All posts by Seba

User Generated Content i inne patenty

Wpis gościnny – Seba

———

Cześć.

 Rozgrzewka:

I lecimy dalej…

 Siedzę sobie ostatnio przy statystyce rodzimego internetu. W największym skrócie marnuję czas nad tym, na co inni ludzie marnują czas 😉 I wychodzą mi całkiem ciekawe rzeczy…

Pierwsze źródełko jakie przeglądam to ranking Alexy, inne fajne dane publikuje PBI/Gemius (łatwiej dostępne przedruki na wirtualnemedia), a poza tym zaczynają mi się podobać informacje od Brand24 (monitoring internetu, np: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9).

 Najczęściej odwiedzane witryny to od lat ta sama sztampa:

  1. Google, Facebook, Youtube;
  2. Onet, WP, Gazeta, Interia
  3. Allegro, Tablica, o2, Filmweb, Pudelek
  4. No i wszelkie Demoty, Wiochy, Kwejki, Wykopy, Aski, Chomiki, i tak dalej…

Fajne zestawienie serwisów tematycznych (robione cyklicznie) mamy np. <tutaj>. Zapewne niedługo pojawi się też jakiś raport Mediapanel PBI na temat najpopularniejszych blogów w PL, bo ostatni w tym temacie ma już prawie rok.

 W zeszłym roku, w blogosferze najwyższe pozycje zajmowały blogi kulinarne, modowe, technologiczne i tzw. lifestyle. Gdyby pojechać rankingiem Alexy na dziś (18 stycznia 2014) mamy takie oto wyniki:

Blog

Pozycja  w Alexa (PL)

Natemat.pl  (wielu autorów)

77

Antyweb.pl  (wielu autorów)

197

Spidersweb.pl  (wielu autorów)

367

Kwestiasmaku.com

391

Makelifeeasier.pl

621

Mojewypieki.com

709

Kotlet.tv

773

Kominek.in

984

Fashionelka.pl

1318

 Od pewnego czasu zastanawiało mnie ile w blogerskiej robocie może osiągnąć pojedyncza osoba. I jak widać w tabeli – pani Joanna z Kwestiasmaku.com ustawia poprzeczkę niezwykle wysoko. W zeszłym roku kiedy dumałem nad powyższą sprawą (na nieco innych źródłach) zaryzykowałem stwierdzenie, że samodzielnie pewnego pułapu nie da się przeskoczyć. Dziś już wcale nie byłbym  tego taki pewien…

Nie mniej jednak rysuje się fajny trend. Bo popatrzmy na rodzimych gigantów, czyli portale internetowe. Treść strony głównej, w zasadzie wszędzie w tych samych kategoriach:

  1. Wiadomości/Fakty
  2. Finanse/Ekonomia/Biznes
  3. Sport
  4. Motoryzacja
  5. Nowe technologie
  6. Kultura/Styl życia

To samo jest w codziennej prasie drukowanej.

Portale mają jednak to do siebie, że zazwyczaj dymają nań słabo opłacani stażyści,  a nadto wszystko idzie na tempo oraz ilość. Jakiejś głębszej zadumy czy pasji do danego tematu za bardzo człowiek tam nie uświadczy…

I teraz możemy dostrzec fajne okazje dla blogów i blogerów, które co bystrzejsi już zagospodarowali. Temat nowych technologii: Grzegorz Marczak i Antyweb. Pewnego rodzaju spółdzielnia blogerska, która wyewoluowała z pracy jednego lidera. Podobny schemat: Spidersweb Przemysława Pająka. Znając obydwie witryny – można już sobie darować czytanie o nowinkach technologicznych w najpopularniejszych portalach. Poziom tekstów w ogóle nie ma porównania. Korposzczury kompilujące na ilość to żadna konkurencja dla pasjonatów.

Nadto warto nadmienić, że Antyweb ma chyba ambicje wytyczać pewien nowy kierunek, już nie na ilość unikalnych użytkowników, ale na ich jakość. Mały cytat z witryny:

"Kto czyta Antyweb. Czytelnikami serwisu jest wiele bardzo ciekawych osób ze świata Polskiego internetu. Na blogu można spotkać zarówno twórców serwisów internetowych, managerów z dużych firm i portali, jak również osoby zainteresowane znalezieniem partnera biznesowego. Jednym słowem bardzo ciekawe i opiniotwórcze grono."

