują ogromny popyt na metale szlachetne. Od stycznia srebro i złoto zdrożało w spektakularny sposób. Ludzie pozbywają się bezwartościowych dolarów, choć Waszyngton robi wszystko, by takie operacje utrudnić.

I też pasuje, prawda? Ale propagandowa tuba ani słowa się o tym nie zająknie, że w ‘cywilizowanym świecie’ już niedługo będzie rozgrywany wariant białoruski, w którym nie będzie opcji wymiany papierowych banknotów na kruszec.

Tymczasem szereg moich wpisów z cyklu ‘stracone pokolenie’ spotkał się z odzewem Wyborczej. Najśmieszniejszy materiał został na sam koniec. Jesteśmy otwarci zarówno na studentów, jak i na absolwentów – mówi Joanna Borowicz. A ja pytam – Aśka – ile płacisz na godzinę? I ile osób aplikuje na jedno miejsce pracy?

Firmy z tej branży poszukują również osób z wykształceniem humanistycznym, którym jest często trudniej o pracę niż absolwentom kierunków ścisłych: do sprzedaży, marketingu, działów HR, obsługi klienta itd. – wylicza Sebastian Gertsmann, dyrektor personalny Xerox Polska, świadczącej min. usługi BPO dla globalnej struktury Xerox. – Zarobki pracowników w centrach są wyższe od średniej w sektorze przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pakiety medyczne, sportowe, rozbudowany system szkoleń i wytyczona ścieżka awansu.

Cud, miód, coca-cola. Seba – ile konkretnie płacisz na godzinę? I ile dostajesz CV na jedną ofertę pracy?

Mimo to firmom BPO wcale nie jest łatwo znaleźć pracowników. Bo szukają osób o bardzo konkretnych umiejętnościach.  – Kluczowa u kandydatów jest znajomość języków obcych – mówi Natalia Hyla z Globalnego Centrum Biznesowego HP. – Usługi oferowane w polskich centrach SSC/BPO realizowane są w przeszło 30 językach. Oprócz angielskiego, w którym jest wykonywanych 40 proc. usług, potrzebne są osoby władające językami takimi jak niemiecki, francuski, hiszpański, niderlandzki, włoski czy rosyjski; szwedzki, węgierski czy litewski. Coraz częściej pracodawcy poszukują też pracowników ze znajomością czeskiego, węgierskiego, rumuńskiego czy arabskiego, a nawet islandzkiego.

Dlatego warto na studiach czy nawet w liceum postawić na naukę języków obcych. – Języki rzadkie i egzotyczne bardzo zwiększają szansę danej osoby na pracę, nawet przy minimalnym doświadczeniu – mówi Natalia Hyla.

Zauważyłem, że Tunezyjczycy są bardzo zdolnymi ludźmi. Jest wielu Tunezyjczyków, którzy mówią w 3-4 językach. Każdy mówi po francusku oraz arabsku, a arabski jest pożądanym językiem, bowiem rzadkim i egzotycznym.

Akurat tak się dobrze składa dla Hyli, Gertsmanna i Borowicz, że do Europy przypłynęło z Tunezji kilkadziesiąt tysięcy potencjalnych pracowników, dysponującymi talentami lingwistycznymi koniecznymi w karierze w branży BPO. Jakoś nie widzę jednak zwartego tłumu strażników granicznych blokujących na granicy pociągi z emigrantami zamierzającymi odebrać miejsca pracy polskiej młodzieży.

Dlaczego w Białymstoku czy Rzeszowie nie widać tłumów Tunezyjczyków pod biurowcami zajmowanymi przez jakże perspektywiczne firmy BPO? Czy jest to wina kiepskiego socjału w Polsce? Chyba nie, przecież nielegalny Tunezyjczyk nie ma prawa do żadnych świadczeń socjalnych we Francji, tak samo jak nie ma do tego prawa nielegalny Meksykanin w Chicago.

