Monthly Archives: February 2015

Węgiel, czyli mydlenie oczu

Interesujący jest fakt, że partie proekologiczne (zieloni) nie mają w Polsce żadnego poparcia społecznego. Po prostu Polacy mają gdzieś środowisko w którym żyją. Lasy są pełne śmieci, dzika zwierzyna została wymordowana, jeziora są pełne ścieków, a powietrze pełne dymu. Najwyraźniej większość społeczeństwa nie czuje z tego powodu dyskomfortu, nie mają wrażenia, że obniża im to jakość i długość życia. Pod tym względem Polaków dzieli niewiele od jaskiniowców, którzy po prostu srali tam gdzie akurat przyszła im ochota, resztki żywności rzucali pod nogi i wypalali ten kawałek puszczy na który mieli ochotę. 

Politycy w Polsce, wbrew pozorom, nie są debilami. W społeczeństwie są różne interesy, często ze sobą sprzeczne. Na przykład jest interes rolników i prywaciarzy by płacić jak najmniejsze podatki – wygrywa ta grupa, która silniej potrafi się przeciwstawić rządowi. Gdyby to przedsiębiorcy palili opony co tydzień przez Sejmem i głosowali na własną partię polityczną, to mieliby ZUS na poziomie 50 zł miesięcznie, a rolnicy płaciliby po 1000 zł miesięcznie.

Podobnie jest z ochroną powietrza. Polacy mają w dupie to, że zdychają o 2-3 lata szybciej tylko dlatego, że oddychają syfem. Nie przeszkadza im to. Podobnie jak nie zastanawiają się co zrobić, żeby syfem nie oddychały dzieci, by nie dostawały wszelakich odmian raka. Lepiej oddać parę złotych na WOŚP, sumienie jest wtedy uspokojone, i dalej można szuflować śmieci do kotła i truć dzieciaki sąsiada. I co gorsza Kopacz, która jest lekarką kompletnie wydaje się ignorować sytuację, która ma miejsce. Nie do wiary, jak można nisko upaść dla nasycenia się władzą.

Skoro wobec tego rząd nie czuje presji żeby coś z tym zrobić to idzie na rękę górnikom, czyli towarzystwu mocnym w pysku. Dlatego właśnie nie zabrania się ogrzewania domów węglem, dlatego opowiada się bzdury jak to polski węgiel jest fundamentem bezpieczeństwa energetycznego. Otóż polski węgiel jest fundamentem nieefektywnej gospodarki rodem z 19 wieku i jest fundamentem trucia dziesiątków milionów ludzi.

Rządzącym UE nie mieści się w głowach jak można być taką dziczą. Patrzą z pogardą i strachem na Polskę. Jak można być takim kretynem, żeby się truć nawzajem? Wobec tego poczyniono pewne kroki by wymusić na rządzie rozwiązanie problemu dymów. Postawiono ultimatum – albo plan podejmowanych działań naprawczych albo Trybunał i 4 miliardy złotych kary.

I co polski rząd na to? Gówno. Polski rząd nie ugnie się przez jakimś tam naciskiem UE. Plan jest prosty – przygotuje się taką samą ustawę jak o upadłości konsumenckiej – całkowicie martwą. Napisze się, że samorządy będą mogły ograniczać stosowanie paliw stałych – oczywiście żaden samorząd tego nie zrobi. Zabroni się sprzedawania paliw kiepskiej jakości – oczywiście na 1 certyfikowaną dostawę paliwa wysokiej jakości składy węgla będą sprzedawać 100 dostaw syfu. No i najpiękniejsza cześć fiskalna – wprowadzi się opłaty ekologiczne od samochodów. Od lat kolejne rządy próbują walczyć z importem tanich używek, teraz będzie opłata ekologiczna bijąca w rzęchy, choć za smog odpowiadają one może w 5-10%.

