Category Archives: Ekonomia

Agonia Wenezueli

Wenezuela ostatecznie rozprawiła się z kapitalistycznymi wyzyskiwaczami. Zwyciężyła socjalistyczna rewolucja. Obrzydliwi, spasieni burżuje zostali wyzuci z zagrabionych majątków i wygnani z kraju. W kraju nie ma już nierówności społecznych.

Taki scenariusz to mokry sen komuchów z Razem. Oni się żarliwie modlą o zrobienie z Polski i całego świata takiego samego piekła, jakim jest dziś Wenezuela. A pozostałe partie polityczne w Polsce – trzymając się tej analogii – również odczuwają erekcję.

Każda partia w Polsce jest socjalistyczna. Każda z nich marzy o rabunku tych co pracują i tych co mają oraz o rozdawnictwie pieniędzy celem zakupu głosu nierobów i utrzymaniu słupków w sondażach.  Oczywiście, jeżeli dałoby się dodrukować waluty, to wszyscy są chętni. I dlatego, choć dużo wolniej, Polska toczy się w stronę Wenezueli. Dociskanie śruby fiskalnej przez Mateusza Krzywoustego i projekty w stylu 500+ utwierdzają mnie w tym przekonaniu.

Share This Post

Konsolidacja

Na polskim rynku złota jesteśmy świadkami konsolidacji. Jeden duży diler pochłania właśnie mniejszego. W chwili powstawania zarządy tych podmiotów miały wielkie plany. Coś w rodzaju: “najpierw zdominujemy Polskę, potem Amerykę, a potem całe nasze ramie galaktyki”. Ostro z tego “polewałem”, rozwijając swoją firmę zupełnie inaczej. Jak czas pokazuje – słusznie.

Zjadany wchodził na giełdę z nadzieją na znalezienie chętnego na duże wejście w spółkę, zjadający został stworzony z myślą o zbudowaniu silnej marki i jej sprzedaży komuś na Zachodzie. Z planów nic nie wyszło. Obie te firmy ledwie dyszą, ta zjadana była już na granicy życia i śmierci. W czasach powstawania firm na świecie był zupełnie inny sentyment, a dziś sprzedaje się ułamek tej ilości kruszców co 10 lat temu. W gospodarce jest szczyt hossy i ludzie zapomnieli, co to jest zabezpieczenie swoich finansów. Wiadomo, “kryzysu już nie będzie, bo FED/EBC na to nie pozwoli”. Dodatkowo bańka na bitcoinie wyssała dużo pieniędzy z rynku. Dla millenialsów e-złoto jest lepsze od złota tradycyjnego. Ale sentyment już wkrótce znów się zmieni…

Kwota transakcji, czyli zapłata za markę, domeny i bazę klientów, jest stanowczo za wysoka. Ale korpo rządzą się swoimi prawami. Zarządy wydają zwykle nie swoją kasę, tylko udziałowców albo kredytodawców i mają tendencję do lekkiej rączki. Nadzieja leży w cięciu kosztów osobowych / lokalowych przy zachowaniu tego samego poziomu sprzedaży, co może się udać i spowodować pojawienie się długo oczekiwanych zysków.

Konia z rzędem temu, kto przebrnie przez całą galaktykę spółeczek zależnych i powie, czy i ile zjadający rzeczywiście zarabia. Może ktoś z czytelników się tego doliczył.

Moje doświadczenie płynące z 10 lat dilerowania kruszcami jest takie, że założyć firmę tego typu potrafi każdy głupi. Dużo sprzedawać też. Ale osiągnąć zysk jest bardzo trudno. I zdaje się, że obie te firmy za bardzo skupiały się na zwiększaniu obrotu, a nie na zwiększaniu zysku.

Disklejmer jest taki, że nie mam czasu na procesy, tak więc żadnych nazw i szczegółów finansowych, a wpis ma charakter wyłącznie fabularny, bez związku z rzeczywistością.

