Monthly Archives: October 2012

Bezrobocie

Ten blog powstał, gdy na hasło ‘będzie ciężki kryzys’ odpowiadał mi jedynie barani rechot. Potem coraz więcej się mówiło, że kryzysu nie będzie. Później, że jednak był, ale już się właśnie przed chwilą skończył. Generalnie, kiedy by nie posłuchać mediów głównego nurtu i niezależnie od kraju – panuje głęboki urzędowy optymizm, mniej więcej taki, jaki panował w okopach I Wojny Światowej. Jest dobrze, a jak wkrótce zaatakujemy >na bagnety< ich gniazda karabinów maszynowych, to będzie nawet jeszcze lepiej.

Niestety, fakty przeczą urzędowej teorii. Jest źle i zanim będzie lepiej będzie najpierw dużo gorzej. Przed nami jeszcze krach w Azji i globalna fala hiperinflacji / hiperstagflacji. Prawdziwy koniec kryzysu ma miejsce wtedy, gdy przybywa miejsc pracy, z zastrzeżeniem, że mają być to stanowiska produktywne dla gospodarki, a nie pasożytnicze, na przykład urzędnicze. Mimo trwających starań poszczególnych rządów nad podgotowaniem danych statystycznych tak wygląda rzekomy ‘koniec kryzysu’:

Wyobraźmy sobie, jak te dane muszą wyglądać w rzeczywistości, bez retuszu. Nie teksańska a europejska uropejska masakra piłą mechaniczną. No bo co pastuchy mogą robić w takim przeciętnym państwie PIIGS – trochę baranów popaść, oskubać niemieckich ceprów na kawie po 5 euro i tyle. Reszta ‘gospodarki’ to intensywne ssanie brukselki i przybijanie różnokolorowych stempelków.

W świetle tych danych ciekawie brzmi upubliczniona niedawno diagnoza wysokiego bezrobocia. Zgadzam się, że polskie uczelnie, polscy wykładowcy i polscy studenci to dno i pięć metrów mułu. Ale przecież są jeszcze inne kraje UE. Czy wysokie bezrobocie młodzieży w takiej Hiszpanii to wina ich uniwersytetów lub kwestia leniwych studentów? Nagle 20 lat temu zaczęły się rodzić zdebilałe dzieci, których Internet wyżarł mózgi i nie da się wdrożyć do żadnego przydatnego fachu? Otóż nie, po prostu cała gospodarka europejska jest chora, oparta na konsumpcji finansowanej rządowymi obligacjami. Jeżeli hiszpańskie lub polskie uczelnie  wypuszczałyby wyłącznie samych ajnsztajnów, to nadal byłoby wysokie bezrobocie. To nie lenistwo poszczególnych jednostek ani ich wygórowane oczekiwania płacowe. Chora gospodarka nie jest w stanie ich wchłonąć młodzieży i zaoferować im możliwość produktywnej pracy, niezależnie jaki dyplom lub jakie umiejętności posiadają.

Share This Post

Przygotowanie

Nie za bardzo lubię pisać o przygotowywaniu zapasów żywności na wypadek ich przejściowych niedoborów. Większość osób stuka się w pustą głowę i zadaje ciągle takie same pytanie – po co kupować żywność na zapas, skoro można w każdej chwili ją kupić w sklepie. Nie chce mi się po raz setny przytaczać im historycznych przykładów wystąpienia takich niedoborów. Jeżeli ktoś nie wyniósł z lekcji historii nic oprócz kredy i jest zwyczajnie bez wyobraźni, to po prostu szkoda mojego czasu. Mało kto potrafi zrozumieć, że to co trzyma w portfelu to nie pieniądz, ale waluta, z której siła nabywcza potrafi ulecieć zdumiewająco szybko.

Temat przechowywania żywności awaryjnej jest bardzo obszerny. Można na ten temat pisać grube książki, notatka na tym blogu może tylko być drobnym przyczynkiem. W internecie są tysiące serwisów na ten temat, setki filmów na youtube i dziesiątki wyspecjalizowanych sklepów.