Rozwiązanie jest w zasięgu ręki. Mam od ręki plan lepszy od tego, co z wielkim wysiłkiem jest w stanie wydusić z siebie Kopacz:

– wycofanie ze sprzedaży tradycyjnych kotłów węglowych na rzecz kotłów na ekogroszek (tyglowe/retortowe)

– obniżenie VAT do 8%  na kotły gazowe

– łapanki na kierowców poruszających się w pojazdach z uszkodzonymi katalizatorami – 500 zł mandatu minimum

Share This Post

Straż

Dawno temu byłem menadżerem dużego sklepu, na terenie którego były mniejsze czy większe stoiska handlowe. Uczyłem się wtedy jak działa w praktyce obrót gospodarczy, jak działa aparat państwowy, jak się robi biznes. Pewnego dnia pojawił się smutny pan i zakomunikował, że jest strażakiem i ma wielką ochotę przeprowadzić kontrolę bezpieczeństwa ppoż w tym obiekcie. Oczywiście kontrola wypadła negatywnie, wobec czego smutny pan zostawił mandat i listę uchybień do usunięcia. Co ciekawe, mandat obciąża osobę odpowiedzialną za zaniedbania i nie może być pokryty przez pracodawcę. Smutny pan pojawił się ponownie po 2 tygodniach, obejrzał usunięte uchybienia i nałożył kolejny mandat za kolejne ujawnione uchybienia. Już przy trzeciej wizycie zorientowałem się, że trzeba zmienić front i zapytałem, czy nie zna przypadkiem kogoś, kto zajmuje się przygotowywaniem obiektów handlowych do wymogów ppoż. Pan się ucieszył i oświadczył, że po pracy zajmuje się właśnie tego typu usługami. Przygotował duże opracowanie, wziął kopertę, po jakimś czasie obejrzał wprowadzone zmiany i potem na długie lata miałem spokój ze strażą.

Obecnie wynajmuje niewielki lokal we Wrocławiu. Od pewnego momentu widzę postępujące zmiany w zabezpieczeniu ppoż. Najpierw pojawiło się parę gaśnic. Potem oznakowano drogi ewakuacyjne. Po kolejnych paru tygodniach wyremontowano hydranty. A potem nagle doprowadzono budynek do wysokiego poziomu zabezpieczenia ppoż instalując nawet oddymianie i drzwi przeciwpożarowe. Widzę, że i we Wrocławiu intensywnie pracują smutni panowie, z tym że fal zmian było cztery, zatem zarządca nieco później niż ja zrozumiał zasady toczącej się gry.

Tak właśnie działa państwo polskie. Służy ono do systematycznego szykanowania obywateli. Nie trzeba nawet prowadzić biznesu, wystarczy spróbować zrobić prawo jazdy. Urzędników państwowych różni od urzędników Gestapo to, że lepiej mówią po polsku. Dowodem niech będzie niedawny wyciek rządowego kwitu, nakazujący eksterminację podatników zwiększenie wpływów budżetowych za wszelką cenę, pod groźbą położenia głowy pod topór zwolnienia. To oczywiste, że skoro ktoś płaci 1 000 zł podatku miesięcznie to ma środki, żeby zapłacić 2 000 zł. Ktoś, kto płaci 10 000 może zapłacić 20 000 zł. Nie ma mowy, że płacąc milion miesięcznie podatnik zapewnia sobie spokój, raczej trzeba spodziewać się kontroli sprawdzającej czy nie ma jeszcze jednego miliona. To są metody gangsterskie. Tak jak przy szantażu ofiara płaci najpierw raz, a gdy szantażysta poczuje pieniądze zaczyna płacić coraz więcej i więcej. W świetle powiększającej się dziury budżetowej wynikającej z ZUS, braku możliwości kolejnej kradzieży OFE, powolnego zbliżania się do progów bezpiecznościowych Fiskus będzie coraz bardziej zdesperowany. Niedługo wróci domiar i płacenie podatków nie za to, że skarbówka coś znalazła, ale za to, że na tle powszechnej nędzy ktoś wygląda mniej nędznie.

Miałeś chamie złoty róg […] ostał ci się ino sznur. Tak, Polacy nie są zbyt dobrym materiałem na sprawnego gospodarza, a urzędnicy są przecież solą tej ziemi. W normalnych krajach przedsiębiorców i obywateli urzędnicy traktują jak dobry rolnik pole czy dobry rybak morze. Zbiera się tyle, by ekosystem był w stanie się zregenerować. W Polsce jest jak za caratu – wpadają Kozacy z nahajkami i rabują, nie przejmując się tym, czy obywatel przeżyje czy zdechnie z głodu. A obywatele w dzisiejszych czasach w dużej mierze potrafią czytać, część z nich potrafi nawet obsługiwać skype. Dowiedzieli się już jakie są zasadnicze różnice między byciem poddanym Jej Królewskiej Mości, a byciem poddanym Tuska i jego koleżaneczki Kopacz. Ludzie nie lubią chodzić na wybory, bo mają małe poczucie wpływu na rzeczywistość. Lubią natomiast głosować nogami, bo to głosowanie wpływa na ich życie. I dlatego tyle ludzi już oddało głosy na królową brytyjską i wciąż napływają nowe głosy.