Share This Post

Polskie obozy zagłady

Przez media na całym świecie przewija się temat nowej ustawy. Tak się składa, że od paru miesięcy na moim biurku leży książka oczekująca na recenzję pt “Ostatni Żyd z Węgrowa”. Zainteresowałem się z nią z innego powodu niż relacje polsko-żydowskie, jej unikalność polega na tym, że opisuje pewne aspekty ekonomiczne tamtych czasów.

Nawet biorąc pod uwagę moją sympatię dla Żydów muszę przyznać, że nie czytałem tak nienawistnej i antypolskiej książki. Jest w niej więcej nienawiści do Polaków niż do Niemców. Ale tym lepiej książkę tą przeczytać, nie po to aby stać się antysemitą, ale po to aby lepiej zrozumieć polakożerców. Rozumie się nastawienie do Polski większości Żydów i światowe protesty przeciwko zakazowi obciążania Polaków odpowiedzialnością za Holocaust. Do tego sprowadza się przerażająca narracja autora – to nie Niemcy byli winni Zagładzie, ale głównie Polacy. To na “terenie Polski” doszło do tych wydarzeń i Polacy byli często uczestnikami lub beneficjentami Holocaustu. Miliony ludzi na świecie nie chcą pamiętać, że to Niemcy byli tak naprawdę prowodyrami i bezpośrednimi sprawcami większości mordów.

Tak działa ludzka psychika, która jest zwyczajnie irracjonalna. Znane jest zjawisko obciążania prezenterki pogody za złą pogodę. Niby każdy człowiek wie, że nie ma ona żadnego wpływu na pogodę, ale i tak są ludzie, którzy mają do niej pretensje. Podobnie z ‘polskimi obozami zagłady’. Wiadomo, że były one niemieckie i że Polacy byli w nich mordowani na skalę przemysłową. Ale dla Żyda z Nowego Jorku czy Monachium nie ma to żadnego znaczenia. Jego umysł idzie na skróty i obciąża Polaków. A głupi Polacy sami się podkładają ze swoimi antysemickimi wypowiedziami, przez co polakożercy mają uzasadnienie dla swoich poglądów.

Absurdalność tej książki momentami przeraża. Autor ma pretensje do ruchu oporu, że nie dostarczyli Żydom karabinów. Całkowicie nie chce pamiętać o tym, że 1 września 1939 roku było mnóstwo karabinów. Każdy mógł jeden wyfasować i strzelać do Niemców ile chciał. Tylko, że Żydzi nie chcieli walczyć za Polskę, czyli także za swój własny kraj i za swoje własne bezpieczeństwo. Zaczęli domagać się broni, gdy Niemcy rozpoczęli ich eksterminację. A wtedy było już za późno.

Polska powinna się bronić nie ustawami, ale skutecznym PRem. Powinno się walczyć o to, by w podręcznikach historii w różnych krajach Polacy wyznania katolickiego i mojżeszowego byli opisywani jako ofiary, a Niemcy i Rosjanie jako oprawcy. Obozy powinny być opisywane jednoznacznie jako niemieckie, bo Polski między 1939 a 1989 nie było. Musi się też skończyć antysemityzm, który uwiarygadnia tezę, że to Polacy mordowali Żydów. Muszą pojawiać się wypowiedzi takie jak moje – wszyscy byliśmy ofiarami Niemców. I właśnie na tym polega problem autora książki – żaden Polak nie wytłumaczył mu, że zarówno Polacy jak i Żydzi są ofiarami Niemców, ale jego nienawiść była podsycana antysemickimi wypowiedziami Polaków. Stąd jak sam pisze, cała jego książka ma za zadanie upamiętnić ofiary Holocaustu w Węgrowie i rzekomą odpowiedzialność Polaków.

