Kanał RSS
Subskrybuj kanał - Doxa Przemysław Słomski
Subskrybuj
Sponsored Links
Kontakt z autorem …
... jest bardzo prosty ... przemyslaw malpeczka slomski kropeczka us
Liczniki długów
Dług publiczny Polski
 PLN

USA - Gross National Debt

Archiwum kategorii ‘Ważny Wpis’

Stosunek

Wednesday, 30 March 2011

Widziałem ostatnio w sieci bardzo ciekawy widget:

Logika podpowiada, że podaż (produkcja) powinna mieć pewne przeniesienie na ceny. Może niekoniecznie bardzo dokładne – ważne jest też jaki jest popyt – ale mamy pewien obraz sytuacji, wiemy jak rzadkie jest dane dobro (tu: metal) w stosunku do innych metali. To może rzucać pewne światło na relację cen poszczególnych metali.

Produkcja kształtuje się w następujący sposób – 1 x platyny – 1 x palladu – 10 x złota – 100 x srebra.

Tymczasem ceny wyglądają następująco – 1766 $ platyna – 751 $ pallad – 1423 $ złoto – 37 $ srebro.

Od razu rzuca się w oczy oderwanie cen od ‘fundamentów’. Platyna, choć produkowana w ilości 10x mniejszej od złota, jest tylko 20% droższa. W przypadku palladu różnica jest widoczna jeszcze bardziej – pallad jest nawet tańszy od złota. Najciekawsze jest porównanie cen srebra i złota. Srebro, choć wydobycie jest zużywane prawie w całości, jest 38 x tańsze od złota. Złoto, które jest prawie w całości skrywane w skarbcach lub recyklingowane, przy obecnej cenie srebra powinno kosztować 370 $, lub przy obecnej cenie złota, srebro mogłoby kosztować 142$. To są liczby zdumiewające, gdy przyzwyczailiśmy się do niskich cen srebra i wysokich cen złota.

Z tych pobieżnych wyliczeń ‘na odwrocie starej koperty’ wynika, że w stosunku do innych metali złoto jest przewartościowane, lub inne metale są niedowartościowane. Szczególnie srebro, z racji szerokiego zastosowania przemysłowego, wydaje się mieć przed sobą dalsze wzrosty cen. Tymczasem na rynku ścierają się dwie frakcje, wielkie banki starające się zbić ceny kruszcu i inwestorzy zaniepokojeni zbliżającą się inflacją wykupują co się da windując ceny. Jak będzie – czas pokaże.

Share This Post

Przesłuchanie

Sunday, 20 March 2011

Jak mogę unikam przeklejania cudzych wpisów, ale czasem nie mogę się oprzeć. Tak właśnie jest tym razem – kol. Wojciech Majda popełnił wpis na temat na jaki ja pisałem.

Nie ma ludzi niewinnych – są tylko tacy, którzy jeszcze nie wiedzą, że są winni. Są dziesiątki tysięcy przepisów karnych i podatkowych, z których sporo nieświadomie łamiesz każdego dnia – jeżeli do tego jesteś przedsiębiorcą lub za takiego możesz być uznany przez fiskusa – przepisów są setki tysięcy. Jeżeli wziąć pod uwagę przepisy z innych krajów, które cię obowiązują nawet gdy nigdy nie byłeś w danym kraju – są ich miliony. A gdy już padnie oskarżenie obronić się jest niezwykle trudno.

Do tego policjant nie pobiera wypłatę za oczyszczenie cię z oskarżeń. Policjant ma za zadanie przygotować przekonującą historię dla prokuratora, a ten ma za zadanie sporządzić przekonujący akt oskarżenia. Twoja wina lub jej brak nie ma znaczenia. Masz prawo się bronić (jeżeli cię stać) a sąd ma obowiązek obiektywnie rozpatrzeć sprawę. Teoretycznie obiektywnie, bo coraz częściej sądy są częścią aparatu i stoją po stronie wymiaru ‘sprawiedliwości’. Coraz częściej sędzia jest zwykłym urzędnikiem podpisującym wyroki.

Szczególnie ważne i pouczające jest obejrzenie filmu z zalinkowanego wpisu (niestety prawnik mówi bardzo szybko). Proszę zwrócić uwagę, co mówi gliniarz w 32 minucie – rozmawiając z policją jesteś amatorem stającym naprzeciw zawodowca o kilkudziesięcioletnim stażu.

Share This Post

Zysk

Saturday, 19 March 2011

Zarabianie na giełdzie w obecnej chwili jest zadaniem niezwykle trudnym. Nie wiadomo co weźmie górę – czy druk pieniądza będzie prowadził do wzrostu indeksów, czy trwający kryzys spowoduje wyprzedaż walorów. Podobnie sprawa ma się z surowcami – być może surowce będą uznane za bezpieczną przystań przed inflacją i ceny będą podbijane przez napływ kapitału, być może ten przegrzany rynek czeka korekta. W świetle tej niepewności nie wiadomo gdzie lokować kapitał i jaką przyjąć strategię, innymi słowy czy należy zajmować długą czy krótką pozycję.

Aby odnieść sukces inwestycyjny trzeba stawiać na ‘pewnego konia’ i trzeba wiedzieć lepiej niż inni gracze na rynku. O ile przegrywamy z zawodowymi macherami giełdowymi w krótkiej perspektywie (dostęp do wiedzy insajderów czy szybszy dostęp do publikowanych komunikatów) to w dłuższej perspektywie przebijamy ich posiadaniem lepszego zrozumienia systemu. My wiemy, że system jest na granicy załamania, a oni nadal wierzą w obligacje USA. Tu możemy z nimi wygrać, bo w tym zakresie to my wiemy lepiej.