Powód jest zupełnie inny – Tunezyjczycy nie są idiotami i wiedzą, że w Polsce nie ma pracy nawet dla lokalesów, oraz że zarabia się 1/4 tego co we Francji. Innymi słowy – Tunezyjczyk nie nabiera się na propagandę serwowaną przez Wyborczą, na która ma się nabrać młody i naiwny czytelnik w Polsce. Być może żeby to zmienić należałoby zrzucać tłumaczone artykuły Wyborczej wprost na łajby forsujące Morze Śródziemne, albo wtykać im papier do łap zaraz na plaży: ‘przybywajcie do Bolandy – rozpocznijcie lukratywną karierę w branży BPO!’.

Namawianie ludzi na pozostanie w Polsce jest nieodpowiedzialne, tak jak nieodpowiedzialne jest sprzedawanie ‘leku na raka’ wyprodukowanego ze skisłego soku warzywnego. Mamienie ludzi fantasmagoriami, dawanie im złudnych nadziei, prowadzi do dokonywania złych wyborów i szkodzi młodym ludziom. Większość nie znajdzie żadnej pracy, straci tylko nerwy, resztkę pieniędzy i cenny czas.

Share This Post

Laboratorium

Rok czy dwa lata temu zastanawialiśmy się, czy kryzys spowoduje inflację czy może deflację. Tak, tak, były głosy całkiem poważnych blogerów, którzy dopuszczali scenariusz deflacji w krajach ograniętych kryzysem. Dziś już wiemy, że mamy do czynienia z początkiem wielkiej fali inflacji. Niektórzy jeszcze nie dopuszczają do siebie tej myśli i uważają, że inflacja zatrzyma się na poziomie nie przekraczającym 10% rocznie. Otóż nie zatrzyma się.

Najciekawsze jest obserwowanie całego procesu rodzenia się inflacji. Kiedyś sądziłem, że jakimś magicznym sposobem rynki wyczuwały wzrost ilości pieniądza w obiegu i następował wzrost cen. Tym razem mogłem zobaczyć jak ten proces wygląda, w zwolnionym tempie.

To nie wzrost wynagrodzeń napędza inflację, jak obawia się Belka. Pracownicy w Polsce są bardzo krótko trzymani za twarz – upomnienie się o podwyżkę grozi wskazaniem drzwi palcem wskazującym. Przy tak katastrofalnym bezrobociu istnieje ogromna możliwość zastępowania pracowników o nastawieniu roszczeniowym młodym pokoleniem ‘stażystów’. Mowa tu oczywiście o szerokiej rzeszy przeciętnych pracowników, wiadomo że wysokokwalifikowanych specjalistów wymienić na studentów dużo trudniej, szczególnie przy tradycyjnej w Polsce niechęci pracodawcy do szkolenia pracowników (bo nauczy się i pójdzie do konkurencji/otworzy swój biznes lub bo pracownik ma być produktywny od godziny 9 rano pierwszego dnia pracy).

Tymczasem proces inflacji zaczyna się od surowców. To tam wpływa ogromna masa wydrukowanej waluty, pozostająca do dyspozycji grubych kotów. To globalni gracze mają gotówkę, bo to oni są beneficjentami wtłaczania gotówki w gospodarkę. Smithowi lub Kowalskiemu nikt bailoutów nie robi, ma do wydania tyle samo teraz co w zeszłym roku. A grube koty, w obawie przez inflacją zżerającą kapitał, przenoszą środki z rynku obligacji oraz akcji i lokują je w namacalnych towarach. W efekcie o surowce muszą konkurować producenci z inwestorami. Ceny rosną, przez co grube koty wykazują dwucyfrowe zyski i nabierają ochoty na jeszcze większe zaangażowanie. A większe ceny surowców przerzucane są na ceny półproduktów i produktów końcowych. W końcu, po wielu miesiącach od wzrostu cen surowców, efekt końcowy widzimy w sklepach.

Gdyby źródłem inflacji był wzrost wynagrodzeń obserwowalibyśmy najpierw wzrost cen produktów finalnych, a dopiero potem wzrost cen surowców, koniecznych do odtworzenia stanów magazynowych. Widzimy dokładnie odwrotny proces, co pomaga nam zrozumieć co się naprawdę dzieje.