Ale wróćmy do tematów ekonomicznych, przechodzących w surwiwalowe. Autor pisze:

“Wykorzystując dochody naszego sklepu, zamieniałem polskie złote na złote monety. Wolałem zachować ostrożność i nie robiłem tego w Węgrowie, gdzie każdy od razy by o tym wiedział. Bałem się rabusiów, którzy mogliby przyjść szukać złota, gdyby wiadomość się rozniosła. Dlatego jeździłem w tym celu do Warszawy, do głównego banku państwowego, gdzie raczej nie było zagrożenia, że ktoś mnie rozpozna. Mogłem tam zakupić złote monety, nie przyciągając niczyjej uwagi. Zamieniałem złotówki na amerykańskie złote $5, $10 i $20 oraz złote monety o nominałach 5 i 10 rubli. Następnie magazynowałem je w metalowych pojemnikach i zakopywałem w zamykanych komórkach na tyłach naszej posiadłości. W latach 1934-39 wymieniłem na złoto większość naszych dochodów, wartości około $4000, co w tamtych czasach stanowiło poważną sumę” (na dzisiejsze realia to 115 uncji złota, czyli pół miliona złotych)

Autor książki przeżył okupację tylko dlatego, że miał złoto. Kto dziś nie ma złota, tylko bzdety w postaci lokat, obligacji, akcji czy bitkojnów, ten w razie kolejnej wojny umrze.

Share This Post

Jedni oszczędzają, bo wynieśli to z domu.

ING Bank Śląski wypuścił krótką serię reklam swoich produktów lokacyjnych. Interesująco się to ogląda. To ekranizacja wyobrażeń millenialsów o czasach późnego PRL.

Widzimy jak jeden z dwóch młodych ludzi wspomina ojca. Ciekawe zaczyna się robić szybko, bo już w 12 sekundzie, gdy dowiadujemy się, że ojciec bohatera miał samochód służbowy. Scenarzysta nie miał pojęcia, że za komuny nie było samochodów służbowych, i do głowy mu nie przyszło, by skonsultować to z kimś odpowiednio starym. Owszem, za PRL były samochody zakładowe, którym kierowca zakładowy woził wybrane osoby, ale nie było sytuacji, w której ktoś dostał do dyspozycji samochód i trzymał go w domu pod plandeką.

W 16 sekundzie dowiadujemy się, że dzięki oszczędzaniu ma się środki, które można przeznaczyć na wydatki, które są poza zakresem zwykłych codziennych wydatków. Jak dla mnie jest to pewna sprzeczność. W biednych czasach PRLu albo się oszczędzało na każdym aspekcie życia (jak na przykład powstrzymując się od zakupów kwiatów u badylarza czy szynki w Pewexie) albo nie. Facet wychodzący z kwiaciarni z circa 20 różami nie wygląda na Szafrańskiego oszczędzania. Natomiast w drugim filmie tej serii widać faceta, który nie wydaje dużej sumy na kwiaty i to jego podaje się za przykład człowieka nieoszczędnego. Twórcy filmu, którzy sami nie oszczędzają naprawę pieniędzy, nie rozumieją mechanizmu oszczędzania. Nie wydaje się zaoszczędzonych pieniędzy na wielkie bukiety kwiatów – to jest trwonienie oszczędności sprzeczne z koncepcją oszczędzania.

Aktor grającego młodego chłopaka oraz ten drugorzędny aktor będący twarzą banku kwitują wspomnienia: “Jedni oszczędzają, bo wynieśli to z domu. Inni, bo tak wybrali.” A ja podsumowałbym to inaczej: “Jedni oszczędzają, bo wynieśli to z domu. Inni, bo tak wybrali. Tak czy inaczej oszczędzający w fiacie są frajerami, bo kasy której oni nie spożytkują, spożytkuje a za nich rząd“. Tak to się kręci. Posiadacze oszczędności ponoszą straty wynikające ze spadku wartości siły nabywczej ich kapitału. To się nazywa podatkiem inflacyjnym. Beneficjentem tego podatku jest rząd, który drukuje pieniądze, co prowadzi do spadku ich wartości. System pieniądza papierowego (fiat) jest legalnym rządowym sposobem okradania obywateli z ich oszczędności.

Właśnie lata późnego PRLu były idealnym momentem, by odzwyczaić się od oszczędzania. Wtedy ludzie mieli okazję rozumieć czym jest system papierowej waluty. No chyba, że ktoś był przestępcą i oszczędzał w złocie lub walutach. Tak, tak, wtedy chronienie własnych oszczędności było przestępstwem… A kto oszczędzał w złotówkach, ten stracił całe oszczędności przy okazji hiperinflacji.