Wygląda na to, że temat przygotowania zapasów jest popularny głównie w Szwajcarii i USA, chociaż tam właściwie jest najmniej powodów do obaw. W Polsce, mimo tak dużego balastu historycznych tragedii, zdumiewająco często dochodzi do wspomnianego wyżej pukania się w głowę. Reszta UE przypomina Polskę – króluje przekonanie o niekończącym się dobrobycie i o krasnoludkach, które zawsze będą wystawiać żywność na półki marketów.

Dużym problemem w Polsce i niestety w całej UE jest zaopatrzenie się w odpowiednią żywność. To nie mają być francuskie specjały, przeciwnie, smak takiej żywności pozostawia dużo do życzenia. Ma za to posiadać inne cechy – być tania, odżywcza i jadalna przez 25 lat leżakowania na półce. W razie czego ma uchronić przed głodem.

Alternatywna szkoła tworzenia zapasów, obecna wszędzie ale szczególnie popularna w Polsce, sprowadza się do żonglowania puszkami. Konsumuje się produkty o kończącym się terminie przydatności, a na ich miejsce na półce kupuje się nowe konserwy. Nie każdemu to odpowiada, ponieważ nie każdy lubi żywność z puszek. Poza tym puszki mają stosunkowo krótki termin przydatności do spożycia, maksymalnie kilka lat. Wydaje się, że kilka lat to mnóstwo czasu, ale można się w pewnym momencie zorientować, że przy normalnym tempie zużywania zapasów schodzą one tak wolno, że trudno zużyć zapasy przed upłynięciem terminu przydatności do spożycia. Można się tu rozwodzić i wymądrzać, że ów termin przydatności do spożycia to tylko sugestia, że trzeba planować, zamrażać, etc etc.

Dlatego właśnie jestem w ograniczonym stopniu zwolennikiem ‘polskiej szkoły’ gromadzenia zapasów. Owszem, mam pewien zapas konserw pod zlewem, ale daleko mi do posiadania garażu wypełnionego konserwami i odżywania się wyłącznie tymi z nich, które wypadałoby już zjeść. Dużo bardziej atrakcyjna jest ‘szkoła amerykańska’, w której zestawy liofilizowanej żywności są już przygotowane dla wygody klienta, wystarczy je zakupić, wrzucić do garażu i zapomnieć o nich na następne kilkanaście lat.

Okazuje się, że żywność tego typu można kupić nawet w najzwyczajniejszym Walmarcie:

W dwóch popularnych hurtowniach również takie produkty są obecne. Mam tu na myśli Sam’s Club oraz Costco, oba miejsca niestety dostępne tylko dla posiadaczy płatnej karty członkowskiej.

Zakupów można dokonać nawet na Amazonie. Tu jest przykład sklepu wyspecjalizowanego w tego typu żywności w USA i podobna firma w UK. Niestety, w porównaniu z USA obszar UE to pustynia.

Są ludzie, dla których problemem jest zakup żywności na bieżąco na kilka dni przed wypłatą. Są też i tacy, którzy mają pewne zasoby gotówkowe. Inwestycja kilkuset dolarów w roczny zapas żywności może nie być taką złą inwestycją.

Share This Post

Bitcoin

Inwestowanie w metale szlachetne ma na celu ochronę kapitału, nie tylko przed zwykłymi złodziejaszkami, ale również przed legalnymi złodziejami, działającymi w imieniu tak zwanych ‘rządów’. Posiadanie złota z całą pewnością im nie w smak, jako że zapewnia całkowitą ochronę przed podatkiem inflacyjnym, czyli spadkiem siły nabywczej waluty papierowej wraz z upływem czasu. Inflacja oznacza stratę dla ciułacza i zysk dla emitenta waluty (rządu) – posiadanie złota to tak jakby okradanie największego złodzieja w mieście.