Podkreślić trzeba, że ostatnie kilkudziesięcioprocentowe wzrosty cen surowców nie skończą się marnym 3-4% wzrostem cen. To tylko początek procesu, maskowanego zresztą rządowymi masażami statystyk. W odpowiednio długiej perspektywie zobaczymy każdy z produktów droższy. Za rok możemy być wszyscy przekonani, że 5 zł za kilogram cukru czy litr benzyny to szalona okazja.

Następuje pauperyzacja społeczeństw, tradycyjnie towarzysząca inflacji. Pracownicy otrzymują wynagrodzenia, które przyrastają wolniej niż wzrost cen. W ten sposób po opłaceniu wydatków sztywnych pozostaje im coraz mniej pieniędzy na oszczędzanie czy jakiekolwiek wydatki nie związane z fizycznym przetrwaniem. Również oszczędności topnieją – przy obecnym oprocentowaniu lokat w Polsce traci się siłę nabywczą kapitału, oczywiście gdy mowa o najbardziej interesujących konsumentów żywności i energii a nie o lokomotywach i szynach kolejowych. W USA parowanie oszczędności jest nawet szybsze jako że oprocentowanie lokat oscyluje wokół zera. A o zaletach złota jako zabezpieczenia przeciw inflacji wie może 1% społeczeństwa.

Inflacja jest ogromnym zagrożeniem dla państwa demokratycznego. Populiści, tacy jak Kaczyński, będą podnosić łby w kolejnych krajach, dowodząc, że winni inflacji są obecne ekipy rządowe. Tymczasem kłamca wyborczy Tusk nie może ponosić żadnej winy za powódź jaką na rynek surowców sprowadził drukarz Ben. Barykady z ulic Tunezji i Libii będą przenosić się stopniowo na północ, wraz z rosnącą biedą. Pojawią się też pogromy – większość będzie oskarżać mniejszość o zabieranie miejsc pracy, spowodowanie kryzysu i sprowadzenie każdej z plag egipskich.

W normalnych okolicznościach przyrody banki centralne powinny gwałtownie podnieść stopy procentowe, zniechęcając do wydawania wysokimi kosztami kredytu i zachęcając do wycofania pieniędzy z obrotu towarowego wysokim oprocentowaniem lokat. Tym razem nie mogą sobie na to pozwolić, okazałoby się, że rzekome ożywienie gospodarcze nie istnieje – spadek konsumpcji na kredyt wepchnąłby świat z powrotem w recesję. Przy wysokim zadłużeniu całej bandy państw poprzednio uznawanych za cywilizowane wzrost kosztów pozyskania kapitału spowodowałby bankructwa – przy kuponie obligacji wyższym o parę punktów procentowych wiele państw znajdzie się w sytuacji, gdy pieniędzy z podatków (przy kurczącej się bazie podatkowej) nie starczy na odsetki od długu.

Cykl wegetacyjny waluty papierowej musi się zamknąć, tak jak wiele razy wcześniej. Będą kolejne stymulacje i drukowania, tak że wartość nabywcza banknotów spadnie do zera. Wszelkie zobowiązania zostaną wyzerowane (wyinflacjowanie z długu) kosztem posiadaczy obligacji, emerytów i tym podobnych ‘bogatych ludzi’. Wprowadzone zostaną nowe waluty, być może powiązane z kruszcem ‘już na wsze czasy’ i złożone zostaną solenne obietnice zrównoważania wszelkich kolejnych budżetów państwa. I zabawa zacznie się od nowa.

Share This Post

Potencjal wzrostu, czyli czego nie powie sprzedawca kruszcu

Wiadomo, że choć ceny fluktuują, to w długim horyzoncie czasu kruszec chroni przed utratą siły nabywczej walut papierowych. Z drugiej strony chodzi też o to, żeby nie kupić kruszcu ‘w górce’ a nie sprzedać ‘w dołku’.