Tak więc aktorzy powinni byli powiedzieć coś w stylu: “Mój ojciec oszczędzał w złocie, dzięki czemu nie jest na starość dziadem, jak jego koledzy oszczędzający w złotówkach. Ja też oszczędzam w złocie”. Albo “Mój ojciec oszczędzał i inflacja zżarła całe jego oszczędności. Wyniosłem z tego nauczkę, że nie oszczędzam w złotówkach, bo to jest waluta wysokiego ryzyka i jutro może być bez wartości”.

Oczywiście mogliby tak powiedzieć przy założeniu, że chcieliby nam coś cennego przekazać, a nie ogłupić w ramach bankowego oszustwa. Trudno nazwać inaczej tą reklamę niż próbą oszukania potencjalnych klientów. Bo to co ING Bank Śląski oferuje klientom niewiele się różni od rozmaitych niekorzystnych ofert banków z czasów PRL, wszelkich książeczek oszczędnościowych, które przyniosły ludziom ruinę finansową. Oto przez początkowe 4 miesiące klient otrzymuje od ING BŚ odsetki w wysokości 2% (w skali roku, po opodatkowaniu) bo po okresie promocji otrzymywać 0,56% (w skali roku, po opodatkowaniu). 0,56% !!! W sytuacji, gdy sam GUS przyznaje, że inflacja wynosi 2,2%, a ja do GUSu dziś mam takie same zaufanie jak do GUSu za Jaruzelskiego, i czuje w kościach, że tej inflacji mamy z 5-7%. No chyba, że ktoś kupuje dużo lokomotyw i szyn stalowych, może spadek cen tych produktów kompensuje mu wzrost cen żywności.

Tak więc konto “oszczędnościowe” to tak naprawdę konto “straceniowe”. Ma się stuprocentową gwarancję, że po roku będzie można kupić mniej za swoje oszczędności niż gdyby kupić dżem i mielonkę już dziś i trzymać je w piwnicy. Można to konto nazwać też “wysoce zyskownym”, ale dla właścicieli ING BŚ, którzy pieniądze zebrane z rynku za 0,7% pożyczają na 7 czy 9%.

Share This Post

Co tam słychać w Chicago

Dobry filmik szczegółowo opisujący sytuację w Chicago:

Dane są wstrząsające. Przy rocznych przychodach w wysokości 3,5 miliarda dług miasta wynosi 33 miliardy. Kwoty jakich brakuje w funduszach emerytalnych dla pracowników budżetówki to 120 miliardy. Podatki i ilość regulacji dają miejsce w czołówce USA, jakość oferowanych usług jest w ogonie kraju.

Rośnie nam kolejny wrzód w stylu Detroit. Te same mechanizmy. Coraz więcej kolorowych, coraz mniej białych. Kolorowi z racji słabego aparatu poznawczego dają się zmanipulować i głosują na populistów. Ci stopniowo dopuszczają do coraz większego zrujnowania danego obszaru. Amerykańskie miasto stopniowo zamienia się w afrykański zbankrutowany slums.

Share This Post

Parowanie giełdy

Podczas krachów giełdowych media i prości ludzie lubią emocjonować się wyliczaniem, jaki to ogromna kwota “wyparowała”. Z okazji mocnego zjazdu bitcoina i dużego ryzyka zjazdów na rynkach akcji warto się pochylić na tym zagadnieniem.

Jak nazwać proces odwrotny do owego “wyparowywania pieniędzy”? Znajomość terminów fizycznych podsuwa pierwsze skojarzenie: “skraplanie pieniędzy”. Wspomniane media i prości ludzie raczej użyją terminu “mnożenie pieniędzy”. Oba te terminy są błędne.

Do lamusa historii przeszły inwestycje polegające na zakupie akcji w celu osiągania udziału w dywidendzie. Współcześnie wszystkie rynki (giełdy) mają przeznaczenie spekulacyjne, założenie jest następujące: tanio kupić by drożej sprzedać. Obowiązuje strategia “większego głupka”. Jakiś cwaniak sprzedał nam dany walor za 100, naszym celem jest moment, gdy cena wzrośnie do 200, wtedy sprzedajemy ten walor jakiemuś głupkowi. My byliśmy głupkami kupując za 100 coś, co kiedyś kosztowało 50, a teraz szukamy jeszcze większego głupka. Być może się zdarzyć, że jesteśmy największym głupkiem w całej okolicy, i gdy tylko dokonamy zakupu, cena spada do 50.