Share This Post

Jak ewakuować złoto

Wiele osób traktuje złoto jako pewnego rodzaju polisę. W razie wojny złoto zachowuję siłę nabywczą, a papierowe banknoty mogą służyć najwyżej jako podpałka. Historia pokazała to nie raz i na pewno nie raz jeszcze pokaże, nieważne ilu głupców dziś gardłuje ‘złota nie zjesz’.

Złoto ma tą niekorzystną cechę, że jest łatwo wykrywalne. Każda rewizja ujawnia monety lub biżuterię, podobnie jak prześwietlenie bagażu lub przejście przez bramkę wykrywającą metal. Skończyły się czasy, gdy można było zaszyć złote monety w podszewce płaszcza. Ma to krytyczne znaczenie, bo w razie wojny głównym celem każdej placówki kontrolnej na trasie ewakuacji jest odcedzenie uciekinierów z wszystkiego, co ma jakąś wartość.

Rozwiązaniem jest posiadanie diamentów, które są niemetaliczne, a więc niewykrywalne. Niestety spread (różnica między ceną kupna a ceną sprzedaży) na diamentach jest o wiele większy niż w przypadku złota. Dziś przepis na uczynienie złota niewidzialnym.

Ciąg dalszy dla zarejestrowanych czytelników.

Dodaj do koszyka

Wykonanie takiego zestawu znajduje się w zakresie możliwości działu jubilerskiego firmy 79th Element. Koszt wykonania zamyka się na poziomie 5% powyżej ceny złota, czyli na poziomie cen typowych dla uncjowych krugerrandów. Ilość złota, którą można ukryć w ten sposób to 500-1000 gram.

Share This Post

Pobór do wojska

Kolejna konferencja pokojowa właśnie zakończyła się sukcesem. To nic, że poprzednia konferencja zwołana w tej samej sprawie okazała się fiaskiem. Mówią nam, że tym razem będzie inaczej. Jakoś w to nie wierzę.

W rosyjskiej TV5 pokazano, że w ciągu doby rosyjskie czołgi mogą być w Warszawie. Faktem jest, że czerwona armia rosyjska od miesięcy nie potrafi sobie poradzić z ukraińskimi ochotnikami wyposażonymi w kałachy, wobec czego tak szybko im nie pójdzie. Ale faktem jest również to, że wszyscy zbrodniczy dyktatorzy jasno i wyraźnie zapowiadali swoje plany podbojów. Hitler nie ukrywał chęci podboju nie tylko Europy, ale również całej Rosji. Skoro teraz Putin zapowiada w swoich mediach, że ma zamiar podbić Europę – ja mu wierzę.

Polska powinna przygotowywać się do wojny obronnej. Zobaczymy jak Putinowi pójdzie z Ukrainą, ale ważniejszym wskaźnikiem będą kraje nadbałtyckie. Jeżeli zobaczymy tam zielonych ludzików, a potem ich nowowybrane parlamenty zagłosują za wyjściem z UE i za wejściem w skład Federacji Rosyjskiej, to będziemy wiedzieć, że zostało nam bardzo, bardzo mało czasu. My będziemy następni.

Wiadomo, Polska jest jaka jest. Brak możliwości normalnego życia i zepsuta klasa rządząca wygnała miliony ludzi za granicę. Wszyscy mają Polski serdecznie dość. Tak samo było w 1939, gdy ludzie widzieli dostatek innych krajów i wielką biedę w Polsce, i nie chcieli bronić takiego ustroju. Ale trzeba pamiętać, że innej Polski nie mamy. Może jest ta Polska ciasna, ale własna.

Miliony naszych rodaków oddało życie za to żeby Polska istniała i jeżeli nie chcemy znowu być ludźmi bez własnego kraju, mordowanymi przez okupanta, to musimy się bronić. Mamy duże szanse – w 1920 nam się udało. A skoro teraz wspomniani Ukraińscy cywile też dają sobie radę, to i my możemy zwyciężyć.

Proponuję szereg działań, które mogą umożliwić nam wygraną. Ich stopniowe wdrażanie musi być skorelowane z krokami podejmowanymi przez Rosję. Najpierw konieczny jest plan, a gdy agresja reżimu Putina będzie narastać plan będzie stopniowo realizowany.