Tylko marketing ? Nie sądzę.

—–

W związku z powyższym podpowiedź dla Przemysława: Przemo – idź z duchem czasu,  goń z bloga talibów 😀

——

Numer 5 z wyżej rozpisanej listy tematów obowiązkowych mamy zatem zagospodarowany. Co dalej ? A no numer jeden – wiadomości, polityka, społeczeństwo (jak dla mnie nuuuudyyyyy)  czyli przeważające obszary w Natemat.pl Tomasza Lisa.

Początki projektu były skromne, ale fakt jest taki, że to się po prostu nie mogło nie udać. W efekcie jest wynik: 77 pozycja w PL (z tendencją w górę).  W moim przekonaniu kwestią czasu jest dalsza migracja tamże osób lubujących się w „politykowaniu”. Bardziej zjadliwe i ambitniej wyselekcjonowane, blogerskie teksty w NaTemat będą dla wielu lepsze niż newsy na portalach (pisane tak, że naprawdę ciężko je czytać).

Aha. Wprawdzie widać, iż witryna ma ambicje wskakiwać też w inne obszary (pieniądze, motoryzacja, styl życia, zdrowie). Ale akurat w tym są słabi i co za dużo to niezdrowo 😉

Reasumując: mamy zatem większe projekty blogerskie w „obowiązkowych” tematach nr 1 i nr 5. A reszta ?

Sport, motoryzacja, kultura, ekonomia – wszystko to jak na razie jest ogarniane przez pojedyncze osoby i pozostaje w pewnej niszy.

I tak sobie teraz myślę… Ciekawe czy komuś uda się zorganizować  w przyszłości „finansowo/ekonomiczny odpowiednik Antyweb” ?

—————

Temat numer dwa – tytułowe User Generated Content (UGC).

Raz na jakiś czas przewija się w mediach temat stażystów, darmowej, czy prawie darmowej siły roboczej, umów śmieciowych, wyzysku i tak dalej.  No to mała gimnastyka:

Taka sytuacja: Otwiera sobie człowiek forum dyskusyjne. Powiedzmy, że z 10 lat temu. Dobry adres, chwytliwa tematyka. No i tyle. Siedzisz sobie, prawie nic nie robisz, na niczym się znać nie musisz, studiów mieć nie trzeba, pilnujesz tylko serwera, aktualizacji skryptów, ochrony przed spamem… Ludzie z całego kraju siedzą na forum godzinami. Piszą, odpowiadają na pytania innych (niejednokrotnie całkiem fachowo) i generalnie popindalają jak Reksio za szynką 😀 Tekstu przybywa, w wyszukiwarkach się wszystko elegancko pozycjonuje.

W sumie to se możesz po paru miesiącach dokleić reklamy (albo jeszcze lepiej zorganizować sklep)  i “cośtam” zarabiać na cudzej robocie. Proste ?

Jak się tak trochę zastanowić to niezły ubaw muszą mieć właściciele wszelkiego rodzaju demotów, wykopów itp.. Raz się napracowali (na początku), a teraz – po prostu żyć nie umierać 😀 Inni zasuwają na nich całkowicie za friko. Gdzieś tam na głównej stronie trzeba tylko wstawić ranking najbardziej “zasłużonych”. Dodać zmyślne tytuły i rangi . A jaka identyfikacja z firmą i poczucie misji przejawia się niekiedy u „aktywnych użytkowników” ! Wystarczy z odrobiną zastanowienia przyjrzeć się temu zjawisku i wychodzą cuda… Ciekawostka: jak ktoś dobrze nagina, to na niektórych forach może dostać obok ksywki stopień „pułkownik” albo i „generał” 😉