Większość ludzi przegrywa pieniądze na giełdach i forexach, ponieważ ma do czynienia z większymi cwaniakami niż oni. Ci cwaniacy mają do dyspozycji lepszy dostęp do informacji i lepsze jej przetwarzanie. Dlatego każdy drobny inwestor jest w 9 przypadkach na 10 “frajerem”, niczym innym niż dostarczycielem kapitału. A głupota to między innymi nadmierna wiara w swoje siły.

Wyobraźmy sobie uproszczoną giełdę, na której mają miejsce tylko trzy zdarzenia:

  1. Osoba A sprzedaje osobie B akcję za 50. Spółka zmienia nazwę z “Wysypisko Śmieci” na “Blockchain Ventures” i cena rośnie do 100.
  2. Osoba B sprzedaje osobie C ten sam walor za 100. Okazuje się, że technologia blockchain ma małe zastosowanie w biznesie składowania śmieci i cena spada z powrotem do 50.
  3. Osoba C sprzedaje osobie D akcję za 50.

To “wyparowanie pieniędzy” jest dostrzegane jako mające miejsce w punkcie 2. Ale pojęcie to opisuje tylko połowę równania, ponieważ “wyparowanie pieniędzy” jest elementem transferu kapitału od chciwego głupka do sprytnego cwaniaka. Gdy media informują o mającym właśnie krachu na danym rynku, w wyniku czegoś ileś tam miliardów rzekomo “wyparowało”, to oznacza to, że już wcześniej dokonał się transfer bogactwa, a przy okazji spadku cen głupki (i media) zdały sobie z tego sprawę.

Trzeba też pamiętać, że w tej grze zawsze wygrywa operator danego rynku (np. dom maklerski), pobierający prowizję od transakcji, oraz Fiskus, pobierający podatek od zysku osoby B.

Przy okazji Świąt nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć czytelnikom, by nie dali się odcedzić z pieniędzy, a wręcz przeciwnie.

Share This Post

Wałęsa vs Kaczyński

W czasach prezydentury Wałęsy pojawił się pomysł, żeby rozdać każdemu po 100 000 000 PLZ. (To na dzisiejsze pieniądze 10 000 PLN, po kolejnej wymianie za kilkanaście lat będzie to 1 ‘nowy’ złoty.) Ktoś mądrzejszy od Wałęsy wyjaśnił mu, że bogactwo nie bierze się z drukowania pieniędzy, bo dodruk i rozdawnictwo prowadzi wyłącznie do inflacji. Na otarcie łez wprowadzono Program Powszechnej Prywatyzacji, która dała obywatelom po stówce, a tłustym kotom obfite koryto, która wystarczyło im na kilka lat, aż do czasów skoku na naszą kasę w postaci słynnego przekrętu z OFE.

Co ciekawe, wiedzę, którą był w stanie przyswoić sobie prosty elektryk Wałęsa, nie jest w stanie przyswoić sobie Kaczyński, posiadający stopień doktora. I tak wprowadzono program 500+, który obecny reżim reklamuje jako ogromny sukces. Nie wiadomo, czy udało się zatrzymać katastrofę demograficzną, wiadomo za to, że kupiono w tej sposób miliony głosów ludzi i być może dzięki temu kato-socjaliści wygrają kolejne wybory.

Dodatkowo mamy potężny wzrost inflacji. Tak jak wspomniałem, dobrobyt nie bierze się z rzucenia do obiegu dużej ilości gotówki, ale z tego, że gospodarka coraz więcej produkuje towarów i usług. Gorzka prawda, której nienawidzą Polacy: bogactwo nie bierze się z konsumpcji pieniędzy odebranych innym – bogactwo bierze się z tego, że ciężko się pracuje i nie są obierane owoce pracy osobie, która je wypracowała.