Potrzebna jest akcja ochotniczego przysposobienia wojskowego, kierowana do ludzi w wieku 18-40 lat obu płci. Potrzebna nam każda osoba zdolna do noszenia broni. Optymalnie kurs taki trwałby w ciągu 2-3 miesięcy lata, gdy akademiki i szkoły są puste. Jest to wystarczający okres by przysposobić obywateli/ki do posługiwania się bronią osobistą i funkcjonowaniem w ramach swojego oddziału. Na tym etapie należy wyselekcjonować wyróżniających się kadetów do kształcenia specjalistycznego, na przykład na strzelca wyborowego, obsługę ATGM, itp. Duży nacisk należy położyć na przekazanie podstaw konspiracji i sabotażu, gdyby jednak konieczna okazała się walka w warunkach partyzantki miejskiej.

Udział w takim kursie byłby wynagradzany. Lepiej zachęcić obywateli niewielką kwotą pieniężną niż pakować środki finansowe w idiotyzmy, których nigdy nie wykorzystamy. Przykładem takiego marnotrawstwa niech będzie pakowanie miliardów złotych w marynarkę wojenną, która dziś będzie nam tak samo potrzebna jak marynarka w 1939.

Konieczny będzie właściwy PR. Posadzić Gustlika z Jankiem na Leoparda i niech mówią do kamery, że każdy może być jednym z czterech pancernych. Im większy viral tym lepiej. Mamy w Polsce speców od reklamy proszków do prania – niech zrobią choć raz w swoim życiu coś pożytecznego.

Morale rosyjskiego wojska jest tradycyjnie kiepskie. Mało kto z nich chce ginąć za Putina. Trzeba zachęcić ich do dezercji.  Należy ogłosić, że każdy dezerter po wojnie będzie miał prawo do osiedlenia się wraz z rodziną w UE. Za każdą przyniesioną jednostkę broni należy wypłacać wynagrodzenie. Za czołg czy samolot płacić po milionie złotych, zamalować tylko sierp i młot naszą szachownicą i z powrotem na front, już jako nasze wyposażenie.

Należy dogadać się z NATO. Stawiamy sprawę jasno – wiemy, że w razie czego możemy liczyć tylko na wsparcie lotnicze i nie żądamy wsparcia lądowego. W zamian żądamy zdeponowania na terenie Polski zapasów sprzętu i uzbrojenia, formalnie należącego do NATO, ale do wykorzystania przez naszą armię w czasie wojny.

Mamy podobno jakiś tam wywiad. Niech ustalą czy można zabić Putina, na przykład w czasie podróży czy urlopu. Niech zastanowią się, czy jest możliwy scenariusz, w którym zielone ludki pokazują się w Białymstoku, a w odpowiedzi nieoznakowany MIG29 wykonuje nalot na daczę pod Moskwą. Fakt, że przy zasięgu maksymalnym 2100 km byłaby to misja samobójcza nie ma znaczenia, skoro utrata jednego czy kilku samolotów kończyłaby wojnę.

Najważniejsze, że musimy wyciągnąć lekcję z tego nieszczęścia, jakim był Wrzesień 1939. Przyczyną klęski była armia, która jedyne co potrafiła bronić to własne status quo, ale nie potrafiła chronić granic. Tym razem ma być inaczej. Obywatele mają być przeszkoleni i mają mieć broń wydaną natychmiast w chwili zagrożenia. Dość słuchania kretynizmów, że profesjonalne wojsko będzie nas najlepiej bronić, a wydanie broni z magazynów skutkować będzie wypadkami, więc lepiej niech nas Rosjanie rozjadą czołgami. Profesjonalna armia jak zwykle pryśnie w las i przez granice, łącznie z wszystkimi tymi super-komandosami w kominiarkach. Jedyną szansą jest duża, powszechna armia.

Szczególną uwagę zwrócić należy na żołnierzy zawodowych i oficerów rezerwy (roboczo nazywajmy ich trepami). Wielu z nich ma duży sentyment do Rosji. Są to zwykli zdrajcy, którzy całe swoje życie oparli na służbie okupantowi. Inni swoją rolę wyobrażają sobie jako coś w rodzaju pracy urzędnika, pracującego w godzinach 7-15. Tymczasem trepy mają być strukturą służącą do wchłonięcia ochotników. Trep nie ma skupiać się na badaniu jak poborowy pościelił łóżko. Trep ma wziąć grupę wstępnie przeszkolonych poborowych, utworzyć z nich zgraną i zmotywowaną grupę bojową i zabić jak najwięcej Rosjan.