Zakup złota wiąże się nierozerwalnie z transakcją pieniężną. Kupujący przekazuje sprzedającemu gotówkę lub dokonuje przelewu bankowego. I w tym miejscu zaczynają się problemy. Prawo utrudnia dokonanie jednego dnia transakcji gotówkowej na kwotę powyżej 15 000 euro w UE, 61 500 złotych w Polsce lub 10 000 dolarów w USA. Sprzedawca jest zmuszany do bycia donosicielem, pod groźbą odpowiedzialności karnej i finansowej musi poinformować właściwe służby o tożsamości kupującego. W przypadku płatności przelewem ślad w systemie bankowym pozostaje przez wiele lat. Faktem jest, że wraz z upływem czasu dane takie szybko tracą na wartości (walory mogą być na przykład sprzedane czy podarowane), niemniej część inwestorów nie chce by potencjalni złodzieje wiedzieli o posiadanym złocie, niezależnie czy są to nielicencjonowani złodzieje-prywaciarze czy licencjonowani złodzieje rządowi.

Wygląda na to, że rządy zaczynają wygrywać wojnę o umysły obywateli. Kilkadziesiąt lat temu rzeczą całkowicie normalną było otworzenie anonimowego konta w Szwajcarii. Po prostu przychodziło się do banku i dla bankiera oczywiste było domniemanie niewinności – jeżeli ktoś posiada pieniądze to zakładało się, że jest ich legalnym posiadaczem. Dziś zakłada się, że posiadacz gotówki jest jej nielegalnym posiadaczem, więc każdy musi więc być zaraportowany do odpowiedniego urzędu i dokładnie sprawdzony. Właściwie całość majątku przekraczającego 15 000 euro powinna być oddana w najbliższym urzędzie skarbowym a jej posiadacz powinien zgłosić się niezwłocznie do najbliższego aresztu celem odbycia kary za posiadanie tak szalonej kwoty pieniędzy. Przypomina to nieco czasy rewolucji francuskiej czy bolszewickiej, gdy nielegalne było mieć cokolwiek, szczególnie pieniądze. Nie bronię tu bynajmniej oligarchów z ich majątkami, lecz przedstawicieli klasy średniej, oszczędzających, by nie umrzeć z głodu na emeryturze oraz prowadzących firmy tworzących miejsca pracy. Obserwowane zjawiska są niezwykle groźne dla funkcjonowania gospodarki – penalizacja posiadania pieniądza prowadzi do implozji gospodarki, zaniku przedsiębiorczości, hiperinflacji, bezrobocia, powszechnej nędzy i wszystkiego tego, co kojarzy się nam z barykadami na ulicach.

Stałym tematem dyskusji, oprócz rozważań o jadalności złota w czasie kryzysu, jest kwestia jego konfiskaty. W każdym wpisie trzeba się do tego odnieść, ponieważ jeżeli się tego nie zrobi, to lemingi przybyłe z onetu zaczną masturbować się wizją kapitalistów odzieranych ze złota. Dane z czasów ostatniej wielkiej rządowej kradzieży złota z roku 1934 wskazują, że 22% złotych monet znajdujących się w obiegu zostało zwróconych do banków zgodnie z grzeczną prośbą Roosevelta, popartą argumentem o więzieniu i grzywnie. Miało to miejsce w kraju, którego mieszkańcy mieli w tamtym czasie wysoki poziom szacunku do prawa. Czy ktokolwiek zwróciłby dziś rządowi RP złote monety, szczególnie biorąc pod uwagę jak mało jest w Polsce złota inwestycyjnego? Prawdopodobnie uzyskano by mniej złota niż wynosiłyby koszty użycia aparatu przymusu.

Genialnym rozwiązaniem problemu anonimowości posiadania złota, oprócz nabywania monet za gotówkę za małe kwoty, jest użycie waluty bitcoin. Z punktu widzenia aparatu kontroli ślad pieniędzy kończy się w momencie wymiany waluty papierowej na bitcoin, potem trop znika. Nie ma możliwości technicznych wyśledzenia, gdzie bitcoin został wydany i na co. Z punktu widzenia inwestora sprawa również jest prosta – po prostu wymienia on złotówki czy euro na bitcoiny w internetowym kantorze, dokonuje płatności w bitcoinie, a następnie odbiera złoto w paczkomatach, całkowicie anonimowo.