Wiemy też, że jedno co będzie rosnąć z całą pewnością globalnie to inflacja, i na tym możemy oprzeć naszą strategię inwestycyjną. O kruszcach jako zabezpieczeniu wobec inflacji piszę od tak dawna, że nie ma sensu się powtarzać, mogę tylko nadmienić, że nawet jeżeli przyjdzie czas korekty, to i tak w długim horyzoncie czasu kruszce będą rosnąć w cenie. Posiadanie metali szlachetnych na dziś to podstawowa i najbezpieczniejsza forma ochrony kapitału.

Można jednak zarabiać na inflacji w jeszcze inny sposób, dokonując zakładu, że wieloletnie obligacje USA będą tanieć. Jeżeli inflacja w USA gwałtownie wzrośnie, na przykład do 30%, to tamtejsze obligacje wyemitowane ze stałym oprocentowaniem na przykład 4% przynoszą dochód nie rekompensujący inflacji. Z każdym rokiem taka obligacja będzie tracić kapitał i odpowiadać temu będzie spadek jej notowań giełdowych. Co więcej, spadek kursu takich obligacji może być większy niż rzeczywista różnica w inflacji i oprocentowania obligacji. Może wkraść się element paniki, co może spowodować spadek cen większy niż wynikałoby z chłodnej kalkulacji.

Na rynku amerykańskim są już instrumenty umożliwiające dokonania takiego zakładu. Mamy do dyspozycji fundusz inwestycyjny obstawiający wzrost stóp procentowych (MUTF:RRPIX), niestety przy minimalnej inwestycji w wysokości 15 000 USD. Można też zakupić ETF który posiada krótkie pozycje w najdłuższych obligacjach skarbowych USA i to jeszcze z lewarem 2x (NYSE:TBT). Oba te instrumenty są dostępne również przez dobre biura maklerskie w Polsce.

Disklejmer jest taki, że nie posiadam żadnego z powyższych dwóch walorów, aczkolwiek zamierzam je nabyć, gdy tylko zobaczę więcej symptomów świadczących o rosnącej inflacji. Moja ocena sytuacji to nie porada inwestycyjna.

Share This Post

Bandera

Thursday, 17 March 2011

Wpadła mi w ręce bardzo ciekawa pozycja odnosząca się do sytuacji Polaków na wschodzie Polski w czasie wojny. (Jastrzębski – Oko w oko z banderowcami). Temat tamtych dramatycznych wydarzeń jest gładko przemilczany przez media, a warto wiedzieć, co i dlaczego się wtedy działo. Jeżeli pojedziemy do Wrocławia lub Szczecina, to możemy spokojnie założyć, że większość z mijanych przechodniów żyje mimo usilnych wysiłków eksterminacji ich przodków przez Ukraińców.

W relacji autora zawarte są refleksje, które wielokrotnie słyszałem od innych świadków tamtych dni. Zgodnie podkreślają, że do momentu wybuchu wojny narodowości te żyły ze sobą w zgodzie i rzeź zaczęła się wraz z okupacją. Co gorsza, nawet Polacy przyjaźni Żydom przyznają, że mniejszość ta była niezwykle niechętna udziałowi w Wojnie Obronnej ’39 i niezwykle chętna do współpracy z okupantami. Wobec tego nawet jako osoba przyjazna Żydom muszę przyznać, że ten fakt odbiera im moralne prawo do pretensji wobec Polaków za Holocaust.

Przypominam moje wcześniejsze wpisy, w których podkreślałem, że utrata Ziem Wschodnich i ogromne straty w tkance społecznej są choć trochę skompensowane zdobyciem Ziem Zachodnich i stworzeniem państwa jednolitego etnicznie. Owszem, Polska Polaków jest nudna jak skansen, ale nie mamy też dzielnic ukraińskich, z których zagrażałyby nam pogromy. Zresztą nie tylko o Ukraińcach tu mowa, proszę sobie doczytać o wydarzeniach w Bydgoszczy, znanych jako Krwawa Niedziela.

Można spokojnie założyć, że ludzie są sobie podobni niezależnie od rasy. Wojny domowe wybuchają wśród Białych (Jugosławia), Czarnych (Rwanda) czy Żółtych (Korea). Wystarczy trochę spadku jakości życia, trochę spadku policyjnej siły i od razu mamy pożywkę dla paru nacjonalistów pchających miliony ludzi do wzajemnego zarzynania. Niesamowite jest, jak łatwo milion spokojnych obywateli przekształcić w dwa półmilionowe grupy ochoczo się zarzynające. Zew natury do mordowania się jest tak silny, że nawet gdy brak realnego wroga trzeba go sobie wytworzyć. Tak właśnie działają kibole w Polsce.

W świetle ludzkiej natury i wiedzy wyniesionej z lekcji historii najbardziej obawiam się tego typu wydarzeń w USA. W tej chwili jest to tam całkowite tabu. Propaganda podkreśla, że wielość stanowi o jedności kraju (E Pluribus Unum). Użycie słowa nigger w towarzystwie ludzi, których nie zna się baaaaaaaaaardzo dobrze równa się wykluczeniu z tego grona. A prawda jest taka, że gdy Biali szepczą między sobą że Czarni wysysają soki z socjału a Latynosi mnożą się jak króliki, Czarni głośno przeklinają dominację Białych i uważają, że wszystkich Latynosów należy przegnać z ‘ich’ kraju. A Latynosi mówią, że połowa Stanów to ich ziemia, zrabowana Meksykowi.