Hejterzy mają rację – jestem zupełnie nieznaczącym blogerem. Mogę sobie pisać co chcę, a i tak nie mam żadnego wpływu na zapadające decyzje i na bieg wydarzeń. A szkoda, bo wraz z pewną grupą osób moglibyśmy w ciągu roku utworzyć sprawną armię mogącą obronić kraj. Jest duża szansa, że obecna ekipa władająca krajem będzie opisywana wraz z Sanacją na tych samych kartach podręczników historii, jako przykład grupy  uzurpującej sobie bycie elitą, w rzeczywistości będąc bandą, która doprowadziła do utraty niepodległości.

Share This Post

Złote monety inwestycyjne

Dziś kolejny dzień zastępstwa Goldbloga. Wczoraj w sposób ostateczny rozprawiliśmy się z przesądami na temat inwestowania w kruszce. Skoro już wiemy, że krugerrand 1 oz to niekoniecznie najlepsza opcja rozpocznijmy naganianie na to co zalega mi na magazynie wyjaśnienie, jakie inne ciekawe opcje posiada inwestor.

Krugerrand 1/2 oz sprzedawany jest 9% powyżej spot. Tymczasem moneta złota 200 złotych sprzedawana jest z premium wynoszącym tylko 4%. Przeliczając to na “dzisiejsze pieniądze” na zakupie 200 złotówki jest się do przodu 200 papierowych złotych. Co więcej, 200 złotówka jest wykonana o wiele bardziej precyzyjniej i ładniej niż półuncjowy krugerrand i ma wiele ciekawych motywów, nie jest taka nudna jak wciąż ten sam krugerrand. Emisja wynosi zwykle tylko 10 000 sztuk, więc jest też pewien niewielki potencjał do kolekcjonowania tych monet. W kwestii rozpoznawalności także nie jest źle – w Polsce są to popularniejsze monety niż półuncjowe krugerrnady. No i najciekawsze – jest to jedyna moneta inwestycyjna, która była sprzedawana w fabrycznym kapslu, w etui, z certyfikatem tak pożądanym przez niektórych inwestorów.

Innym przykładem jest krugerrand 1/10 oz sprzedawanym z 20 % premium w porównaniu z monetą dukat sprzedawanym z 5% premium. Proszę zwrócić uwagę, że dukat zawierający 3,44 gram złota jest tańszy niż krugerrand zawierający 3,1 gram złota. Na różnicy w premium przy zakupie dukata oszczędza się około 70 zł. Dodatkowo dukat (i czworak) jest wyprodukowany z bardzo cienkiej blaszki, co utrudnia życie fałszerzom. Nie da się w tak cienką monetę nic wsadzić, a bicie jest bardzo trudne technologicznie – fałszerzom awers przebija na rewersie, co od razu wyłapuje oko kupującego.

Ciąg dalszy dla zarejestrowanych czytelników.

Dodaj do koszyka
Share This Post

10 mitów o inwestowaniu w kruszce

Czasem brakuje mi Łukasza, który prowadził GoldBloga. Brakuje w polskim Internecie rzeczowych treści o inwestowaniu w kruszce. Muszę uświadamiać ludzi na ten temat zamiast skupić na sprawach istotnych, takich jak medal dla szefa Trybunału Konstytucyjnego za spolegliwość wobec obcego państwa. Ciekawe co by było, gdyby facet orzekał korzystnie na rzecz Rosji i dostał medal od Putina. Inne tematy które muszę pominąć to głosowanie bandy hipokrytów za biciem kobiet czy kwestia faceta tak popapranym umysłowo, że jego własny przywódca religijny (papież) wydaje mu się zbyt liberalny, co powoduje, że posuwa się do wyzwisk pod jego adresem. Zamiast tego dziś będzie dziś o 10 najczęstszych przesądach dotyczących inwestowaniu w kruszce.

1a. Należy kupować tylko monety uncjowe, bo premium jest najniższe. Nieprawda. Premium w monetach uncjowych wynosi około 5% – u mnie w sklepie jest mnóstwo monet 3% i 4% ponad spot.