Bitcoin jest też okazją spekulacyjną, obarczoną wysokim ryzykiem ale również szansą na ogromne zyski. Ilość bitcoinów w obiegu jest ograniczona algorytmem ich generowania i nigdy nie przekroczy 21 milionów sztuk. Można się spodziewać, że przy rosnącej popularności bitcoin popyt na niego gwałtownie wzrośnie, windując jego cenę. Zakup kilkuset bitcoinów dziś może być swego rodzaju szczęśliwym losem na loterii.

Największe zagrożenie jakie można sobie wyobrazić to delegalizacja bitcoin, a dokładniej uniemożliwienie wymiany walut papierowych na bitcoin. Takiego kroku można się obawiać, jako że płatności w bitcoin nie tylko nie dają się kontrolować, ale również nie przynoszą zysków banksterom i zatrudnianym przez nich lobbistom, którzy piszą wszystkie ustawy dotyczące bankowości i obrotu pieniężnego. Wystarczy kampania medialna w której zarzuci się bitcoinowi, że może być użyty przez bojowników Al Kaidy. Tak się składa, że banksterzy kontrolują media, więc taka kampania nic ich nie kosztuje. Oligarchowie nie muszą naciskać swoich polityków, którymi sfinansowali wybory, zrobią to wyborcy bombardowani wizją bitcoina jako zagrożenia cywilizacji bronią masowej zagłady. Jest to zagrożenie dla spekulantów posiadających bitcoin długoterminowo. Dla posiadaczy krótkoterminowych, płacących bitcoinem za kruszce, taki scenariusz nie obowiązuje, ponieważ nawet gdyby miało do delegalizacji dojść, to nie na tyle szybko, by dotknąć kogoś, kto posiada bitcoin tylko na czas transakcji.

Wychodząc na przeciw oczekiwaniom rynkowym firma 79th Element Ltd, jako pierwsza w Europie a druga na świecie,rozpoczyna przyjmować płatności w bitcoinie za produkty inwestycyjne ze złota i srebra. W tej chwili procedura polega na dokonaniu zakupu w naszym sklepie i zwróceniu się do nas o przeliczenie ceny w złotych na ceny w bitcoinie, w drugim etapie wprowadzimy możliwość wyboru w jakiej walucie ma być dokonana płatność już na etapie składania zamówienia. Na razie system jest w fazie testów, więc należy liczyć się z pewnymi utrudnieniami, ale z czasem z pewnością nabierzemy wprawy.

Share This Post

McRezydencja

Pamiętacie Wielką Amerykańską Bańkę Nieruchomościową sprzed kilku lat? Stał się wtedy bardzo popularny neologizm ‘McMansion’.

Budowa McRezydencji stała się również niezwykle popularne w innych krajach, szczególnie w PIIGS. Co ciekawe, im bliżej do spektakularnej implozji bań w poszczególnych krajach, tym McRezydencje bardziej odcinały się od rzeczywistości, zarówno ceną jak i rozmiarami nieprzystającymi do potrzeb zwykłej rodziny w dobie kryzysu.

Jako że Polska też została umoczona w spekułę mamy też i polską wersję McRezydencji. Wrzucam jedną foteczkę, reszta w artykule w Wybiórczej:

W innych krajach developer zwykle ogłaszał bankructwo a domy szły pod spych lub pod młotek komornika. Ciekawe jak to się odbędzie w Polsce, która wraz z Chinami jest ostatnia w kolejce do zresetowania rynku nieruchomości.

Share This Post

DKC – ciąg dalszy

Wpis gościnny Piotra:

W dyskusji jaka wywiązała się po wpisem „Domowy Karaluch Challenge” Przemek zaproponował mi zamieszczenie postu gościnnego na temat surwiwalu. Ponieważ nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, więc na początku nie wydawało mi się, żebym mógł na ten temat napisać coś ciekawego i prawdziwego. Potem jednak przeczytałem w komentarzach pod wpisem Przemka jakie wyobrażenie o temacie mają inni ludzie i stwierdziłem, że warto kilka słów skrobnąć, choć by po to, żeby ich wyprowadzić z „mylnego błędu” w jakim moim zdaniem tkwią.