Tak bym to skomentował:

  zwchs

Słowo daje, niektórych zjawisk w polskiej sieci nie ogarniam… Czytam sobie np. w książce o start-upach studium przypadku witryny turystycznej. Autorzy wymyślili, że  stworzą website, na którym lemingoza (całkowicie z własnej, nieprzymuszonej woli) będzie opisywać wrażenia z wakacji, polecać innym miejsca warte odwiedzenia no i na tym UGC właściciele będą trzepać kasiorkę. Jednak coś nie szło. Kampania reklamowa na fejsie i adwords – zero efektu. W pierwszych tygodniach stronka stała pusta. Jakie działania “naprawcze” podjęto? Wprowadzono funkcje społecznościowe i stopnie/odznaki (plus jakieś artykuły w prasie “lajfstajlowej”, że oni to są innowacyjni i trendy).  I jak się okazało, że delikwent może zaszpanować przed innymi gdzie to nie był i zostać: „pisarzem”, „fotografem”, „odkrywcą”, „kolekcjonerem uśmiechów”, „krytykiem”, ”ambasadorem” czy „władcą uśmiechów” – liczba unikalnych użytkowników skoczyła do 30 tysięcy (w tym ponad 2 tysiące aktywnie generujących content) 😀 Autentyk. Właściciele leżą już sobie truskawką do góry i tylko doklejają reklamę natywną czy inne takie.

 sps

Cóż – wolny kraj.

Wszystkiego dobrego 🙂

Share This Post

econ survival z wykorzystaniem P/R-u

[wpis gościnny]

Pozwolę sobie po raz 598 powrócić do tematu nieruchomości. Wydawało mi się, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy z grubsza pewne sprawy obgadałem, no ale okazuje się iż jednak nie.

Temat pierwszy – wykres z http://justpaste.it/banka-nieruchomosci czyli to badziewie:sciema

Dawno, dawno temu sprawa była już rozpisana, ale (skoro gdzieśtam zauważyłem wątpliwości)  jeszcze raz powtórzę: ściema. Jest to zmanipulowany wykres GUS-owskich “cen 1 metra kwadratowego powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego oddanego do użytkowania“. A zatem info o “nakładach poniesionych przez inwestorów na budowę wielomieszkaniowych budynków mieszkalnych“. Jak się wpisze dane z linku w arkusz kalkulacyjny i zrobi wykres, wychodzi to:  norm

Ale jak człowiek konkretnie „ściśnie” ów wykres w poziomie (o takim manipulowaniu można poczytać tutaj) to otrzymujemy: manip

I powyższą kreskę jakiś fajansiarz wpasował w model Rodrigue’a. A potem po internetach się rozeszło. I do dziś trzeba sprawę prostować.

Lecimy dalej. Temat drugi – moje widzimisię o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych.

Bez głębszego wnikania w istotę sprawy, wiemy, że rynek nieruchomości podlega cyklom. Żyjemy sobie w takim „cudnym” systemie „skrępowanej gospodarki rynkowej”. Nie jest to w żadnym wypadku kapitalizm. Nie jest to też socjalizm.

Terminu „skrępowana gospodarka rynkowa” (inaczej: „interwencjonizm”) pierwszy raz użył Ludwik von Mises (poświęcił mu część szóstą swojego opus magnum „Ludzkie działanie”, s. 605-726). Oznacza on system, „w którym władza ingeruje w działanie gospodarki rynkowej, ale nie chce całkowicie wyeliminować rynku” (s. 607). Jeśli kogoś interesuje, to temat ciągnął dalej Rothbard w książce „Interwencjonizm, czyli Władza a rynek”.

O ile dla przeciętnego obywatela ów wspomniany rynek jest skrępowany, to dla takiego choćby bankiera – wręcz przeciwnie. Bankier ma np. przywilej naprodukować se z dupy praktycznie tyle kredytu ile tylko klienci sobie zamarzą (i okresowo uskutecznia to bardzo intensywnie). Jeśli zatem nagle, jakaś większa grupa ludzi zapragnie kupić określone dobro (np. mieszkanie) na krechę – to mamy cenowy rollercoaster. W US na przestrzeni lat wyglądało to tak:

image011

 I teraz klasyka handlu. Kupuj tanio. Sprzedawaj drogo. Zielone światełko (oznaczone na wykresie) – ceny są OK, można kupować. Czerwone światełko – jest drogo i lepiej przeczekać. Zła wiadomość jest taka, że wysokie ceny na nieruchomościach potrafią utrzymywać się dość długo.