1b. Nie warto kupować monet 1/2 oz i mniejsze, bo premium są bardzo wysokie. Nieprawda. Można kupić monety mniejsze niż uncja również w cenie 3% i 4% ponad spot. Bardzo popularną monetę 1 funt (suweren) o zawartości złota prawie 1/4 oz można kupić z premium 4%, gdy współcześnie produkowane monety 1/4 oz mają premium od 15 % do 20%.

2. Należy kupować tylko Krugerrandy, bo są najłatwiej rozpoznawalne. Głupi przesąd. Rozpoznawalne gdzie? Tłuszcza na ulicy i tak nikt nie rozróżnia krugerranda od czekoladki w kształcie monety – tego nauczą się dopiero przy kolejnym upadku złotówki. Monety najkorzystniej jest odsprzedać dilerowi – a taki doskonale potrafi wycenić monetę, niezależnie od tego czy moneta jest jednym z milionów krugerrandów czy monetą kolekcjonerską z Fiji.

3. Należy kupować tylko srebro, bo srebro ma większy potencjał wzrostu cen i będzie droższe od złota. Bzdet. To są tylko spekulacje nie poparte żadnymi faktami, być może są to echa naganiania producentów sztabek srebra na ich zakup. Srebro jest metalem pozyskiwanym w dużej mierze ubocznie przy wydobyciu miedzi czy ołowiu. Będzie produkowane nawet wtedy, gdy jego cena spadnie do 1 $ / oz. W przypadku złota spadek cen jest powstrzymywany kosztami wydobycia – poniżej pewnej ceny kopalnie się zamyka. Poza tym trend trwający od setek lat wskazuje do osłabiania się srebra wobec złota – aby kupić 1 oz złota trzeba sprzedać coraz więcej oz srebra. Nie widzę żadnych przesłanek by się to miało zmienić i to tak gwałtownie, jak naganiacze zapowiadają.

4. Sztabek trzeba unikać, bo mogą być sfałszowane wolframem. Jasne, a banknoty wypłacone z bankomatu mogą być fałszywe. Faktem jest, że monety mogą być tak samo fałszowane jak sztabki. Wszystko jest możliwe, jest tylko kwestia prawdopodobieństwa. Po to jednak kupuje się produkty inwestycyjne u renomowanego sprzedawcy by takie ryzyko zminimalizować. Nie należy popadać w paranoje.

5a. Platyny należy unikać, bo jest trudniejsza do zbycia. Nieprawda. Platyna jest tak samo zbywalna u dilera jak każdy inny metal szlachetny. A na ulicy i tak platyny nie kupi, tak samo jak nie kupi uncjowej monety złotej.

5b. Platyny należy unikać, bo są spread jest większy niż na złocie. Nieprawda. Platyna u poważnego dilera jest skupowana z takim samym dyskontem jak złoto.

6a. Skoro się już płaci tyle pieniędzy trzeba zawsze żądać najnowszych roczników. Nieprawda. Załóżmy, że dziś kupi się dwie monety, jedną (taniej) z 2010 a drugą (drożej) z 2015. Sprzeda się je po 5 latach – obie będą ‘stare’. Pieniądze wydane ekstra na to by moneta była z bieżącego roku są zmarnowane.

6b. Skoro się już płaci tyle pieniędzy trzeba zawsze żądać stanów  menniczych monet. A co to jest stan menniczy? Monety inwestycyjne to nie są monety numizmatyczne. Bulionówki są bite w milionach sztuk rocznie i bardzo często przychodzą prosto z mennicy z niewielkimi uszkodzeniami czy skazami. Oczekiwania na całkowicie perfekcyjne wykonanie bulionówek jest zwyczajnie absurdalne.

7. Złoto będzie zarekwirowane. Bzdura powtarzana przez zawistników bez grosza. To byłaby dla nich satysfakcja, gdyby “Żydów” znowu ktoś obrabował. Tymczasem nic na to nie wskazuje, szczególnie w Polsce. Przeprowadzenie rekwizycji wymaga zaangażowania zasobów ze strony państwa. Trzeba skierować do tego zadania urzędników i policję, a to kosztuje. W Polsce jest bardzo mało złota inwestycyjnego. Mogłoby się okazać, że akcja rabunku kosztowałaby więcej niż uzyskane złoto. Miało to duży sens w USA, gdy monety obiegowe były ze złota i w grę wchodziły tysiące ton kruszcu. Współcześnie w Polsce są prostsze i tańsze metody dla zdesperowanego rządu. Obstawiam, że będzie to opodatkowanie nieruchomości, co nic nie kosztuje (dane są już w komputerach) i przyniesie miliardy dochodu łatwego do egzekwowania.