Moje pierwsze spotkanie z imprezami, które niektórzy mogą szumnie nazwać surwiwalowymi, a które dla mnie są po prostu nieco dłuższymi spacerkami w terenie, miało miejsce gdy już miałem 30tkę na karku, ręce przywykłe do klawiatury, a tyłek ściśle dopasowany do krzesła. Daleko mi więc było do herosa, a mimo to, przy pierwszym podejściu udało mi się przejść 75 km po lesie w czasie około 14tu godzin. W zwykłych sportowych butach z marketu, z małym plecakiem, bez żadnego specjalnego sprzętu, czy ubrania. Tylko to, co miałem w szafie. To, że nie udało się przejść docelowych 100 km było kwestią mojej słabości, a nie braku specjalnego sprzętu. Potem zacząłem chodzić w maratonach pieszych regularnie, kilka razy do roku.
Imprezy tego typu można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej, łatwiejszej, są te, w których trasa jest oczywista, ustalona z góry i chodzi tylko o to, żeby ją pokonać w określonym czasie. Taką imprezą jest np. coroczny Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego w Kampinosie. W drugiej, trudniejszej kategorii, ustalone są tylko punkty kontrolne (obsługowe, bezobsługowe lub mylne), a trasę między nimi trzeba sobie znaleźć samemu. Lista takich imprez jest tutaj. Najkrótsza trasa liczona jest najczęściej tak, żeby miała 100 km długości. Jeśli więc ktoś dobrze nawiguje, to przechodzi około setki, ale jeśli się w nawigacji myli to dystans trochę rośnie 😉 Imprezy odbywają się na ogół bez względu na anomalie pogodowe. Moim ulubionym maratonem z tej drugiej kategorii jest Kierat. Odbywa się co roku, pod koniec maja w Beskidzie Wyspowym i prócz dodatkowych trudności związanych z przewyższeniami oferuje również bonusy w postaci wspaniałych górskich widoków.

Strategii pokonywania maratonu jest wiele. Jedni non-stop biegną, inni non-stop idą, jeszcze inni robią sobie krótkie lub dłuższe odpoczynki. Generalnie jednak do udziału w imprezie nie jest potrzebny jakiś wyrafinowany sprzęt. Wystarczą w miarę porządne, niebyt ciężkie buty, bielizna i skarpety z materiału odprowadzającego wilgoć, mały plecak, sakwa na wodę z wężykiem, kompas, mapa, wodoodporna latarka typu czołówka (czyli mocowana na głowie) i … parasol, który jest rozwiązaniem dużo lepszym od płaszcza przeciwdeszczowego. W tym ostatnim człowiek w trakcie ekstremalnego wysiłku jest mokry nie od deszczu, lecz od własnego potu, a ten pierwszy nie sprawdza się jedynie podczas marszu na azymut przez krzaki lub podczas silnego wiatru. Do jedzenia na ogół też nie są potrzebne jakieś wyrafinowane zestawy wojskowe. Wystarczą zwykłe 2-3 kanapki z pszennej bułki z dużą ilością tłuszczu (pomaga, gdy są problemy z wydzielaniem śliny przy silnym wysiłku) plus słodkie batony waflowe, chałwowe lub musli w ilości 5-6 sztuk i ewentualnie banany. Najważniejsze, żeby wiedzieć kiedy jeść. Jeśli się nie zje odpowiednio wcześnie, to poziom cukru we krwi spada, a człowiek zaczyna panikować i traci kontakt z rzeczywistością. W kolejnych maratonach nabywa się doświadczenia w obserwacji własnego organizmu i uczy się jak przeczekać kryzys lub co zrobić, żeby w ogóle nie nadszedł. Trochę wolniej przychodzi doświadczenie w nawigacji, więc na początku warto się podczepiać do „tramwajów”, czyli grupek kilkunastu nienawigujących osób z jednym nawigatorem na czele. Jeśli nie idzie się w takim tramwaju całkiem na oślep, a konfrontuje się na bieżąco sytuację z mapą i kompasem, to jest to świetny sposób na naukę nawigacji.