W jaki sposób określić czy ceny na rynku są odpowiednie ? Cóż – zacznijmy od rozróżnienia dwóch rzeczy, a więc ceny i wartości. Cena – jak zauważył dekady temu Carl Menger (AEIOU) jest rzeczą subiektywną. Określone dobro ma taką cenę jaką klient chce zabulić. Jeśli np. ludzie życzą sobie płacić za mieszkania nie tyle ile są fundamentalnie warte, a tyle ile im bank da kredytu – to tyle właśnie płacą…. Proste.

Pytanie zatem – w jaki sposób nie przepłacać i dowiedzieć się ile mieszkania na rynku (średnio, w danym okresie) mogą być fundamentalnie warte ? (Docelowo próbujemy się po prostu dowiedzieć, czy przypadkiem na rynku nie ma bańki.)

Tutaj moglibyśmy szukać odpowiedzi długo i namiętnie, bo powyższym zagadnieniem zajmują się najtęższe, akademickie głowy. Nie mamy jednak innych ambicji niż prosty econ survival – zatem wybierzmy łatwą i szybką metodę, relację ceny do kosztów wynajmu czyli wskaźnik P/R (w poprzednim tekście publikowałem tabelę z obliczeniami). Zaznaczę także, iż w niniejszym wywodzie patrzymy na “ogólną sytuację rynku” i “ogólny klimat” dla całego kraju. Rozważanie pojedynczych przypadków jest znacznie bardziej skomplikowane i lepiej w to nie wnikać.

Próbujemy zatem znaleźć odpowiedź na pytanie „Ile czynszów powinny kosztować mieszkania ?” W US publikowane są dane z ostatniego półwiecza (Lincoln Institute). uspr

 W Stanach średnie ceny nieruchomości przy „zielonym świetle” to ostatnio poziom jakichś 230-240 czynszów. Przy bańce szczytującej w 2006, odfrunęły do poziomu 402,7. Ale co poleci – musi też opaść. Jak widać na wykresie, po pęknięciu bańki inwestorzy weszli z powrotem na rynek akurat przy relacji P/R notowanej na początku lat 90-tych ub. w.

 ——–

Czas na Polskę. Od razu piszę, że sprawa jest mocno dyskusyjna i nawet zastrzegam sobie prawo do zmiany opinii (oj mogę się mylić i to ostro)  😀 Jestem także otwarty, a nawet proszę o krytykę. Wszelkie dane jakie udało mi się zebrać udostępniłem w linkowanym wyżej zbiorze (mimo pozorów są dość ubogie). Nie mniej jednak posiłkując się nimi, wyrobiłem sobie zdanie, iż pewna stabilność oraz względnie zdrowa sytuacja na rynku nieruchomości mieszkaniowych w PL (lub jak kto woli – na rynku klit z tekturowymi ścianami) miała miejsce przy poziomie P/R:

  •  150-170 czynszów – dla większych polskich miast (szczególnie Warszawy)
  • 120-140 czynszów – dla reszty kraju

W szczycie bańki cena mieszkań dojeżdżała u nas do 290-310 czynszów. Co poleci (szczególnie tak wysoko) – zawsze spada. Zatem jestem zdania, iż czerwona lampka będzie świecić nad nieruchomościami w PL aż do czasu zjazdu relacji P/R, do podanych wyżej przedziałów. Obecnie (II poł. 2013) poziom jest ok. dwustu. Osobiście nie zbliżę się do nieruchomości, dopóki w raportach i danych z których dotychczas korzystałem (ceny nowych mieszkań: Rednet, ceny najmu: Open Finance) nie zobaczę P/R w podanych granicach. I innym też zalecam daleko posuniętą ostrożność.

Tutaj wykres cen dla kilku polskich miast (z zieloną i czerwoną lampką, a jakże):image007

Bania jak ta lala i nie ma nawet nad czym dyskutować. Wartym rozważenia jest jednak sposób jej „rozładowania”.