Kolega SIP poczynił ciekawy wpis. Zauważa w nim ciekawą analogię pomiędzy cenami akcji w czasie bańki a aktualnymi wzrostami cen srebra. Pozwoliłem sobie połączyć obie grafiki w jeden plik:

Ciekawa analogia, nieprawdaż?

Oczywiście można powiedzieć ‘this time is different’ i podnosić argumenty o pustych półkach u dilerów oraz o ilości pieniędzy drukowanych w USA czy Azji.

Jestem od wielu lat fanem metali szlachetnych i uważam to za podstawową formę ochrony kapitału. Jednak w sytuacji jaka ma obecnie miejsce unikałbym zakupu srebra na rzecz złota. Wydaje się, że potencjał wzrostu został wyczerpany i są szansę na grubszą korektę. W moim odczuciu jest bardziej prawdopodobne, że prędzej zobaczymy srebro po 30$/oz niż po 50$/oz.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja ze złotem. Cena stabilnie oscyluje wokół 4500 zł/oz i gwałtowne spadki są mniej prawdopodobne niż w przypadku srebra.

Cała sytuacja jest bardzo ciekawa dlatego, że nie ma całkowitej pewności co naprawdę widzimy.  Czy jest to spekuła czy też ‘srebrny pociąg’, który uratuje nas przed utratą wartości nabywczej walut? Czas pokaże.

Obawiam się, że tłuste koty jak zwykle będą na wygranej pozycji. Poczekają aż ceny będą bardzo wysokie budując sobie krótkie pozycje. A potem poczekają do wyprzedaży lub sami spowodują panikę. A gdy ceny spadną w przedział 20-30 $/oz zaczną budować długie pozycje. To jest jak maszynka do produkowania darmowych pieniędzy.

Share This Post

Lady Gaga

Ostatni wpis był za trudny. Widać to po komentarzach, których na tą chwilę jest tylko 7. To cenna wskazówka mówiąca o tym, że nie warto publikować materiałów po lengłiczańsku i trzeba bardziej zajmować się tematyką trafiającą do szerszego odbiorcy. Na przykład Lady Gagą.

Frustero załamuje ręce nad szerzącą się ignorancją. Znowu się myli. Ludzie nie czytają naukowych cegieł ponieważ są czują się mądrzy, ba, najmądrzejszy na świecie. By się o tym przekonać wystarczy zapytać przypadkowych przechodniów co zrobić, żeby w Polsce było lepiej. Każdy zna na to pytanie odpowiedz, a większość oscyluje wokół ‘drukować więcej pieniędzy i rozdać potrzebującym’. Zresztą ta mądrość jest uniwersalna i obowiązuje nie tylko w Polsce, lecz również w Stanach. Tam nawet wprowadza się to w życie i ‘zażegnuje’ się kryzys, z tym że za najbardziej potrzebujących uznano oligarchów i to do nich głównie trafiają drukowane banknoty.

Problem pojawia się w momencie, gdy wiedzę ulicznych mędrków weryfikuje się z książką w ręce. Wtedy okazuje się, że wartość tej wiedzy jest zerowa i wystarcza na takie czynności jak zakup pomidorów czy wyniesienie śmieci. Zresztą zdali sobie z tego sprawę scenarzyści telewizyjni tworząc teleturniej ‘Are You Smarter Than a 5th Grader?’ czy łowiąc głupków na trotuarach w ramach ‘Matura to bzdura’. Okazało się, że większość ludzi osiąga szczyt możliwości intelektualnych w wieku 12 lat i od tego momentu zaczyna się stopniowy upadek.

Jeżeli nie jest się producentem filmowym, to sytuacja nie jest beznadziejna. Można robić powyższe podłości ludziom bez używania kamery. Wystarczy zabrać na imieniny do cioci laptopa z internetem i gdy wywiąże się dyskusja na tematy podlegające weryfikacji, należy użyć googla lub wiki. Jest to doprawdy przewrót kopernikański w zakresie nocnych rozmów Polaków, nagle okazuje się, że łatwo wykazać kto ma racje a kto nie.