Każdy start w maratonie musi być poprzedzony przynajmniej 1-2 treningami marszowymi o długości 15-20 km lub dłuższymi. Bez tego organizm nie wytrzyma 100 km marszu. Inne typy treningu takie jak rower czy pływanie wyrabiają kondycję, ale nie przygotowują wszystkich grup mięśni wykorzystywanych intensywnie w marszu i nie są w związku z tym przygotowaniem wystarczającym. Zdarzyło mi się mieć trudności z przejściem 100 km mimo, że 2 tygodnie wcześniej wróciłem z 3-tygodniowego „rowerowania”, w trakcie którego pokonywaliśmy codziennie po 100 km.

Podsumowując ten przydługi wywód: długie marsze w terenie nie wymagają żadnych specjalnych sprzętów ani zdolności. Trzeba tylko pracować nad kondycją i nawigacją i praktykować w kilku startach rocznie. No i uważać na siebie, żeby nie trafić na tę listę.

Doxa: Puszczam tą wypowiedz ponieważ zawiera dużo ciekawych informacji dla osób chcących odspawać się od biurka i krzesła. Niestety, wydaje się, że nie do końca się rozumiemy. Naszym celem było symulowanie ewakuacji z miasta, z plecakiem zawierającym wyposażenie niezbędne do przeżycia przez 3 doby bez kupowania żywności czy usług noclegowych. Powyżej Piotr opisuje bieg na orientację, z kompasem i 2 kanapkami w plecaku. To jak porównywanie jabłka i pomarańczy – obie te imprezy są ‘owocami’, ale zupełnie innymi.

Share This Post

Domowy Karaluch Challenge

Jakiś czas temu wprosiłem się na wyprawę Domowego Survivalu. W końcu nadszedł ten dzień – raport Gospodarza można przeczytać na jego blogu.

Na wyprawę zabrałem ze sobą plecak, śpiwór, namiot, karimatę prawie-samo-napełniającą, zmianę odzieży, 3 amerykańskie racje żywnościowe MRE, 1 polską mielonkę, 3 litry wody i kilka drobiazgów jak scyzoryk czy składany kubek plastikowy. Całość z wodą ważyła 13 kg. Każdy gram był weryfikowany, czy aby jest niezbędnie konieczny, ograniczyłem nawet ilość szpilek do namiotu i zabrałem go bez pokrowca.

Zestawy ucieczkowe mogą być modyfikowane tak samo jak różne są warunki w jakich dochodzi do ucieczki. Czasem ewakuacja musi odbyć się w 10 minut, a czasem ma się czas na dostosowanie zestawu do potrzeb czy warunków pogodowych. W tym pierwszym przypadku historia Polski uczy, że zbędne elementy szybko lądują w rowach, jak tylko zaczyna ubywać sił. Wolałem tego uniknąć i korzystając z luksusu dostępnego czasu dobrze się przygotowałem. Do ideału brakowało kremu przeciwsłonecznego – nie spodziewałem się opalenizny w Polsce, w październiku. Przydatna byłaby także bielizna termoaktywna, bawełniane podkoszulki nie odprowadzają zbyt łatwo potu.

Przed wyjściem dokładnie sprawdziłem każdy element sprzętu, którego jeszcze nie używałem. Rozłożyłem namiot i sprawdziłem czy przy obecnej pogodzie można w nim spać. W ten sposób uniknąłem nieprzyjemniej niespodzianki z hamakiem, jaką mieli moi towarzysze.

Jedzenie w postaci amerykańskich MRE jak zwykle było rewelacyjne – ciepłe, smaczne i zróżnicowane. O wiele lepsze niż to, co dają polskim żołnierzom. Lars był w wybitnie ciężkim położeniu, ponieważ racje ratunkowe w który wyposażyli do internauci, choć smaczne i sycące, były niezbyt urozmaicone.