Wygląda na to, że Polacy to naród gapowiczy – wiele osób chce się przejechać za darmo na czyimś garbie. Nie do wiary, mamy 21 wiek, niedawno mieliśmy pół wieku socrealizmu, a ludziom nadal trzeba takie proste rzeczy tłumaczyć. Ludzie nadal chcą socjalizmu, rozdawnictwa i regulacji, nadal nie chcą wolności, niskich podatków i pracowania na swój własny dobrobyt.

I dlatego mam pewność, że będzie jak zawsze, bo zawsze w końcu lud wynosi do władzy takich obiecywaczy i rozdawaczy, że suweren pewnego dnia budzi się w jakiejś odmianie Wenezueli.

Share This Post

Wieści z amerykańskiego rynku nieruchomości

Uważnie śledzę rynek nieruchomości w USA w poszukiwaniu oznak kolejnej bańki spekulacyjnej. Dużo elementów temu sprzyja, jak choćby krótka pamięć obywateli, którzy powoli zaczynają zapominać o krachu roku 2007, a może jeden na 10 000 wie jakiś dawnych bańkach, jak choćby o tej z lat 192x na Florydzie. Do tego są inne sprzyjające czynniki – niskie stopy procentowe i kredyty o stałym oprocentowaniu, dające możliwości ogromnego zlewarowania.

Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że taka bańka już rośnie. Ceny nominalne powoli zaczynają się zbliżać do poziomów ze szczytu bańki. Trzeba jednak pamiętać, że te ceny wyrażone są w łże-dolarze, czyli walucie szybko tracącej siłę nabywczą. Wiedząc, że w 1967 nowy dom w USA kosztował (mediana) $23 000, a w 2017 $320 000 można mieć mylne wrażenie, że mamy jakąś obłędną bańkę. Ale to po prostu cecha waluty papierowej, nie sposób w niej oszczędzać ani wyrażać cen w dłuższym przeciągu czasu.

Poniżej mamy wykres zmiany cen nieruchomości w USA od roku 2000.

Widać bańkę, jej sflaczenie i ponowne pęcznienie, ale jak widać jest to tylko wzrost nominalny i inflacja kompensuje sporą część wzrostu cen. Dodatkowo pamiętać trzeba, że jest to oficjalna stopa inflacji, sporo zaniżona przez rząd, który ją szacuje i któremu zależy, aby była niedoszacowana.

Prawdziwy obraz sytuacji mamy wyrażając ceny domów w złocie, czyli pieniądzu niewrażliwym na rządowe czary, masowanie statów i inne mumbo-jumbo.

Widać wyraźnie, że realne ceny są niskie. Ostatnio tak tanio było w czasach przewlekłej recesji czasów Reagana lat 198x. Dla osób mieszkających w USA i posiadających tam zdolność kredytową, wzięcie kredytu ze stałym oprocentowaniem jest dobrym pomysłem. Szczególnie teraz, gdy będą rosnąć stopy procentowe, a wraz z nimi oprocentowania kredytów.

Share This Post

Krótka historia ekonomii – recenzja

W moje ręce wpadła książka, której autorem jest Niall Kishtainy. Jak sam tytuł wskazuje, książka miała być przeglądem koncepcji ekonomicznych w dziejach świata. To mogłoby być ciekawe.

Stałem się bardzo podejrzliwy już na stronie 10, gdzie autor stawia tezę “różnica dochodów między bogatymi i biednymi jest po prostu niesprawiedliwa”. Otóż stoję na stanowisku dokładnie przeciwnym. Uważam, że sprawiedliwość polega dokładnie na tym, że ludzie mają różne dochody. Ci mniej pracowici są biedniejsi od tych bardziej zaradnych i wykształconych. Niesprawiedliwe jest tylko to, gdy ludzie nie mogą się rozwijać (bo są zawody zamknięte) i pracować (bo jest drakońskie prawo podatkowe). Bez różnic w dochodach nie miałoby sensu wykonywać żadnej pracy, nie byłoby sensu się wysilać. Nawet Sowieci zdali sobie sprawę z tego bardzo szybko po rewolucji i zróżnicowali dochody pracownikom.