W Stanach obowiązuje koncepcja ‘Melting Pot‘, wedle której kraj jest tyglem, w którym stapiają się różne nacje imigrantów i powstaje nowy człowiek – Amerykanin. W Związku Radzieckim miało być podobnie, z tym że efektem miał być ‘Człowiek Radziecki’ (co potem wyśmiał Zinowjew i za nim Tischner). Koncepcja Melting Pot to przykład myślenia życzeniowego, które jest zwykle bardzo szkodliwe. Prawda jest taka, że mimo tego ‘stapiania’ większość obywateli jest jednej z trzech ras – emigranci poddani procesowi ‘topienia’ nie rodzą się wszyscy beżowi. Zakładanie, że Ameryka jest jednym jedynym krajem na świcie, gdzie procesy społeczne będą inne niż we wszystkich innych krajach jest naiwne i skończy się tak jak zawsze gdy wypowiada się frazę ‘tym razem będzie inaczej’.

Być może za jakiś czas Stany rozpadną się na mniejsze państwa, które utworzą ci, którzy przeżyją czystki. Stawiam, że Kalifornia Oregon i Washington będzie białe, podobnie jak Pas Biblijny. Nowi emigranci prysną do krajów z których mają paszporty. Reszta gdzieś się będzie musiała podziać i pewnie podzielą się pozostałym terytorium kraju…

Share This Post

Konsekwencje

Wednesday, 2 March 2011

Od dłuższego czasu spieram się z Adamem Dudą i innymi osobami o konsekwencje Peak Oil. O ile dobrze rozumiem, moi adwersarze stoją na stanowisku, że nic wielkiego nam nie grozi. Najpierw zostaną uruchomione rezerwy proste (koniec z dojeżdżaniem 50 km do pracy samotnie w samochodzie), skończy się marnotrawstwo (piece CO na olej opałowy), potem z wysokiego spożycia zostanie wyłączony ‘najbogatszy bankrut świata’ czyli USA. Jednocześnie spadek wydobycie kompensować będą złoża o wysokim EROEI i wprowadzanie nowych technologii.

Ja wyznaję zupełnie przeciwne zdanie. Wierzę, że Peak Oil spowoduje katastrofę niepodobną do żadnej wcześniejszej katastrofy w dziejach ludzkości, może z wyłączeniem zlodowaceń, gdy nasz gatunek był na granicy wymarcia. Dowodów nie mam, ale widzę pewne przesłanki.

Oto wykres który zakosiłem z dzisiejszego wpisu SiP:

Gwałtowne wzrosty ceny ropy powodują recesję. Lata 1973-1983 były bardzo ciężką dziesięciolatką dla Stanów, niektórzy mówią, że podobnie ciężką jak obecna Depresja. Głębokość tego kryzysu spowodowana była w dużej mierze dwoma kryzysami energetycznymi, a skończyła się dopiero (a może dzięki) zalaniu rynku przez tanią ropę saudyjską. Świat jest obecnie osłabiony trzecim rokiem kryzysu, a na horyzoncie mamy Peak Oil, który podbije ceny ropy i sprowadzi gospodarkę światową na kolana.

Ropa charakteryzuje się wysoką sztywnością popytu. Ludzie płaczą i płacą. Spadek wydobycia przy rosnącym od lat popycie da w efekcie gwałtowny wzrost cen. Jeżeli dodamy do tego słabnącego i drukowanego ponad miarę dolara, mamy przepis na ceny ropy strzelające w stratosferę. I tu jest źródło kolejnego problemu – powiązanie cen ropy do cen żywności:

Ceny ropy w stratosferze oznaczają ceny żywności w tych samych okolicach. To dużo poważniejszy problem niż tylko kwestia recesji wywołanej ceną paliw. To oznacza głód dla setek milionów ludzi, dla wielu milionów śmierć z głodu lub w walce o żywność. Wiele milionów zginie też w walkach o resztę zasobów mineralnych/energetycznych planety.

Kryzysy gospodarcze mijają. Czynnik, który spowodował krach mija. Ale z Peak Oil sprawa jest zupełnie innej natury. Peak Oil oznacza, że z każdą upływającą minutą ilość wydobywanej ropy na świecie będzie nieodwracalnie coraz mniejsza. Każdy rok i miesiąc to mniejsze wydobycie. Stan światowej gospodarki i ceny żywności będą z każdą chwilą pogarszać się i jeżeli szybko nie wymyślimy zastępczego źródła energii ta zmiana na gorsze będzie nieodwracalna.

Share This Post

Dochód pasywny

Saturday, 26 February 2011

Adam Duda napisał ciekawy wpis. Równie ciekawie ustosunkował się do tego jeden z komentatorów, występujący pod nickiem Gideon Gono:

Szacunki lawinowo rosnącego długu zakładają, że przyszli emeryci cokolwiek dostaną. Ale 95% z nich nie dostanie absolutnie nic. Będą pracować do 65 roku, a później oddadzą mieszkania w odwrotną hipotekę. Jeśli to nie starczy, wyprzedadzą posiadane dobra zakumulowane za życia i zamieszkają po 6 w jednym mieszkaniu (jak dziś studenci), będą grali w warcaby i jedli najtańsze możliwe żarcie. Nie będą w ogóle leczeni, więc ilość zejść śmiertelnych na banalne choroby rozwiąże sporo problemów.