I jeżeli zastosować weryfikację tezy o ogromnej ignorancji ludzi, może okazać się, że wcale nie do końca tak jest. Ma się takie wrażenie oglądając wspomniane programy TV, ale przecież nie biorą do nich geniuszy, tylko ludzi o których wiadomo, że się skompromitują.

O poziomie ignorancji społeczeństwa świadczy zaufanie do pieniądza papierowego. Trzeba być naiwniakiem, by przyjmować zadrukowany papier w zamian za nasze usługi, a naiwność polega na założeniu, że w przyszłości ktoś przyjmie od nas papierki w zamian za swoje usługi czy towary. W Stanach ludzie nadal wierzą w dolara, spora część myśli, że waluta ta ma pokrycie w złocie. Wiara ta rozlewa się po świecie, stąd w Polsce wielu naiwniaków trzyma oszczędności w dolarze.

Będąc w Meksyku rozmawiałem z wieloma ludźmi na ten temat – okazuje się, że zaufanie do banku centralnego jest zerowe. Oszczędza się w dolarach, w kruszcach, w nieruchomościach i ostatnim miejscem do oszczędzania jest papierowe peso (zresztą banknoty wykonane są z plastiku). Z tego co słyszałem, w Argentynie sytuacja jest dość zbliżona, papieru używa się tylko do transakcji pierwszej potrzeby.

Przyjmowanie papierowej waluty w zamian za nasze usługi, lub co gorsza oszczędzanie w niej, jest szczytem ignorancji i opiera się na założeniu, że znajdziemy kogoś, kto przyjmie papier za swoje usługi. Tymczasem historia uczy, że z czasem wartość odparowuje z banknotów i pozostaje tylko papier i farba drukarska. Zostaje się z papierem zamiast towaru.

W przypadku złota siła nabywcza nigdy nie zanika. Wydaje się, że ogromne masy ludzi dobrze o tym wiedzą o czym świadczy stabilnie wysoka ilość wyszukiwań w/g Google Trends:

Patrząc z punktu widzenia tego wykresu złoto bańką nie jest, to raczej Lady Gaga jest wydmuszką, która zresztą pękła w marcu 2010. Jest pewna stała ilość rozsądnych ludzi na świecie, którzy znają różnicę między walutą i pieniądzem. Chyba są jednak dorośli mądrzejsi od przeciętnego piątoklasisty.

Share This Post

Peak Coal

Świat przeżywa kolejne fale kryzysu, ale nie ma się co zbyt wiele nad tym rozwodzić. USA jest niewypłacalne, Portugalia jest niewypłacalna jako kolejny kraj PIIGS, nic nowego się nie dzieje.

Dla osób zastanawiających się na ile stabilne są wzrosty cen kruszców i surowców mam grafikę zakoszoną z bloga obok:

Tam autor nie zamieścił wniosków, więc zaprezentuje moje – tak silna korelacja każe przypuszczać, że wzrost cen będzie trwać tak długo, jak długo FED będzie monetaryzował dług. A ponieważ budżet USA nie będzie operował bez deficytu i na świecie nie ma zasobów gotówkowych zdolnych sfinansować ten dług, monetaryzacja będzie trwać w najlepsze. A cała ta powódź łże-dolarów bez pokrycia popłynie na rynek surowców, podnosząc wszystkie ceny jak okiem sięgnąć.

Przejdźmy do tematów dużo ważniejszych niż to, kto aktualnie bankrutuje. Prawdziwym problemem jest to, jak dalej zasilać w energię cywilizacje, jak spowodować by dalej się kręciła. W obliczu końca ropy ciężar zaopatrzenia w energię spada na węgiel (upłynnianie węgla do benzyn – MTG, CTG). Tymczasem okazuje się, że wydobycie tego surowca rysuje się ciemnych barwach:

Nie jest tak, że węgla zabraknie jutro, ale scenariusz wydarzeń będzie taki, że wraz z krachem wydobycia ropy przemysł rzuci się na inne metody produkcji paliw płynnych. Produkcja biopaliw wywinduje ceny żywności w kosmos, a produkcja paliw płynnych z węgla gwałtownie podniesie jego zużycie. Przy niewielkich zasobach możliwych do wydobycia może okazać się, że wcale nie mamy do dyspozycji tak dużo tego surowca (i czasu), jak się powszechnie myśli.

