Monthly Archives: February 2011

Propaganda sukcesu

W dobrym tonie jest bycie krytycznym w stosunku do Korei Północnej. Jestem ostatnią osobą, która chciałaby bronić tego zbrodniczego reżimu, ba, uważam, że jeżeli USA miałoby wdrażać demokrację i zwalczać broń masowego rażenia, to właśnie tam. Niestety, na przeszkodzie stoi brak ropy naftowej pod Koreą Północną…

Ponieważ Polska jest krajem tylko odrobinę mniej dzikim niż KRLD, pismacy muszą dokonywać istnych ekwilibrystyk celem dowiedzenia swoich naciąganych tez. Warto wczytać się w materiał prasowy:

[…] nadal większość ludzi porusza się po mieście piechotą. Do wyboru mają: trolejbusy których używanie grozi porażeniem prądem, przepełnione tramwaje z lat ’60 i ’70 oraz całkiem porządne, lecz krótkie metro (dwie linie metra w Pjongjangu łącznie są krótsze i mają mniej stacji niż metro warszawskie).

Rzeczywiście, wielki sukces Polski! Nie da się powiedzieć, że stolica Korei ma żenujące 2 linie metra, bo Warszawa jest mega żenująca z jedna linią metra. Trzeba więc porównać ilość przystanków – mamy ich więcej! Gdyby Korea miała więcej przystanków można by policzyć łączną powierzchnie przystanków metra lub ilość żarówek. Na pewno jesteśmy najlepsi na świecie, trzeba tylko dobrze poszukać! Vivat Polonia, vivat 3 maja!

Pamiętajmy, nie wolno siać defetyzmu. Nie wolno mówić, że polskie metro jest do dupy albo, że traktor ma zepsute koło i nie działa. Trzeba mówić, że ma trzy koła dobre!

A jeżeli chce się zobaczyć przepełnione tramwaje sprzed kilkudziesięciu lat to nawet nie trzeba jechać do Warszawy To widok dość powszechny w tych miastach, gdzie tramwaje jeżdżą.

Odmalowanie ścian zewnętrznych pozwala na zachowanie twarzy przed turystami, oszczędzając im jednocześnie widoku zrujnowanych blokowisk.

Taaak, to przypomina mi Polskę z czasów wizyt papieża, gdy malowało się wyłącznie fasady i to na trasie przejazdu. A zrujnowane blokowiska znajdują się w każdym mieście Polski, od Rzeszowa po Szczecin. Niestety, wpuszczanie turystów do Polski nie pozwala na zachowanie twarzy i każdy napotkany turysta (sprawdzić, czy nie z byłego ZSRR) może wiele powiedzieć o syfie w Polsce.

Jeżeli rzeczywistość próbuje ten plan w jakikolwiek sposób zweryfikować, Kim Dzong Il zaprzecza rzeczywistości.

O, to tak jak w przypadku ZUSu i deficytu budżetowego w Polsce. Rzeczywistość jest taka, że system jest na krawędzi implozji. Troszkę zawirowań rynku obligacji i Polska nie może zrolować swojego długu i bankrutuje. A tymczasem gdy dach już płonie rząd zaklina rzeczywistość poprzez kreatywną księgowość (OFE). Donek i jego koleżka Vincent zaprzeczają rzeczywistości dokładnie jak reżim w KRLD. Polak Koreańczyk dwa bratanki, i do wódki i do ściemki.

Największym (dosłownie i w przenośni) symbolem reżimu jest Hotel Ryugyong, pokazujący światu jak niewydolne ekonomicznie jest państwo Kima. Budowę wieżowca rozpoczęto w 1987 roku, lecz od 1992 roku pozostawał on w stanie surowym.

A największym symbolem niewydolności obecnego (i poprzedniego) reżimu w Polsce jest szkielet z Bielska Białej. Koreański szkielet stał 30 lat a polski lat 40. I znowu przebijamy żółtków! Vivat Polonia, vivat 3 maja!

Warto zacytować nieświadomego pismaka piszącego o naszych osiągnięciach na polu neoliberalizmu:

Wysoki na 12 pięter biurowiec zaczął powstawać w latach 70. zeszłego wieku dla ówczesnej fabryki samochodów małolitrażowych. Miał pomieścić administrację, przychodnię zdrowia, bibliotekę i stołówkę. W latach 80. roboty jednak stanęły, a Włochom, którzy kupili fabrykę, obiekt nie był potrzebny.

