Dzicz celna

Dziś obiecany kolejny zalew goryczy i frustracji związanych z życiem w realnym świecie 😉 Tym razem o przekrętach stosowanych przez szwajcarską firmę w Polsce na paczkach wysyłanych ze Stanów.

Patent jest bardzo prosty. Firma kurierska podejmuje się dostarczenia paczki z USA do Polski. W Polsce paczki wyjmowane są z kontenerów i część z nich kierowanych jest na komorę celną. Tam paczki są otwierane i poddawane kontroli celnej. Ilość otwieranych paczek musi być w granicach rozsądku – tak by dało się na tym zarobić a jednocześnie aby nie zrazić zbyt wielu klientów.

Trzeba pamiętać, że z cła zwolnione są podarunki o wartości nie większej niż $60, wliczając w to koszty przesyłki (co najmniej $30). Tak więc sama zawartość nie może być warta więcej niż $30. Trudno komuś wysłać cokolwiek o takiej lub niższej wartości. Wystarczy kilka podkoszulek i paczka nadaje się już do oclenia i ovatowania.

Trik polega na tym, że agencje celne powiązane są z firmami kurierskimi i pobierają 200-300 złotych za procesowanie każdej paczki. Wypisanie dokumentacji nie zabiera więcej niż 10 minut, co daje całkiem niezły zysk w skali dnia czy miesiąca. Oczywiście można wybrać inną agencje celną i zlecić jej oclenie zatrzymanej paczki, ale za to też się płaci 200 zł cwaniakom trzymającym łapę na zatrzymanej paczce za jej ‘oplombowanie i przekazanie’. Można też prosić o odesłanie paczki do USA, co kosztuje około 200 zł + koszty przesyłki.

Znam co najmniej dwie firmy stosujące ten sam trik. Pierwsza to Polamer, a druga (dużo bardziej rozpasana w swojej bezczelności) to Polonez Parcel. Z Polonezem współpracuje Kuehne + Nagel Inc, a dokładniej jej oddział w Warszawie. Jest tam dobrze wytrenowany zespół ludzi. Kantowaniem nadawców najbardziej aktywnie zajmuje się p. Jolanta Jarzyna, słynąca z tego, że pracując przy obrocie towarowym z zagranicą totalnie nie zna języka angielskiego. Jakakolwiek próba wymiany dokumentów z tą panią zawsze kończy się humorystycznymi sytuacjami związanymi z niezrozumieniem podstawowych słów i zwrotów w języku angielskim.

Kontakty ze szwajcarska centralą sugerują, że doskonale zdają sobie tam sprawę, co się dzieje w Polsce. Ważne jest skuteczne strzyżenie baranów – tam gdzie nie ma naruszenia prawa wszystko jest OK. Jest to sposób w 100% legalny i zgodny z prawem, nawet patriotyczny, bo tradycyjnie biedny budżet państwa na tym zyskuje. Żaden tam rabunek paczek, za który do tyłka może się dobrać prokuratura. Taka działalność to coś jak SMSy ‘gwarantujące’ wygrane, wystarczy tylko odpisać – też w 100% legalne i również zasilające budżet państwa.

Zresztą nie tylko w Polsce odchodzą takie cyrki, Niemcy nie są lepsi. Aby zabawić czytelników posunąłem się do kradzieży starego wpisu z cudzego bloga:

Pewien mój kolega Niemiec, mieszkający aktualnie w Hameryce, postanowił wysłać swemu bratu nad Renem upominek. Nie licząc się z kosztami nabył drogą kupna kurtkę firmy The North Face, zrobił zgrabną paczuszkę i wysłał za ocean. Nie minęło czasu wiele, brat w Reichu otrzymuje wezwanie do okręgowego urzędu celnego. Chwyta za telefon, dzwoni na podany na wezwaniu numer aby dowiedzieć się, co się za owym urzędowym działaniem kryje. Pani po drugiej stronie lini rozmawia z nim jak z przestępcą. Czy często otrzymuje tego rodzaju przesyłki? I czy zdarzyło się mu już wwozić towary nielegalnie?!

Widząc, że przez telefon sprawy nie wyjaśni, bierze wolne z pracy (urzędy celne nie pracują przecież wieczorami, ani w weekendy) i idzie. Najpierw musi odczekać swoje, bo panowie kończą kontrolowanie paczki faceta,  który był przed nim w kolejce. Schodzi im tak ze trzy kwadranse. Wreszcie proszą kumplowego brata. Najpierw ma poświadczyć, że zamówił przesyłkę w firmie wysyłkowej w USA. Oczywiście nie zamawiał, a już na pewno nie w żadnej firmie! Proszą go, żeby otworzył paczkę. “Acha! Kurtka!” Wykrzykuje celnik. Następnie czyta załączoną kartkę z pozdrowieniami. “Acha! The North Face! To nie jest tania rzecz!” Celnik wystukuje coś w komputerze. Drukarka wypluwa kilka drobno zapisanych kartek. Celnik uważnie je studiuje i zakreśla markerem co ważniejsze kawałki. Następnie, z pomocą dwóch innych celników, dokładnie sprawdzają, czy każdy szew jest w odpowiednim kolorze i czy guziki odpowiadają standardom, czy wydrukowane na metkach kody faktycznie zgodne są z wytycznymi firmy The North Face podanymi na wydruku. Wreszcie pada stwierdzenie: „Najprawdopodobniej kurtka jest oryginalna”.

Najprawdopodobniej. Na sto procent wykluczyć podróbki nie można. Dzwonią do urzędu celnego we Frankfurcie nad Menem. Oooo, przez telefon też nie się nie da wykluczyć fałszerstwa. Trzeba kurtkę do Frankfurtu przesłać. Jak długo to potrwa, chce wiedzieć kumplowy brat. 10 do 20 dni. Czy w takim razie urząd we Frankfucie mógłby przesłać mu kurtkę do domu po zweryfikowaniu jej prawdziwości. Jak najbardziej, prosimy w tym celu dokładnie wypełnić te trzy formularze. Kumplowy brat dziękuje i odmawia…

Share This Post