Share This Post

Z matematyką na bakier

Cały świat może się kręcić tylko dlatego, że ludzie nie kumają co się wokół nich dzieje. Gdyby kumali dawno by powiesili polityków i wzięli sprawy w swoje ręce. Dzięki ludzkiej naiwności i zdolności do matematyki odziedziczonej po jaskiniowcach przechodzą takie kwiatki jak ostatnie doniesienie pt. Prawdziwa ropa niepotrzebna! Będziemy jeździć na sztucznym paliwie! (dziękuje za link w komentarzach).

Dowiadujemy się, że Pionierzy technologii z firmy Bio Fuel Systems widzą w niej ogromny potencjał. Jak zapewniają, dwa zakłady produkcyjne o powierzchni 50 km mogłyby zaspokoić paliwowe zapotrzebowanie sporego kraju, np. Francji.

Fakty są nieco inne … Taka Francja zużywa 1,950,000 bbl/dzień czyli jakieś 113 168 250 000 litrów rocznie.

Ze Słońca otrzymujemy jakieś 4,8 kWh/dziennie, co przy wartości opałowej benzyny na poziomie 38 MJ/l daje jakieś 0,5 l dziennie – 182 l benzyny rocznie / m kwadratowy. Gdybyśmy potrafili zamieniać 100% światła słonecznego na ropę to otrzymalibyśmy mniej więcej 170 000 000 litrów tego surowca rocznie z każdego kilometra kwadratowego.

Proste działanie dzielenia i już wiemy, że fabryka musiałaby zajmować 665 km kwadratowych, a nie 2 * 50 km kw jak wspomniano w artykule. I oczywiście nie ma żadnych szans na przeróbkę 100% światła na ropę. Bardziej prawdopodobne jest 10%, wobec czego areał rośnie do 6 650 km kwadratowych.

Francja zajmuje 674 843 km kwadratowych, wobec czego 1% powierzchni należałoby zamienić na baseny z algami, do tego zakłady przetwórcze, stacje uzdatniania wody, drogi dojazdowe, itp itd. Nakłady finansowe na taką inwestycje są nie do wyobrażenia i są zupełnie nierealne w świetle zadłużenia Francji.

Ich metoda polega na symulacji warunków panujących przed milionami lat, kiedy to z mikroskopijnych organizmów roślinnych powstawała ropa.

Tak, tylko ropa powstawała dziesiątki milionów lat i do dyspozycji była cała powierzchnia lądów. Nie było na nich miast i ludzi, nie było też aktywistów Greenpeace, którym na pewno nie spodoba się wizja 1% Francji pokrytej basenami z algami.

I znowu okazało się, że przed Peak Oil nie ma łatwej ucieczki. Być może nie ma żadnej ucieczki.

Share This Post

HSW

Wybiórcza:

Czerwiec 1939 r. Prezydent RP Ignacy Mościcki uroczyście otwiera Hutę Stalowa Wola – najmłodsze dziecko budowniczych Centralnego Okręgu Przemysłowego. Miała produkować broń, maszyny rolnicze, stal szlachetną oraz turbiny parowe.

Na ten cel rząd RP wyemitował obligacje skarbowe. Zysk bez ryzyka.

Ale z grubsza wiadomo, że kwota, za jaką Huta zostanie sprzedana, oraz pakiet inwestycji, do jakich zobowiążą się Chińczycy, mogą być warte w sumie kilkaset milionów złotych.

Właściciele obligacji, za które wybudowano ten zakład, zobaczą palec środkowy wycelowany wprost w niebo.