Przywykliśmy do tego, że w obecnych czasach, człowiek, umierając, zostawia po sobie jakiś spadek i często mieszkanie. W przyszłości nie takiego nie będzie mieć miejsca. Już sama ta zmiana sfinansuje bardzo wiele potrzeb, jakich nie będą w stanie zasponsorować pracujący.

Na zdjęciu poniżej 100 letnia pracownica Walmartu. Pracuje jako greeter, stoi przy wejściu do sklepu i wita wchodzących ludzi. Czy tak będzie wyglądać przyszłość obecnych 20-30 latków?


Każdy człowiek dysponujący instynktem samozachowawczym musi rozumieć, że jedyny ratunek przed taką starością to wypisanie się z obecnego systemu zwanego Zakładem Utylizacji Staruszków i zabezpieczanie się we własnym zakresie.

Gdy już nabierzemy odwagi i zerwiemy łańcuch pojawia się problem znany każdemu inwestorowi – w jaki sposób zapewnić sobie pasywny dochód w odpowiedniej wysokości. Podstawowym problemem wynikającym z posiadania złota jest to, że nie przynosi ono dochodu w formie odsetek. Złoto jest co prawda najbezpieczniejszą formą przechowania czy ‘zakonserwowania’ kapitału, umożliwia utrzymanie posiadanej siły nabywczej i uchronienie się przed podatkiem inflacyjnym ale nie daje dochodu. Można wyprzedawać po trochu posiadane zasoby, ale nie można oczekiwać, że złoto będzie przynosiło nam comiesięczny zysk.

Wszelkie znane metody uzyskiwania pasywnego dochodu, rzeczy niezbędnej na starość, stoją dziś pod znakiem zapytania. Po pierwsze należy pamiętać, że wszystkie rządy stoją pod ścianą. Nie cofną się przed żadną formą rabunku by zdobyć pieniądze na wypłaty urzędniczych wynagrodzeń oraz emerytur dla ludzi, których składki zostały przeputane przez poprzedników.

Po drugie bliższe spojrzenie na znane formy uzyskiwania dochodu pasywnego pokazują poważny problem z uzyskaniem niezbędnego poziomu zwrotów z inwestycji przy akceptowalnym poziomie ryzyka. Weźmy obligacje RP – w najbliższej przyszłości inwestorzy będą się martwić o zwrot kapitału a nie zwrot Z kapitału. Jak bowiem powiedział wielki Polak Kaczyński, nie może być tak, żeby potomkowie biednych Polaków płacili potomkom bogatych Polaków. Ba, nie może być tak, żeby potomkowie niezaradnych Polaków płacili potomkom zaradnych Polaków. Zatem oszczędzanie w obligacjach na emeryturę przez jednych nie może być i nie będzie potem finansowane przez drugich – wcześniej czy później któryś kolejny rząd wywróci puste kieszenie. To będzie Prawe i Sprawiedliwe, to będzie wykonanie politycznego testamentu braci Kaczyńskich.

Lokaty bankowe dają odsetki, które pomniejszone o podatek, nie pokrywają nawet wzrostu cen żywności i energii, a więc tego, co najbardziej obciąża budżet przeciętnego człowieka. Oszczędzanie w banku daje nam każdego dnia stratę, nasz kapitał zwyczajnie wyparowuje w ramach podatku inflacyjnego. Istnieją w sieci blogi specjalizujące się w wyciskaniu paru dziesiątych punktu procentowego przerzucając kapitał z banku do banku, ale to nadal nie rozwiązuje problemu.

Zakup mieszkanie pod wynajem też wydaje się ryzykownym pomysłem, szczególnie biorąc pod uwagę wyspekulowane ceny i wymierające społeczeństwo. Któryś z kolei rząd będzie chciał położyć na tym łapę w imię walki ze złymi kamienicznikami, wyrzucającymi na ulicę matkę z dzieckiem, której jedyna wina polega na tym, że nie ma na czynsz. A co będzie jadło dziecko tego kamienicznika czy sam kamienicznik, to już nikogo nie interesuje. Posiadanie czegokolwiek w bandyckim kraju jakim jest Polska to jest wystawianie się na strzał i ryzykowanie dorobkiem życia.

A giełda to oficjalnie uznana forma hazardu, gdzie cwaniacy łoją chciwych frajerów na kasę. Oczywiście, jak w kasynie, można wygrać, ale statystycznie zawsze wygrywa kasyno insajderzy i ci, którzy są najbliżej do informacji. Nie do wiary, że są nadal ludzie, którzy wierzą, że na giełdzie, zgodnie z założeniami, wszyscy gracze mają symetryczny (jednakowy) dostęp do informacji. Co gorsza, minęły już czasy, gdy spółki płaciły dywidendy. Dziś spółki kupuje się wyłącznie w celach spekulacyjnych, licząc na wzrost cen. Inwestowanie, czyli liczenie na zysk przyniesiony przez inwestycje, przeszło do lamusa. Największe zyski osiąga się, gdy czas posiadania akcji wynosi sekundy. To jest szczyt inżynierii finansowej! I co gorsza, niektórzy ludzie wierzą w propagandę głoszącą, że HFT, czyli łojenie frajerów, jest korzystny i dla rynku i dla inwestorów poprzez ‘dostarczenie płynności’.