Wielu ludzi spodziewało się, bądź spodziewa jakiegoś spektakularnego i szybkiego zjazdu, a’la model Rodrigue’a. W US zresztą pęknięcie bańki przebiegło właśnie w tak gwałtowny sposób. W Polsce nie jest to jednak możliwe z dwóch głównych przyczyn.

Przyczyna pierwsza: W US kredytobiorca hipoteczny miał możliwość odesłać klucze od mieszkania do banku i uwolnić się od długu. Jeśli w momencie pękania bańki zauważył, iż nie ma sensu spłacać gigantycznego kredytu za taniejącą nieruchomość, po prostu żegnał się z bankierem i zaczynał wszystko od nowa. Z drugiej strony, kredytobiorców, którzy nie spłacali rat, szybko i skutecznie wyrzucono z domów, a te wystawiono na licytację. Ceny zatem spadły – bo mogły.

W Polsce, wg raportu KNF na koniec rok 2012 było 105 911 kredytów hipotecznych z LTV powyżej 120%. To już jest taki próg bólu, że ludzie (w większości) jakby mogli, to by odsyłali bankom klucze, co spowodowało by nakręcenie spirali spadku cen. Oczywiście rodzimi kredytobiorcy nie mogą ot tak odspawać się od bankiera. Nadto w PL (ale to przypadłość całego „starego kontynentu”) bardzo opornie idą eksmisje (a potencjał jest spory, KNF podawał, że ponad 20 tysięcy kredytów hipotecznych ma opóźnienia w spłacie dłuższe niż pół roku).

Przyczyna druga: Nadal jest popyt: image001

Co tu dużo pisać. W powyższej tabeli (na czerwono) widać, że nadal popyt jest i choćby nie wiem co – musi się „wyskakać”. Ponad 400 tysięcy wniosków o kredyt w roku 2011, z tego ponad 200 tysięcy rodzin odchodzi z kwitkiem. Rok 2012 – niewiele gorzej… Ten popyt cały czas jest. Wraz z kolejnymi rocznikami wychodzącymi ze szkół i uczelni to się kumuluje i tylko czeka na poluzowanie polityki kredytowej. Ci ludzie nie odpuszczą i znów do banków wrócą. Zgaduję (optymistycznie), że jeszcze ze trzy-cztery lata ten popyt będzie robił „ciśnienie”. I skończy się pewnie dopiero, gdy telewizja pokaże dramaty zrujnowanych kredytem hipotecznym rodzin.

W zeszłym roku, gdy poszukiwałem wzorca do tego w jaki sposób bania na polskich nieruchomościach może sflaczeć, wynalazłem dwa przykłady krajów, w których ceny pompował i podtrzymywał wyż demograficzny. Japonia i Szwajcaria: image009Spróbujmy zinterpretować ten wykres.

Okres wzrostu cen: szybki i typowy dla bańki. Spadek cen: tu można zapewne posłużyć się opisowym sformułowaniem: „schody w dół” (podkreślmy, że dość długie). Przy czym każdy „schodek” (czasowe podtrzymanie cen, bądź nawet lekki wzrost) to najpewniej efekt zluzowania polityki kredytowej, ewentualnie interwencja państwa.

Na zasadzie analogii do powyższych przykładów można chyba napisać (jeśli nie to możecie krzyczeć w komentach), iż w kilkuletniej perspektywie kierunkiem dla nas jest południowy wschód. Bardziej obrazowo – można chyba przyłożyć polską kreskę gdzieś między japońską, a szwajcarską i dorysować sobie dalszą część. (Choć jeśli w RPP i KNF zgłupieją – to w międzyczasie można by jeszcze jakiś fikoł na cenach zobaczyć).

I tak jak zaznaczyłem wcześniej: w mojej opinii, czerwone lampki nad nieruchomościami mieszkaniowymi w PL nie zgasną aż w raportach, (na podstawie których robiłem wcześniejsze zestawienie) znów zobaczymy wskaźnik P/R w relacji:

  •  150-170 czynszów – dla większych polskich miast (szczególnie Warszawy)
  • 120-140 czynszów – dla pozostałych miast

Tu jednak kolejny raz podkreślam dyskusyjność owego założenia. [Doxa: historyczne dane wskazują, że współczynnik ten może spaść nawet w okolice 80. Wskaźnik na poziomie 120 wydaje się wysokim.]