We wspomnianej książce jest wyraźny dryf w lewo. Dużo pisze się o wszelkiej maści lewakach, przewijających się w historii świata, mało mówi się o wolności, krótko wspomina się o Szkole Austriackiej. To chyba jest ostatnio bardzo modne, interesować się czyrakami Marksa i deklarować nienawiść do burżujów oraz kamieniczników.

Z tego co dowiedziałem się o autorze wynika, że interesują go powiązania teorii ekonomii z realnymi wydarzeniami, na przykład krachem roku 2007. I w jego książce można zobaczyć jak słabo radzi sobie z opisywaniem świata – dotyka tylko kwestii stricte ekonomicznych. Zresztą historycy mają taki sam problem, nie potrafią dostrzec aspektów poza dane wydarzenia polityczne.

Aby zrozumieć przeszłe wydarzenia i przewidzieć przyszłość trzeba poruszać się po wszystkich dziedzinach nauk społecznych i nie tylko. Podstawą jest zawsze zasób energetyczny danej społeczności, wynikające z tego zasoby surowcowe, żywnościowe i produkcyjne. Tymi zasobami zarządzają ekonomiści, co również ma wpływ na politykę. Politycy piszą historię. No i jest jeszcze aspekt niezwykle często pomijany, czyli filozofia rozumiana jako szereg wierzeń i wartości wyznawanych przez daną społeczność w danym czasie.

Bez takiej wiedzy nie da się dobrze napisać historii czegokolwiek, czy ma to być książka o rewolucjach we Francji, czy o powstaniu liberalizmu w Anglii, czy też przekrojowo o całej historii ekonomii.

Share This Post

Kaczonomika

W Stanach tworzy się nazwy dla pomysłów kolejnych ekip na gospodarkę zlepiając nazwisko aktualnego prezydenta z ‘nomics’, na przykład ‘reaganomics‘.

W Polsce wycinek ogólnej filozofii Kaczyzmu dotyczącej gospodarki można nazwać Kaczonomika. To taka gierkonomia na sterydach, widać wyraźne podobieństwa:

  • Propaganda sukcesu, ciągle musimy doganiać inne gospodarki świata i podobno już jesteśmy całkiem blisko.
  • Mała stabilizacja i socjalizm – wtedy w postaci małego fiata i wolnych sobót, dziś w postaci 10latka z niemieckiego szrotu i 500+.
  • Powrót do gospodarki centralnie planowanej w postaci tzw. repolonizacji.
  • Zadłużanie kraju, które wtedy rosło dynamicznie, rośnie i dziś.
  • Opieranie się na przestarzałym modelu gospodarczym – wtedy na hutach i kopalniach, dziś na tamach, kopalniach i nadal węglu.

Kaczonomika tworzona jest przez januszy 50+. Za Gierka były ich ‘złote czasy’, wtedy janusze mogli wypić dużo wódki i nie mieli jeszcze problemów z erekcją. Nic dziwnego, że chcą powrotu tamtych czasów. Im bardziej prosty człowiek, tym bardziej kieruje się instynktem i sentymentem, który zastępuje mu inteligencję i kreatywność.

Niestety, kraju nie da się rozwijać i modernizować starymi metodami. Nie da się budować autostrad z bruku, nie da się budować szybkiego transportu dodając kolejnych par koni do zaprzęgu.

Szczególnie bulwersujący jest ostatni punkt gierkonomii/kaczonomiki. Górnictwo węgla jest rakiem na polskiej gospodarce, stanowiącym totalnie wadliwe alokowanie zasobów kapitałowych i ludzkich. Gospodarka, które nadal rozwija się wbrew obecnemu reżimowi potrzebuje kapitału i ludzi. Budując energetykę jądrową zyskujemy tanią energię dla kraju i ludzi, którzy mogą produktywnie pracować tam, gdzie są potrzebni. Kompletną głupotą jest Narodowe Lotnisko Międzynarodowe. W świecie kończącej się ropy potrzebujemy szybkiej komunikacji kolejowej.

Niestety, skończy się to jak za Gierka. Będzie ostre spotkanie ze ścianą, problem ze sfinansowaniem obsługi długu, całą resztę już znamy.

Share This Post