Na koniec można sobie wykupić rentę w jednej z instytucji, które są na rynku.  Za określoną sumę będzie się otrzymywać do końca życia rentę. Kruczek polega na tym, że instytucja może zbankrutować a renta może być niewaloryzowana i pod koniec życia wystarczać na zakup 1 opakowania zapałek miesięcznie. Nawet jeżeli jest waloryzowana, to w oparciu o fałszywe rządowe propagandę dane, które co prawda przyznają, że chleb zdrożał, ale szyny staniały, więc inflacja nie wzrosła.

Jeżeli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły na uniknięcie dorabiania sobie żebractwem po ukończeniu 65 roku życia, proszę wpisywać się w komentarzach.

Share This Post

Rynek pracy

Friday, 18 February 2011

Stali czytelnicy znają moją ocenę polskiego rynku pracy – wysokie bezrobocie i głodowe wynagrodzenia pracujących ‘szczęściarzy’. Wszystko to oblane propagandą średniego wynagrodzenia w wysokości 3200 zł, gdy tymczasem mediana jest jakieś 1000 zł niższa. Na szczęście dla kręcących pierdolnikiem tylko kilkanaście osób w Polsce rozumie różnicę między średnią a medianą i0 mało kto zadaje sobie pytanie jak to jest, że wszyscy których zna zarabiają poniżej 2000 zł, a średnia wynosi 3200 zł. (Odpowiedz tkwi w różnicy między średnią a medianą).

Temat podchwytuje budząca się z letargu Wybiórcza, czyli gazeta związana z pseudoliberalnym środowiskiem stojącym za zrujnowaniem polskiej gospodarki (wykolegowanie PRLowskich prywaciarzy stanowiących bazę przedsiębiorczości, zniszczenie krajowej produkcji, oranie hut i ‘niepotrzebnego’ przemysłu ciężkiego, nie oddawanie zrabowanego przez komunę majątku, łapówkarskie prywatyzacje, zadłużenie kraju, itp itd).

Dowiadujemy się, że edukacja wyższa nie jest żadnym ratunkiem przed bezrobociem, szczególnie biorąc pod uwagę niską jakość polskiej edukacji i niską jakość polskich studentów (Polacy nie są materiałem na naukowców czy sportowców – proszę sprawdzić ilość nobli i złotych medali olimpijskich). Tego można było domyślać się już dużo wcześniej, wystarczy przeprowadzić eksperyment myślowy i wyobrazić sobie czy cokolwiek zmieniłoby, gdyby wszyscy w Polsce mieli 2-3 literki przed nazwiskiem. Nastąpiłoby cudowne rozmnożenie etatów? Wątpię. Bezrobotny doktor mówiłby do pracującego doktora – ‘hamburgera i kolę poproszę’.

Dowiadujemy się także, że młodzi pracownicy zarabiają kilka miseczek ryżu dziennie, o ile oczywiście mają ‘szczęście’ pracować. Jak wiadomo nie chodzi dziś o to, by zarabiać pieniądze umożliwiające założenie rodziny, odłożenie na zakup mieszkania i emeryturę, ogólnie – godne życie. Dziś chodzi o to, żeby dostąpić zaszczytu dopuszczenia do pracy. Jakiś palant z prowincjonalnej szkółki mówi wprost – pracujcie najlepiej za darmo na stażach i wolontariatach, traćcie rok z życia i tysiące złotych celem dopisania sobie w CV jednej linijki, na którą i tak nikt nie zwróci uwagi mając na kupce kilkaset innych CV.

Dobrze, że pismacy mają choć odrobinę przyzwoitości nie propagując ‘przedsiębiorczości’ wśród młodzieży. Co jeden bezrobotny może zaoferować drugiemu bezrobotnemu, ba, niech będzie, że drugiemu ”szczęśliwemu’ pracownikowi zarabiającymu 1500 zł? Strzyżenie trawnika? Usługi fryzjerskie dla psa? W społeczeństwie w którym większość ledwo wiąże koniec z końcem sprzedają się wyłącznie podstawowe produkty, a ten rynek jest rozgrabiony przez sieci handlowe. Promowanie przedsiębiorczości kończy się tak, że przedsiębiorca wraca po roku do czarnej PUPy, z tym że zadłużony – a jak wiadomo w Polsce dług ma się dożywotnio.

A na koniec znajdujemy ładny wykres, który mówi nam, że ‘pokolenie 1500′ będzie otrzymywać emerytury o sile nabywczej dzisiejszych 500 złotych. Znaczy to, że powrócą kolejki, z tym że lud nie będzie pchał się do mięsnego, tylko do śmietników w poszukiwaniu obierków z ziemniaków.

Krytyka powinna być konstruktywna i tak warto zakończyć ten wpis. Pierwszy wniosek jest taki, że za wszelką należy natychmiast zaprzestać płacenia składek ZUS – te środki to pieniądze wrzucane do ‘czarnej dziury’ i należy je przeznaczyć na ratowanie własnego tyłka. Jeżeli liczymy na państwową emeryturę, to już trenujmy łokcie w walce o obierki. Wszelkie brednie o ‘solidarności’ ze starszym pokoleniem należy wsadzić między bajki – ciekawe, gdzie będzie ‘solidarność’ za 40 lat, gdy dzisiejsza młodzież będzie potrzebowała pieniędzy na własne emerytury. Kasia Tusk solidarnie dołoży im ze spadku po tatku?