Na zakończenie jeszcze mała uwaga. W niniejszym tekście, dla zobrazowanie okresów wysokich i niskich/normalnych cen nieruchomości posłużyłem się zapożyczonym od Cynika9 systemem „czerwonych” i „zielonych” lampek (tylko ideą – metoda jest “własnej produkcji” 😉 ). [Doxa: ten system oznaczeń przypomina mi Wałęsę i jego plusy dodatnie oraz plusy ujemne.]

Zauważcie jakim ciekawym przypadkiem są ludzie, którzy weszli w nieruchomości w „okresie zielonym”. Kupili za dobrą cenę. Zrealizowali ideę wolności finansowej dzięki wynajmowi mieszkań (i chwała im za to). Po czym – naganiają do inwestycji innych, ale już w „okresie czerwonym”… Argumentując, że: „no ale przecież nam się udało”…

OK. Jeśli ktoś jest dobrym specem to i przy „czerwonych lampkach” znajdzie odpowiednie okazje, wynegocjuje w banku jakiś dupochron oraz wyprowadzi inwestycje na dodatni cashflow. Problem jednak w tym, iż osób o takim potencjale nie ma wiele. A do nieruchomości (utożsamianych często z łatwym zarobkiem/spłacaniem kredytu przez najemców/lajtowym życiem itp.) niestety lgnie bardzo specyficzna grupa ludzi. I jakoś nie bardzo wierzę, że owe „bogate ojce” zrobią teraz dobry interes.

No ale cóż. Przy interesach z bankiem ludzkość wypracowała na przestrzeni lat kilka zasad, które Polacy łamią… I to nie skończy się dobrze.

Reguła 1. Kredyt bierz w tej walucie, w której zarabiasz.

Reguła 2. Nie bierz kredytów przy niskich stopach procentowych. [Doxa: dotyczy to systemów kredytów zmiennoprocentowych, w USA gdzie kredyty są stałoprocentowe bierze się je w okresie niskiego oprocentowania.]

Zasadności pierwszej reguły raczej tłumaczyć nie muszę. Zaś co do drugiej – prosta sprawa. Kredyty dobrze brać się przy wysokim poziomie stóp procentowych, a kończyć spłacać przy niskich. Jeśli ktoś daje rade obsługiwać wysoko oprocentowaną pożyczkę, lub jeśli w takiej sytuacji cashflow z inwestycji mu się elegancko spina – to tym lepiej poradzi sobie w okresie spadku stóp procentowych. Gorzej jeśli delikwent dopasuje chomąto przy niskich stopach, a one… pewnego pięknego dnia… jeszcze nie prędko… ale kiedyś…. zrobią fikołka…

No i tyle econ survivalu na dziś.

Ciężka sprawa  tymi nieruchomościami, ale może wspólnie do czegoś konkretnego tutaj dojdziemy 😉

Update:

Wskaźnik P/R dla największych polskich miast:

ceny transakcyjne mieszkań (X 2013) za: http://content.tabelaofert.pl/87260-/consulting/Raport%20Rynkowy-pazdziernik.pdf

ceny najmu za (V 2013, niestety nowszych nie ma): http://www.open.pl/news/zyski_z_wynajmu_duzo_wyzsze_niz_na_lokatach_i_obligacjach.html

Łódź

Kraków

Poznań

Warszawa

Wrocław

P/R

średnia: 200,41

4634/22,18

 208,92

6247 / 31,21

200,16

5741 / 27,14

211,53

7377 / 41,35

178,40

6114 / 30,11

203,05

Share This Post

Zabawa w „dorysuj ciąg dalszy”

[wpis gościnny]

Pochwalony. Bania z wami 😀

Okolicznościowa rozgrzewka :

I można jechać dalej.

Doxa i Cynik9 tradycyjnie, raz do roku wymieniają „uprzejmości” (patrz np: 1/2/3/4/5). Nic nowego. Za jakiś czas znowu będzie powtórka.