Opłaciło się przygotowanie fizyczne. Wysiłek fizyczny, który aplikuję sobie 3-5 razy w tygodniu dał taki rezultat, że oprócz lekkiego zmęczenia nic mi nie dolegało. Byłem zdolny do wyruszenia dalej następnego dnia rano.

Wnioski są następujące:

– z odrobiną praktyki można spokojnie pokonywać wycieczki typu 72 km w 3 dni – mam już za sobą wycieczki typu 120 km w 6 dni w Bieszczadach, więc wiem co mówię,

– bardzo trudno jest zrobić większe dystanse pieszo – dlatego tak trudno było uciec z Syberii na piechotę,

– małe dziecko na ręku podnosi trudność ewakuacji do 2 potęgi, dwoje do 3 potęgi, itp,

– trzeba mieć wypracowany inny sposób ewakuacji niż korzystanie z własnych nóg – najrozsądniejszym wydaje się transport rzeczny lub mały jednoślad.

Share This Post

Orange na czerwono

Mieliśmy problem z serwerem, do którego przylepiły się złośliwe pliki. Takie czasy, że każdy komputer musi mieć zainstalowane oprogramowanie antywirusowe, na przykład darmowego Avasta, a praca administratora to nieustanna walka z atakami. Na szczęście nic się nie stało i sytuacja wróciła do normy. Warto odświeżyć stronę przez naciśniecie Ctrl i F5, usunie się w ten sposób nieaktualne już alerty ze strony programów antywirusowych.

Przy okazji notatki IT warto zwrócić uwagę na przecenę akcji Orange. To kolejny dowód na to, że polski rynek kapitałowy to dzicz, której należy unikać. Bogate spółki, kupowane przez inwestorów z nadzieją na dywidendę są niestabilne, czego dowodzi wspomniane wydarzenie oraz niedawny smród zrobiony przez rządu wokół KGHMu. Nigdy nie wiadomo, czy dywidenda będzie czy nie, czy cena nagle nie spadnie, czy może reżim spółkę opodatkuje lub znacjonalizuje. Lepiej otworzyć sobie konto maklerskie w innym kraju, gdzie rynek kapitałowy jest bardziej rozwinięty, i tam kupować sobie akcje płacące dywidendy.

Istnieje też hipotetyczna sytuacja, w której inwestor może stać się ofiarą polskiego systemu sądowniczego. Na przykład zostanie skazany przez e-sąd z powództwa jakiegoś cwaniaka, za dług dawno przedawniony, ponieważ powód podał stary adres i tam też sąd wysłał wezwanie pozwanemu. Akcje w biurze maklerskim za granicą są dużo bardziej bezpieczne przed komornikiem niż w Polsce.

Jeżeli uzna się, że czas złota już przeminął i należy wskoczyć na rynek akcji (z czym osobiście się nie zgadzam), to jedyną właściwą strategią jest zakup akcji dywidendowych i reinwestowanie dywidend w zakup kolejnych akcji tych firm. Można to zrobić samemu, bez opłacania się krawaciarzom w funduszach inwestycyjnych.

Share This Post

Parkiet

Miałem dziś wątpliwą przyjemność odwiedzić główny oddział banku BZ WBK, który znajduje się na wrocławskim rynku. W środku tłumy głupich ludzi, którzy zwabieni telewizyjną reklamą przyszli wziąć kredyt. Jest on reklamowany jako możliwy do wzięcia w 10 minut, ale dyskretnie nie wspomina się o godzinnej kolejce, by w ogóle móc porozmawiać z wyrobnikiem – bansterkiem*.Wstyd, żeby w samej centrali nie potrafiono obsadzić tylu stanowisk kasjerskich, by kolejka miała rozsądną długość. Zysk liczony w miliardach złotych (polecam lekturę danych finansowych banku, które w formie skoroszytu są dostępne w każdym oddziale) i oszczędność paru etatów… Ale wiadomo, wpłaty i wypłaty to zwykłe mielenie kasy, czysta strata, a zyski kreuje się na kredytach oraz naliczaniu opłat i prowizji.