8. Złoto trudno jest odsprzedać – złotem się nie najesz. Nieprawda granicząca z głupotą. Złoto ma ogromną płynność – każdą ilość można sprzedać w dowolnym momencie. Literatura wskazuje na to, że w przeszłości bywało tak, że złoto było jedyną rzeczą, którą można było wymienić na żywność. Tymczasem papierowe waluty mają to do siebie, że potrafią nagle zamienić się z medium wymiany na numizmaty bez żadnej wartości i to w ciągu jednej nocy. To raczej papierem nikt się nie naje.

9. Należy tylko dokonywać zakupów anonimowych, za gotówkę. Prawda, jeżeli jesteś gangsterem. Normalny obywatel nie ma się czego obawiać. Ryzyko upadku dilera lub utracenia przesyłki można zminimalizować – wystarczy zamawiać po jednej uncji na raz. Kupowanie przez Internet jest tańsze niż u dilera stacjonarnego, który musi opłacać czynsze, ZUSy itp. Ryzyko zarekwirowania na podstawie danych bankowych jest na tą chwilę zerowe – a banki nie przechowują danych o przelewach dłużej niż 5 lat. Kompletnie paranoiczne jest obawianie się, że ktoś zapuka z żądaniem wydania zakupionego złota – przecież od zakupu upłynął jakiś czas, w czasie którego złoto można było sprzedać albo podarować najbliższej parafii celem sfinansowania zakupu nowych dzwonów.

10. Do monety powinien być dołączony certyfikat. Bzdura obliczona na początkujących inwestorów. Nie przez przypadek mennice nie dostarczają certyfikatów, tylko robią to co cwańsi dilerzy. Moneta nie ma numeru i nie jest powiązana z danym certyfikatem. Ktoś po drodze może podmienić krugerranda na kamień i co wtedy? Każda rozgarnięta osoba kupująca daną monetę wyrzuca certyfikat do śmieci i bada monetę tak, jakby była bez certyfikatu. Jest absolutną naiwnością liczenie, że certyfikat coś gwarantuje lub że ułatwi późniejszą odsprzedaż.

Skąd się biorą wszystkie te przesądy? Stąd, że dużo treści w sieci jest tworzone przez gimbazę. Choć nie mają żadnego doświadczenia to mają dużo do powiedzenia. Inni czytają te bzdety i nie potrafią rozróżnić, czy autorem jest gimbaza, czy może ekspert. Oczywiście tego co mówi diler nikt nie bierze na poważnie – wiadomo – “nagania”… Najlepiej to zjawisko obrazuje poniższa grafika:

8169906287_ae19c2e85f_zBardzo proszę o niepopadanie w paranoje i traktowanie treści z Internetu z ograniczonym zaufaniem.

Share This Post

Wywiad – Maciej Buchaniewicz

Rozmawiamy z Maciejem Buchaniewiczem, założycielem Mennicy Wrocławskiej oraz Prezesem Zarządu OtoZloto.pl sp. z o. o.

W jaki sposób zainteresował się Pan metalami szlachetnymi?

Moje zainteresowanie metalami szlachetnymi rozwijało się dwutorowo. Już jako 8-letni chłopiec interesowałem się monetami i numizmatyką. Z czasem „zbieractwo” przerodziło się w pasję, a przypadkowo gromadzone monety zastępowałem w coraz bardziej świadomy sposób selekcjonowanymi egzemplarzami. Siłą rzeczy doprowadziło mnie to do skupienia uwagi na złotych i srebrnych numizmatach. Niezależnie od tej pasji, około 10 lat temu zacząłem interesować się austriacką szkołą ekonomiczną oraz liberalnymi i wolnorynkowymi modelami ekonomicznymi. Stąd już niedaleko do połączenia obu tych płaszczyzn, zainteresowania się ideą pieniądza w ogóle, a w szczególności metalami szlachetnymi, które w moim odczuciu jako jedyne stanowią prawdziwy pieniądz.

Jak wyglądała Pana ścieżka kariery w branży metali szlachetnych?