 A ja sobie ostatnio siadłem i popaczyłem na to:

rdr(więcej o krzywej Rodrigue’a: 1/2)

Przypomniało mi się, że w związku z powyższym strzeliłem ongiś taki oto pikczer:

baniagld(niezłe odwzorowanie co ? kliknij aby powiększyć)

 No a dzisiaj ukluło mnie się to:

 baniagld3

(kliknij aby powiększyć)

No i co by tu dorysować dalej, w miejsce znaku zapytania ?

A w sumie to, z biegiem czasu  “samo się dorysuje”.

Share This Post

Samoobsługowy wpis o rynku nieruchomości w Polsce

Wpis gościnny Seby. Jak dla mnie to nuda, ale zawsze miałem podejście filozoficzno-syntetyczne a nie analityczne. Może komuś przydadzą się te dane.

—————-

Cześć.

Od razu informuję, że wpis (a w zasadzie zbiór danych) jest nudny do niemożliwości (no chyba, że ktoś lubi buszować w cyferkach). Ale wrzucam go bo w sumie po co mam to chomikować. Może ktoś skorzysta i napisze jakąś przyzwoitą analizę o rynku nieruchomości w PL – z satysfakcją dla siebie oraz korzyścią dla innych. 😉

Można kopiować.

—————-

Myśl przewodnia:

[...] Fed needs more than a snapback; it needs soaring household spending to offset moribund business investment. And to do that, [...] Alan Greenspan needs to create a housing bubble to replace the Nasdaq bubble. [...]

Paul Krugman, Dubya’s Double Dip?, New York Times, 2 sierpnia  2002.

Continue reading Samoobsługowy wpis o rynku nieruchomości w Polsce

Share This Post

Info z Hong Kongu

Wpis gościnny.

——————–

Witam.

Mam nadzieje, że mój wpis z przygodą pewnej lokaty na Ukrainie, który był na blogu wiosną tego roku skłonił by zastanowić się nad bezpieczeństwem własnych oszczędności w banku. Na Ukrainie teraz się żartuje, że najlepiej trzymać pieniądze w dolarach i w “bankach”, najlepiej w 3 litrowych, bo więcej się zmieści. (Po ukraińsku “banka” to słoik, a jeszcze właśnie teraz zauważyłem podobieństwo słów bank i bańka). Z czasem przekonamy się że jak już trzymać w słoikach to prawdziwy pieniądz, którego nie podjada inflacja.

Dziś proponuje zajrzeć na inny, oddalony koniec świata. Poprosiłem koleżankę z Hong Kongu o odpowiedzi na kilka pytań przygotowanych przez autora blogu. Dość ciekawie, że Chińczycy maja swoją mapę świata, gdzie w centrum są Chiny, i na tej mapie to Europa j Stany są oddalonymi końcami świata. Stąd właśnie Państwo Środka.

Jess, która podzieliła się odpowiedziami, znam od 7 lat, poznałem ją w Polsce, przyjechała na wymianę studencką tak jak i ja, tylko z tą różnicą, że ja w Polsce zostałem a ona nie. Wróciła po zakończeniu 1 rocznej wymiany do Hong Kongu.

Całość została przetłumaczona z języka angielskiego, ale podejrzewam, że kiedyś jak nie my to nasze dzieci będą czytać swobodnie po chińsku.

Jess zaznaczyła, że nie jest obeznana z kwestiami ekonomicznymi, ale spodziewa się, że jej skromna wiedza pomoże ukazać co myśli średnio-statystyczny obywatel.

– Słyszałem, że książka ‘wojny walutowe’ jest bestsellerem w tej chwili. Czy ludzi zdają sobie sprawę, że subsydiują konsumpcje w Stanach Zjednoczonych? Mam na myśli, że Chiny kupują obligacje rządu Stanów, które nigdy nie będą spłacone.

J: Przede wszystkim, przejrzałam informacje o wojnach walutowych, aby się upewnić, że się rozumiemy i rozmawiamy o tym samym co mamy na myśli.