Na szarym końcu oddziału można znaleźć biuro maklerskie z zapomnianym maklerkiem i paroma gamblerami. Atmosfera przypominająca punkt przyjmowania zakładów sportowych. Najciekawsza okazała się lektura dwóch porzuconych egzemplarzy ‘Parkietu’. Co za propagandowa szmata! Takiego bzdetu nie czytałem chyba od czasów lektury ‘Trybuny Ludu’. Najpierw wylewanie krokodylich łez nad wprowadzeniem podatku Tobina w UE. Dla redaktorów to koniec świata – między takim podatkiem a kilometrową asteroidą pędzącą w stronę Ziemi praktycznie nie ma żadnej różnicy. Tymczasem prawda jest zupełnie odwrotna – opodatkowanie transakcji jest konieczne dla ukrócenia skali spekulacji jaka przelewa się po światowych rynkach finansowych. Celem istnienia tych rynków nie było stworzenie kasyna i skubanie inwestorów / przyszłych emerytów przez banksterów tylko skontaktowanie przedsiębiorców z posiadaczami oszczędności. Dziś rynki te zrakowaciały, odeszły o setki lat świetlnych od ich założeń.

Wisienką u tortu był wywiad z jakimś kretynem utrzymującym, że Chiny nie mogą użyć posiadanych obligacji USA i Japonii przeciwko tym krajom. Oczywiście, że mogą i wcale niewykluczone, że użyją. Precedens już jest – USA w 1956 zaatakowały brytyjski system walutowy wywierając w ten sposób presję w sprawie Kanału Sueskiego. Dla Chin zadłużenie amerykańskie jest iluzoryczne – nawet bardzo małe dziecko łatwo zrozumie, że USA nigdy nie oddadzą długu, bo niby w jaki sposób? Przestając importować i podnosząc o 100% podatki? Po prostu drukując banknoty $$$ i wysyłając je kontenerami do Chin? Skoro środki te są nie do odzyskania Chiny mogą je wykorzystać militarnie. Na przykład w razie zaostrzającego się sporu militarnego, choćby o Tajwan,  mogą ‘zrzucić’ bombę hiperinflacyjną na USA wyprzedając wszystkie rezerwy. Owszem, lotniskowce będą się wtedy kierować w stronę Chin, ale w gospodarce amerykańskiej będzie odchodzić taka teksańska masakra piłą spalinową, że wojsko będzie bardziej potrzebne w domu niż na Pacyfiku. To nie jest proza science-fiction, tylko realia 21 wieku, niepojęte dla pismaków z ‘Parkietu’.

Na zakończenie ciekawostka, o której nie wiedzą klienci wrocławskiego BZ WBK. W budynku funkcjonuje winda typu paternoster, która wygląda bardzo podobnie do swojej czeskiej siostry:

*Prawdziwymi banksterami są cwaniacy zasiadający w zarządach i zarabiający setki tysięcy czy miliony USD dziennie, a nieszczęśnicy za biurkami, pracujący za nędzne grosze i przyciskani targetami to zwykłe małe banksterki. Podobnie sprawa wygląda z rozróżnieniem na maklerów i maklerków.

Share This Post

Wolontariat

Jak powszechnie wiadomo jestem stanowczym przeciwnikiem wszelakich stażów i pracy za darmo. Tym razem trafił się temat, który daje możliwość napisania ciekawej pracy licencjackiej / magisterskiej i zdobycia nieprzemijającej sławy 😉

Owocem naszych wysiłków będzie też strona internetowa dostarczająca szerokiej publice ciekawej i darmowej wiedzy ekonomicznej.

Poszukiwany jest student ekonomii lub statystyki – proszę pisać na mejla (po lewej) wraz z opisem dotychczasowych osiągnięć naukowych i zainteresowań.

Share This Post