Oczywiście. Po co Włochom wrzód w postaci przychodni czy biblioteki (!). Od tego mogłoby się tak poprzewracać ludziom w głowach, że zechcieliby mieć zakładowe przedszkole. A przedszkola przyzakładowe to pierwszy krok w stronę komunizmu i wieszania kapitalistów, tego trzeba się strzec!

Filozofia naszych dobroczyńców-inwestorów zagranicznych jest taka, by nie rozpieszczać socjalizmem naszych rodaków. Jak wiadomo od rozdętych wydatków socjalnych i nadmiernego rozpieszczania wynagrodzeniami  padają firmy i ludzie tracą pracę, więc cięcie socjału jest dobre dla samych pracowników – nie stracą pracy przy okazji bankructwa. Słyszałem nawet pogłoski, że wkrótce ma upaść Google, przygnieciony kosztami darmowych restauracji i przedszkola.

Neoliberalizm propaguje bezwzględną walkę konkurencyjną firm ale i pracowników. Tnijmy koszty, wtedy produkty będą tanie. Najwłaściwsze dla społeczeństwa i gospodarki są firmy, które likwidują nie tylko socjał, ale i produkcje w drogich krajach i przenoszą ja do krajów tanich. W ten sposób całe kraje wypełniają się w szybkim tempie zarówno bezrobotnymi, jak i tanimi produktami w hipermarketach.   

Share This Post

Rynek pracy

Stali czytelnicy znają moją ocenę polskiego rynku pracy – wysokie bezrobocie i głodowe wynagrodzenia pracujących ‘szczęściarzy’. Wszystko to oblane propagandą średniego wynagrodzenia w wysokości 3200 zł, gdy tymczasem mediana jest jakieś 1000 zł niższa. Na szczęście dla kręcących pierdolnikiem tylko kilkanaście osób w Polsce rozumie różnicę między średnią a medianą i0 mało kto zadaje sobie pytanie jak to jest, że wszyscy których zna zarabiają poniżej 2000 zł, a średnia wynosi 3200 zł. (Odpowiedz tkwi w różnicy między średnią a medianą).

Temat podchwytuje budząca się z letargu Wybiórcza, czyli gazeta związana z pseudoliberalnym środowiskiem stojącym za zrujnowaniem polskiej gospodarki (wykolegowanie PRLowskich prywaciarzy stanowiących bazę przedsiębiorczości, zniszczenie krajowej produkcji, oranie hut i ‘niepotrzebnego’ przemysłu ciężkiego, nie oddawanie zrabowanego przez komunę majątku, łapówkarskie prywatyzacje, zadłużenie kraju, itp itd).

Dowiadujemy się, że edukacja wyższa nie jest żadnym ratunkiem przed bezrobociem, szczególnie biorąc pod uwagę niską jakość polskiej edukacji i niską jakość polskich studentów (Polacy nie są materiałem na naukowców czy sportowców – proszę sprawdzić ilość nobli i złotych medali olimpijskich). Tego można było domyślać się już dużo wcześniej, wystarczy przeprowadzić eksperyment myślowy i wyobrazić sobie czy cokolwiek zmieniłoby, gdyby wszyscy w Polsce mieli 2-3 literki przed nazwiskiem. Nastąpiłoby cudowne rozmnożenie etatów? Wątpię. Bezrobotny doktor mówiłby do pracującego doktora – ‘hamburgera i kolę poproszę’.

Dowiadujemy się także, że młodzi pracownicy zarabiają kilka miseczek ryżu dziennie, o ile oczywiście mają ‘szczęście’ pracować. Jak wiadomo nie chodzi dziś o to, by zarabiać pieniądze umożliwiające założenie rodziny, odłożenie na zakup mieszkania i emeryturę, ogólnie – godne życie. Dziś chodzi o to, żeby dostąpić zaszczytu dopuszczenia do pracy. Jakiś palant z prowincjonalnej szkółki mówi wprost – pracujcie najlepiej za darmo na stażach i wolontariatach, traćcie rok z życia i tysiące złotych celem dopisania sobie w CV jednej linijki, na którą i tak nikt nie zwróci uwagi mając na kupce kilkaset innych CV.

Dobrze, że pismacy mają choć odrobinę przyzwoitości nie propagując ‘przedsiębiorczości’ wśród młodzieży. Co jeden bezrobotny może zaoferować drugiemu bezrobotnemu, ba, niech będzie, że drugiemu ”szczęśliwemu’ pracownikowi zarabiającymu 1500 zł? Strzyżenie trawnika? Usługi fryzjerskie dla psa? W społeczeństwie w którym większość ledwo wiąże koniec z końcem sprzedają się wyłącznie podstawowe produkty, a ten rynek jest rozgrabiony przez sieci handlowe. Promowanie przedsiębiorczości kończy się tak, że przedsiębiorca wraca po roku do czarnej PUPy, z tym że zadłużony – a jak wiadomo w Polsce dług ma się dożywotnio.