Wojna Walutowa

Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Currency_war

Wojna walutowa, znana jako konkurencyjna dewaluacja, jest sytuacją w stosunkach międzynarodowych, kiedy kraje konkurują przeciwko sobie, aby uzyskać relatywnie niski kurs wymiany własnej waluty. Jeżeli cena kupna pewnej waluty spada to również spada realna cena eksportu z takiego kraju. Import staje się droższy. Więc rynek lokalny a z nim i siła robocza zyskuje od wzrostu popytu z własnego i międzynarodowych rynków. Ale wzrost poziomu cen na importowane usługi i towary redukuje silę nabywczą obywateli. Taka polityka może spowodować podobną odpowiedz innych państw, co prowadzi do ogólnego zmniejszenia międzynarodowego handlu, niekorzystnie wpływając na każdy kraj.

Stany prowadza politykę konkurencyjnej dewaluacji od 2010 roku, wykorzystując różne instrumenty polityki, w tym państwowe interwencje, kontrola kapitału i niebezpośrednio luzowanie ilościowe (QE).

Dewaluacja może być atrakcyjnym rozwiązaniem na bezrobocie, kiedy inne opcji, takie jak zwiększone wydatki publiczne już nie dają efektów przez wysoki dług publiczny, lub kiedy kraj ma deficyt balansu płatności, który może być właśnie poprawiony przez dewaluacje.

Przyczyną dla preferencyjnej dewaluacji jest popularna wśród krajów, które się rozwijają ponieważ mając relatywnie niski kurs wymian waluty, pozwala im budować swoje walutowe rezerwy, które w przyszłości mogą chronić ich w przypadku finansowych kryzysów

Więc moim zdaniem, kiedy Stany Zjednoczone dewaluują swoja walutę przez luzowanie ilościowe, to my możemy wykorzystywać indeks dolara. (Indeks USD mierzy kurs dolara do koszyka walut EUR, JPY, GBP, CAD, CHF i SEK)

Odpowiedz proszę na pytanie: …”że obligacji rządu Stanów, nigdy nie będą spłacone”.

J: Nie zgadzam się. Obligacje Stanów Zjednoczonych będą spłacone dolarem amerykańskim. Z drugiej strony dolar amerykański nie będzie zawsze dewaluowany do innych walut, bo to nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych. Możesz zobaczyc że ostatnio dolar amerykański umacnia się przez ostatnie kilka lat… No i QE będzie zaprzestane w Polowie 2014…

– Czy myślisz że w Chinach jest bańka na rynku nieruchomości jak w wielu państwach przedtem? Jeżeli tak, to czy w przyszłości może być z tym problem, w postaci zbankrutowania banków i recesja?

J: Tak, słyszałam że w Chinach jest bańka spekulacyjna na nieruchomościach, ale nie mam swojego zdania na ten temat, musze przeanalizowac sytuacje aby moc powiedzieć własne zdanie.

– Czy macie więcej wolności w Hong Kongu niż ludność na kontynentalnej części?

J: Myślę że tak…. Słyszałam, że obywatele w PRC [Chińska Republika Ludowa] nie mogą wykorzystywać facebook. W HK my jesteśmy wolni na glos mówić własne opinie o rządzie, o społeczeństwie …

–  Czy zauważasz/słyszysz o emigracji z Europy/Stanów do Chin? Słyszałem, że to jest pomysłem aby uniknąć ryzyka bezrobocia w tych krajach.

J: Tak słyszałam o tym, ale raczej się z tym nie zgodzę. Moim zdaniem nie jest to liczba, która mogła by mieć jakieś znaczenie.

– Czy inwestowanie w złoto/srebro jest rozpowszechnione?

J: Większość banków w HK oferują rachunki papierowego złota dla klientów do inwestowania. Srebro jest mniej popularne niż złoto. BOC [Bank of China] rozpoczął oferować rachunki papierowego srebra.

W przeszłości, inwestorzy myśleli, że cena złota powinna rosnąc z upływem czasu. Ale w 2012 roku, cena złota spadla i ludzi zrozumieli, że złoto jest produktem inwestycyjnym, czyli może przynosić straty.

p.s. Wspominam sobie Polskę, wspominam sobie stąd naprawdę niezapomniane chwile.

Z poważaniem,

Czytelnik bloga.

Share This Post