Jeżeli ktoś jest młodym człowiekiem to powinien jak najszybciej opuścić terytorium RP (sprawdzić czy tata nie ksiądz lub inny oligarcha mogący załatwić pracę). O wiele lepiej jest zacząć pracę jako zwykły wyrobnik na Zachodzie (zarabiając na start 4x więcej niż magister w PL) jednocześnie studiując wieczorowo lub zaocznie. To ciężka harówa, ale daje to i tak większe szanse dojścia do czegoś w życiu niż gnicie w Wyższej Szkole Tego i Owego, a potem kwitnięcie na bezrobociu. Przy okazji z polskiego rynku pracy zdjęta zostanie nadwyżka pracowników, będąca dla rynku pracy czynnikiem podażowym zbijającym wynagrodzenia, a dla pseudoliberalnego rządu pewnego rodzaju ‘klęską urodzaju’.

Share This Post

200 lat energii

Friday, 18 February 2011

Tak oto wygląda struktura zużycia energii w USA w całej historii tego kraju:

Autorzy twierdzą, że nowe źródła energii zastępują stare. Na wykresie jednak nie widać nowych i perspektywicznych źródeł energii wchodzących właśnie do użycia… Widać za to inne rzeczy. Na przykład to, że krach Wielkiej Depresji spowodował spadek zużycia węgla o 30%. Cała machina wojenna była w stanie ledwie przywrócić konsumpcję węgla do poprzednich rozmiarów. Spadek zamówień zbrojeniowych spowodował spadek zużycia trwający aż do początku lat 50tych. Oczywiście pamiętamy, że teksańska ropa stawała się w tamtych czasach źródłem energii i w sumie zużycie energii rosło mimo kryzysu. Węgiel dobrze jednak obrazuje zmiany w produkcji przemysłu ciężkiego.

Widać też, jaką porażką jest energia z hydroelektrowni. Wygląda na to, że większość dostępnych do spiętrzeń rzek została zagospodarowana. I wszystko co uzyskaliśmy to raptem 3% zapotrzebowania. Gdyby na Ziemi było więcej metali ziem rzadkich (niezbędnych do produkcji magnesów w prądnicach i silnikach) można by zabudować Amerykę wiatrakami… po to tylko, by uzyskać kolejne kilka procent niezbędnej energii. Wydaje się, że źródła odnawialne to ślepa uliczka, nie mogąca nigdy stać się poważną alternatywą.

Energetyka jądrowa też nie wygląda najlepiej. Gdyby chcieć zastąpić połowę zużycia ropy elektrycznością z atomu, trzeba by podwoić liczbę reaktorów i odpowiednio zagęścić sieć przekazu i dystrybucji elektryczności. Mówiąc krótko – nierealne w horyzoncie kilku lat – a tyle mamy czasu by odczuć spadek możliwości produkcyjnych w zakresie ropy naftowej.

Zdecydowanie najciekawszy jest wykres pokazujący zużycie ropy. Mamy przed oczami grafikę dobitnie wykazującą, jak ogromną część energii pochodzi z ropy. Nie trzeba robić doktoratu z tego działu nauki, wystarczy przypomnieć sobie, że przeciętny samochód może mieć silnik o mocy 75 kW. Porównajmy to sobie z danymi o zużyciu energii w gospodarstwie domowym i zastanówmy się,  ile energii zużywamy na dojazdy a ile na pozostałe aspekty naszego życia. To zupełnie inne zakresy.

Wykres szokuje skalą spadku zużycia paliw płynnych. Pamiętacie fotki kolejek przed stacjami wywołanymi 1 i 2 kryzysem naftowym? Dziś widzimy podobną skalę spadków ale bez żadnych kolejek i wraz z rosnącymi cenami ropy. W całej historii Stanów, mimo wielu kryzysów, jeszcze nie widzieliśmy takiej skali załamania konsumpcji ropy. To ‘zupełnie inne zwierze’ niż poprzednio. Tak jak o gospodarce Chin wiemy najwięcej z danych o zużyciu elektryczności i węgla bo dane rządowe są spreparowane, tak z tego wykresu widać co się dzieje w Stanach, i to dokładnie z tego samego powodu – preparowania danych przez rząd.

Trzeba zrozumieć, że załamanie amerykańskiej konsumpcji maskuje Peak Oil. Jeżeli nawet globalnie produkcja spada, to nie widać tego, ponieważ największy konsument świata ma ‘chwilowe’ trudności z trawieniem. Dopiero fakt rosnących cen daje nam do myślenia – jak to możliwe, że przy spadku popytu ceny rosną? Niewytłumaczalne z punktu widzenia tradycyjnej ekonomii.

Jeszcze jeden rzut oka na wykres – proszę sobie wyobrazić, że Peak Oil rzeczywiście ograniczy w najbliższych latach dostępność ropopochodnych. Czym je zastąpimy? Węglem? Trzeba by podwoić wydobycie niemal z dnia na dzień. Gazem ziemnym? Złoża ledwie dyszą i to wyłącznie dzięki niezbyt ekologicznemu wydobywaniu z łupków. Biopaliwami? Świat i tak stoi na krawędzi głodu spowodowanego wysokimi cenami płodów rolnych – ich spalanie w pojazdach to śmierć głodowa dziesiątków milionów ludzi.