W 2008r. założyłem wraz z moimi wspólnikami serwis aukcyjny dedykowany monetom i numizmatom (była to pierwsza tak zaawansowana platforma w Polsce), który następnie wyewoluował do specjalistycznego centrum dystrybucji metali szlachetnych, co było naturalną konsekwencją aktualnych trendów na rynku i oczekiwań naszych użytkowników i klientów. Tak powstała Mennica Wrocławska Sp. z o. o., której miałem przyjemność i zaszczyt być pierwszym prezesem przez ponad dwa lata. Wspominam ten czas jako okres dużych wyzwań i sukcesów – przez ponad 2 lata ciężkiej pracy wypracowaliśmy pozycję jednego z trzech największych dystrybutorów metali szlachetnych w Polsce. Ale ważniejsze jest chyba to, że udało nam się zaszczepić w ludziach poczucie, że złoto nie jest dla wybranych i że każdy może zabezpieczyć swoje oszczędności poprzez inwestowanie w złoto.

Ciąg dalszy dla zarejestrowanych czytelników.

Dodaj do koszyka
Share This Post

Biżuteria

Od jakiegoś czasu interesuję się złotem w formie biżuteryjnej. Wyroby jubilerskie mają w sobie co najmniej tyle piękna, co monety. Mamy nasz własny sklep w ofercie którego jest biżuteria z diamentami, współpracujemy również z kilkoma artystami, czasem produkującymi dla nas biżuterię na zamówienie. Jeden z nich, p. Zieliński, posiada nie tylko talent jubilerski, ale jak się okazuje również fotograficzny. Oto świeża fotka, która bardzo przypadła mi go gustu.

DSC_7194Monety na zdjęciu są tam nie przez przypadek. Tak kończą wszystkie monety, które nie znajdują nabywcy – trafiają do tygla bezlitosnych jubilerów. O tym będzie niedługo wpis, jak tylko poradzę sobie z kilkoma wywiadami.

Share This Post

Kredyty hipoteczne a stopy procentowe

Od wielu lat alarmuję, że kredyty hipoteczne to bomba z opóźnionym zapłonem. Przedsmak mieliśmy właśnie w przypadku frankowiczów, ale główna atrakcja wieczoru to kredyty w złotówkach, o jak wiadomo zmiennym oprocentowaniu. Już we wpisach sprzed paru lat ostrzegałem, że stopy procentowe mogą gwałtownie wzrosnąć, co pociągnie wzrost oprocentowania kredytów i wzrost rat miesięcznych. Zanim się znudziłem potrafiłem rozmawiać z “doradcami klienta” na ten temat. Dużą przyjemność sprawiało mi słuchanie ich baraniego śmiechu, patrzenie w te bezrefleksyjne ślepka i słuchanie wypowiedzi typu “panie, taka możliwość jest niemożliwa”.

Tymczasem w Wyborczej pojawił się pierwszy materiał na ten temat, ukazujący takie ryzyko. Czarny scenariusz wskazywany przez autora mówi o mocnym wzroście gospodarczym, szoku naftowym czy krachu i ucieczce kapitału do USA. To możliwe scenariusze, ale jest inny, nie tylko możliwy, ale bardzo prawdopodobny. To wybuch polskiej bomby demograficznej. Nieuniknione jest, że nasze społeczeństwo zacznie się starzeć, rząd będzie musiał coraz więcej wydawać na emerytury i służbę zdrowia. Gdy wyczerpią się metody zwykłego rabunku, zacznie się dodruk pieniądza. O takiej opcji mówił już prezes NBP, na razie nieoficjalnie, przy ośmiorniczkach, ale już wkrótce dowiemy się o tym na konferencji prasowej. Spowoduje to inflację, która zmusi NBP to podniesienia stóp procentowych. Raty kredytów wzrosną, a ceny mieszkań będą trzymać się nisko, co wynikać będzie z niskiego popytu na tego typu dobra w społeczeństwie zdominowanym przez biednych staruszków.

Czy wobec tego należy się bać kredytów? Absolutnie nie. Za niespłacony kredyt nie idzie się do więzienia, co najwyżej zaczyna się żyć w szarej strefie albo na emigracji. Co więcej, gdy 1 kredyciarz nie płaci to ma on problem. Gdy nie płaci ich milion, to problem mają oddziały zagranicznych banków w Polsce i finansowani przez nich politycy. Po nerwowych ruchach wykonywanych ostatnimi czasy przez rząd i banksterów widać wyraźnie, że zwieracze powolutku im puszczają. Gdy stopy procentowe pójdą na 10%, w prasie będą smutne foteczki kredyciarzy, a na ulicach zaczną się zbierać tłumy protestujących, wtedy gacie będą musiały być bardzo często zmieniane.

Share This Post