Kasa pójdzie w bezdenną otchłań budżetu państwa, na 500 000 urzędników i drugie tyle 40- i 50- letnich emerytów. Dziękujemy wam za te wspaniałe osiągnięcia, Tusk i Kaczyński.

Wokół ich projektu pakietu osłon już zaczynają krążyć po Stalowej legendy. Jak na przykład ta, że domagają się dziedziczenia stanowisk w Hucie. – Jeśli odchodzi z pracy pan X, prawo pierwszeństwa do zatrudnienia ma mieć jego dziecko – podpowiada nam ktoś z załogi.

– Bzdura, głupota. Jeśli ktoś tak mówi, powinien iść do psychiatry – ucina Szostak.

Jeżeli ktoś tak mówi, to znaczy, że doskonale zna realia Katolandu. Tak się załatwia pracę dla rodziny.  Szmondak albo jest głupi, albo uważa, że mu jesteśmy głupi.

Share This Post

Jak zostać terrorystą?

W bardzo prosty sposób – wystarczy naruszyć interesy klasy rządzącej w USA. Na przykład bijąc srebrne i złote monety i postulując przywrócenie konstytucyjnego systemu pieniądza opartego na kruszcu.

Tak, nadszedł czas, kiedy w USA mamy więźniów politycznych. Stał się nim Bernard Von NotHaus, który został tak wyróżniony za otworzenie prywatnej mennicy i wprowadzanie do obiegu własnych dolarów wykonanych ze złota i srebra. Zarzut prokuratora brzmiał – fałszerstwo pieniędzy.

Samo ‘dowiedzenie winy’ jest ciekawe. Dotąd za podrabianie pieniądza uznawało się takie działanie, które polegało na wykonaniu przedmiotu łudząco podobnego do oryginalnego pieniądza, celem przekonania kontrahenta do wydania usługi lub towaru w zamian za ten falsyfikat. Prokurator podszedł do tej koncepcji twórczo i przeprowadził inne dowodzenie. Jeżeli ktoś wytwarza alternatywny (nierzadowy) pieniądz z zamiarem wprowadzenia go do obiegu i wyparcia pieniądza rządowego, stosuje jako pieniądz coś, co oryginalnym (rządowym) pieniądzem nie jest, czyli popełnia czyn ‘fałszerstwa’. Tak więc skoro pieniądz alternatywny nie jest pieniądzem rządowym, to musi być pieniądzem sfałszowanym.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, jeżeli dwóch kontrahentów stosuje muszelki jako środek płatniczy, dokonują oni tym samym fałszerstwa, ponieważ jedynym legalnym środkiem płatniczym w USA są dolary wyemitowane przed Rezerwę Federalną. Kupując sztangę papierosów o wartości $100 za muszelkę, dokonuje się fałszerstwa studolarówki.

To rozumowanie przyjęli przysięgli, uznając Bernarda Von NotHausa winnym fałszowania pieniądza.

W ciemno zaryzykuję wysłuchanie wywiadu, który przeprowadził z nim Peter Schiff ponieważ mimo wieli prób nie zmusiłem mojego komputera do jego odtworzenia.

Share This Post

Dylemat

Policja ma dylemat. Z jednej strony chciałaby korzystać z pełni władzy jaką daje noszenie munduru, a z drugiej strony policja jest zależna od społeczeństwa – bez współpracy obywateli nie da się przeprowadzić żadnego śledztwa. Co gorsza, czasem można zdenerwować lud, a wtedy konsekwencje dla policji są niefajne.

Wyborcza donosi o ciekawych zdarzeniach na rubieżach Unii Europejskiej. Pod granica ukraińską lokalna ludność zbuntowała się wobec szykanującej ich policji i spaliła gadom posterunek. Oczywiście można powiedzieć, że chłopi kłamią, ale takie tłumaczenie nie przejdzie. Oszczerstwa może rzucać kilka osób, ale nieprawdopodobne jest by cała wioska zmówiła się by oczerniać policję.

Niech to będzie nauczka dla jeszcze niespalonych posterunków – to wy jesteście dla ludzi, a nie ludzie dla was.

Share This Post