Przyszłość energetyki nie wygląda zbyt różowo. Na początek będzie zaprzeczanie faktom (jak dobrze znane nam zapewnienia z 2006/7 roku, że żadnej recesji nie będzie, oraz z 2008/9, że crisis is contained), potem eksplozja cen, potem racjonowanie, a potem … no cóż, paliwa płynne przez jakiś czas nie będą dostępne.

Share This Post

Rynek złota w Polsce

Wednesday, 9 February 2011

Przy okazji wizyty w Londynie mam możliwość odbycia kolejnej rozmowy z jednym z dużych europejskich dilerów złota. Z tej rozmowy oraz wielu poprzednich wynikających z pracy w branży wyłania się ciekawy obraz sytuacji.

Najpoważniejsza i najbardziej profesjonalna firma handlująca kruszcem w Polsce znana jest pod nazwą e-numizmatyka. Każdy, kto ma zbędne 20 złotych może się zapoznać z ich sprawozdaniem finansowym. Wynika z niego, że spółka działając w trzech sklepach internetowych sprzedaje za jakieś 50 mln złotych osiągając zysk na poziomie 3 mln złotych rocznie. Już po operowaniu trzema sklepami widać, że właściciele nie są w ciemię bici (pozdrawiam ;) ). Mało kto w polskim biznesie potrafi tak twórczo i skutecznie zastosować kanibalizację. Uważasz, że e-numizmatyka zarabia za dużo kasy? Przysłali oklepanego kruga? Idź, kup w kursach złota. Kasa i tak popłynie w tą samą kieszeń ;)

Jest też Mennica, firma tak nieprofesjonalna, że właściwie szkoda o nich wspominać. Idą tam kupować jelenie, którzy nie zrobili żadnego rozeznania na rynku i nie wiedzą, że ceny mają mało konkurencyjne, delikatnie mówiąc. Ale może taka jest strategia firmy, może chodzić o unikanie konkurowania złotem inwestycyjnym z istną kurą znoszącą złote jaja, jaką jest produkcja złotych monet kolekcjonerskich. Niestety, władcy Mennicy nie potrafią rozgrywać kart tak finezyjnie jak firma powyżej. Można by zarabiać na obu tych kierunkach, ale w imię ‘niekonkurowania ze sobą’ nie robi się tego i traci się kasę.

Mamy jeszcze jednego dużego gracza, tanio sprzedającego złoto. To KGHM SA. Jest tylko jedno ale – produkują sztabki 2 i 4 kilo. Trochę za duże dla przeciętnego inwestora, ale przynajmniej wyglądają ładnie:

Na zakończenie warto wspomnieć o maluchach. Zauważam rosnącą presję ze strony różnych bulionerów, kupujących po parę uncji u wspomnianych dilerów z zamiarem szybkiej odsprzedaże w Klecholandzie. Ludzie nie są debilami. Czytają Słomskiego i Cynika i podejrzewają, że możemy mieć trochę racji co do czekającego nas wyparowania systemu walut papierowych. Czemu nie zarobić na tym trochę kasy?

Niestety, wszystko wskazuje na to, że dobre czasy powoli się kończą, zarówno dla grubszych ryb na polskim łowisku, jak i dla płotek. Grubi międzynarodowi dilerzy nie są debilami i też potrafią kombinować – dlatego właśnie są grubymi rybami. Jakiś czas temu powalił mnie jeden z dyrektorów z Niemiec. Pokazał mi wydruki z Wikipedii  (!) z zakreślonymi danymi demograficznymi Polski i stwierdził, że oni po prostu nie mogą sobie pozwolić na to, żeby nie być na rynku polskim.

Proszę zwrócić uwagę, że największa polska spółka kupuje towaru za jakieś 10 mln EUR rocznie. Konkurent, którego mam na myśli, dokonuje zakupu za 1 500 mln EUR rocznie. Kto dostanie lepsze ceny? Kto pierwszy dostanie towar, gdy zacznie go brakować? Kto może nie dostać towaru w ogóle, gdy poprosi o to prezes dużo większej spółki?

I to się już dzieje. Jednym z większych graczy na Zachodzie jest Reiffeisen, który właśnie kupił Polbank. Do tej pory Austriacy skupiali się na obsłudze podmiotów biznesowych. Teraz doszli do wniosku, że chcą też zarabiać na rynku detalicznym. Do tej pory złoto było traktowane po macoszemu, można je było kupić w Polsce, ale po absurdalnych cenach. Od przyszłego roku złoto ma być sprzedawane w każdej (!) byłej placówce Polbanku.

O ile wiem, dwaj inni giganci szykują się do wejścia na nasz rynek. To tylko kwestia otwarcia magazynu w PL, najęciu paru pracowników i logistyki (to w tej branży największy ból). Ceny sprzedaży tych podmiotów w detalu w Polsce będą o 1-2% wyższe niż ceny hurtowe, które w tej chwili mają polskie firmy kupując swój towar. Będzie zwyczajnie pozamiatane, jak w branży sklepów spożywczych po ekspansji Tesco i Biedronki.

Moim celem bynajmniej nie jest odstręczanie od zakupu złota i nakłanianie do czekania aż do momentu wejścia rekinów. Złoto za rok będzie dużo, dużo wyżej niż dziś. Te parę procent mniejszej marży nie warte jest czekania, skoro całkiem prawdopodobny jest skok o dziesiątki czy setki procent. Ale to tylko moja opinia, co ja tam wiem ;)

Share This Post

Odroczenie egzekucji

Monday, 7 February 2011

Peak Oil staje się powoli faktem, choć publika podłapie to na samym końcu. Trzeba zastanowić się co dalej, jakie kroki można podjąć w średnim horyzoncie czasowym. W dłuższej perspektywie starsze technologie będą zastępowane nowocześniejszymi i ropa naftowa zejdzie na dalszy plan. Chodzi o wypełnienie tej luki, między dniem dzisiejszym, gdy zupełnie nie jesteśmy przygotowani do spadającej dostępności paliw płynnych a przyszłością, gdy paliwa te nie będą tak krytycznie konieczne.

Nasze rozważania są czystą dywagacją. Nikt nie będzie pytał tutaj obecnych, jakie kroki trzeba podjąć. Konsultacje społeczne rządu będą sprowadzać się do populistycznego podążania za wskaźnikami sondażowymi, a wielki biznes będzie robił swoje ponieważ ma swoich pracowników od R&D, którym płaci za myślenie. Ten wpis i późniejszą dyskusję trzeba traktować jako niegroźną formę zabijania wolnego czasu.

Mimo naszego samozachwytu nad rozwojem naszej cywilizacji prawda jest taka, że nasze osiągnięcia są dość skromne. Na naszym satelicie byliśmy parę razy i nic nie zapowiada rychłego powrotu. Samochody, które tak błyszczą w reklamach, są niebezpiecznym środkiem transportu zabijającym setki tysięcy ludzi rocznie. Nasza cywilizacja nie produkuje energii, jak by się mogło wydawać patrząc na elektrownie. Większość energetyki opiera się na przetwarzaniu energii cieplnej spalania węgla na energię elektryczną z żenującą sprawnością nie przekraczającą 60%. Trzeba jeszcze dziesięcioleci, by udało się nam porzucić paliwa kopalne. I jeszcze raz podkreślić należy, że konieczne jest znajdywanie sposobu będącego pomostem między dniem dzisiejszym i kryzysem Peak Oil a dość odległą przyszłością, gdy do baków nie będziemy musieli wlewać ropopochodnych.

Konieczne jest założenie, że nowe technologie będą odkrywane i wprowadzane. Z jednej strony na rozwiązaniu problemu Peak Oil skupią się najtęższe umysły świata (gdy tylko zdadzą sobie z tego sprawę) a inwestować będzie cała światowa oligarchia. Z drugiej jednak strony istnieją jednak trudne do rozwiązania problemy, które sprowadzają się do tego, że nie potrafimy tak naprawdę produkować energii. Przerabiamy jedną formę energii (np. chemiczną w węglu kamiennym) na cieplną (np. na ogrzanie miasta). I tu pojawia się problem, polegający na tym, że dostępnych źródeł energii nie znamy zbyt wiele i są one nieodnawialne. Tak więc jeżeli nie znajdziemy nowych technologii, działania zaradcze o których za chwilę, będą tylko odraczaniem egzekucji.

Polska jest w dość szczęśliwym położeniu. Mamy dość duże zasoby węgla brunatnego, szacowane na jakieś 30 000 mln ton. To jest ogromna liczba. Tymczasem zużywamy rocznie jakieś 25 mln ton paliw płynnych, które można wytworzyć właśnie z tego surowca. Z racji niskiej zawartości energetycznej węgla brunatnego i zużycia energii w procesie technologicznym, szacuję, że potrzeba około 6 jednostek wagowych węgla by wyprodukować 1 jednostkę paliwa płynnego. Zatem rocznie zużywalibyśmy 150 mln ton węgla, co daje nam teoretycznie paliwa na 200 lat.

Nawet gdy do korytka będą chcieli podłączyć się Niemcy (którzy zresztą też mają swój węgiel brunatny) można zapatrywać się na syntezowanie paliw dość optymistycznie. Zresztą Niemcy mają swoje osiągnięcia w tej dziedzinie. Byli pionierami już w przed wojną wdrażając technologię Fischera Tropscha, również na terenach dzisiejszej Polski. W RPA firma Sasol produkująca paliwo syntetyczne jest najbardziej spektakularnym przedsięwzięciem biznesowym w tym kraju. Technologia rozwinęła się całkiem obiecująco i znana jest dziś bardziej pod nazwą MTG (tu jest ogromna ilość informacji w temacie).

Wielkim minusem jest duża emisja CO2 przy produkcji. Szacuje się, że połowa węgla z węgla brunatnego ‘idzie’ w paliwa, a połowa w komin. W obecnym szaleństwie likwidowania emisji CO2 (jest to chyba element planu przenoszenia ludzkości z powrotem do jaskiń) MTG spowoduje głośny skowyt eko-terrorystów.

Reasumując – wkrótce konieczne będzie całkowite przestawienie gospodarki energetycznej Polski. Węgiel spalany w elektrowniach musi być przetwarzany na paliwa płynne, a energia elektryczna musi być produkowana z atomu. To będzie ogromny wysiłek inwestycyjny, ale jest to jedyna droga by dostarczyć gospodarce i społeczeństwu niezbędnej energii. Bez tego czeka nas zapaść gospodarcza – i w konsekwencji – cywilizacyjna.

Share This Post