A na koniec znajdujemy ładny wykres, który mówi nam, że ‘pokolenie 1500’ będzie otrzymywać emerytury o sile nabywczej dzisiejszych 500 złotych. Znaczy to, że powrócą kolejki, z tym że lud nie będzie pchał się do mięsnego, tylko do śmietników w poszukiwaniu obierków z ziemniaków.

Krytyka powinna być konstruktywna i tak warto zakończyć ten wpis. Pierwszy wniosek jest taki, że za wszelką należy natychmiast zaprzestać płacenia składek ZUS – te środki to pieniądze wrzucane do ‘czarnej dziury’ i należy je przeznaczyć na ratowanie własnego tyłka. Jeżeli liczymy na państwową emeryturę, to już trenujmy łokcie w walce o obierki. Wszelkie brednie o ‘solidarności’ ze starszym pokoleniem należy wsadzić między bajki – ciekawe, gdzie będzie ‘solidarność’ za 40 lat, gdy dzisiejsza młodzież będzie potrzebowała pieniędzy na własne emerytury. Kasia Tusk solidarnie dołoży im ze spadku po tatku?

Jeżeli ktoś jest młodym człowiekiem to powinien jak najszybciej opuścić terytorium RP (sprawdzić czy tata nie ksiądz lub inny oligarcha mogący załatwić pracę). O wiele lepiej jest zacząć pracę jako zwykły wyrobnik na Zachodzie (zarabiając na start 4x więcej niż magister w PL) jednocześnie studiując wieczorowo lub zaocznie. To ciężka harówa, ale daje to i tak większe szanse dojścia do czegoś w życiu niż gnicie w Wyższej Szkole Tego i Owego, a potem kwitnięcie na bezrobociu. Przy okazji z polskiego rynku pracy zdjęta zostanie nadwyżka pracowników, będąca dla rynku pracy czynnikiem podażowym zbijającym wynagrodzenia, a dla pseudoliberalnego rządu pewnego rodzaju ‘klęską urodzaju’.

Share This Post

200 lat energii

Tak oto wygląda struktura zużycia energii w USA w całej historii tego kraju:

Autorzy twierdzą, że nowe źródła energii zastępują stare. Na wykresie jednak nie widać nowych i perspektywicznych źródeł energii wchodzących właśnie do użycia… Widać za to inne rzeczy. Na przykład to, że krach Wielkiej Depresji spowodował spadek zużycia węgla o 30%. Cała machina wojenna była w stanie ledwie przywrócić konsumpcję węgla do poprzednich rozmiarów. Spadek zamówień zbrojeniowych spowodował spadek zużycia trwający aż do początku lat 50tych. Oczywiście pamiętamy, że teksańska ropa stawała się w tamtych czasach źródłem energii i w sumie zużycie energii rosło mimo kryzysu. Węgiel dobrze jednak obrazuje zmiany w produkcji przemysłu ciężkiego.

Widać też, jaką porażką jest energia z hydroelektrowni. Wygląda na to, że większość dostępnych do spiętrzeń rzek została zagospodarowana. I wszystko co uzyskaliśmy to raptem 3% zapotrzebowania. Gdyby na Ziemi było więcej metali ziem rzadkich (niezbędnych do produkcji magnesów w prądnicach i silnikach) można by zabudować Amerykę wiatrakami… po to tylko, by uzyskać kolejne kilka procent niezbędnej energii. Wydaje się, że źródła odnawialne to ślepa uliczka, nie mogąca nigdy stać się poważną alternatywą.

Energetyka jądrowa też nie wygląda najlepiej. Gdyby chcieć zastąpić połowę zużycia ropy elektrycznością z atomu, trzeba by podwoić liczbę reaktorów i odpowiednio zagęścić sieć przekazu i dystrybucji elektryczności. Mówiąc krótko – nierealne w horyzoncie kilku lat – a tyle mamy czasu by odczuć spadek możliwości produkcyjnych w zakresie ropy naftowej.

Zdecydowanie najciekawszy jest wykres pokazujący zużycie ropy. Mamy przed oczami grafikę dobitnie wykazującą, jak ogromną część energii pochodzi z ropy. Nie trzeba robić doktoratu z tego działu nauki, wystarczy przypomnieć sobie, że przeciętny samochód może mieć silnik o mocy 75 kW. Porównajmy to sobie z danymi o zużyciu energii w gospodarstwie domowym i zastanówmy się,  ile energii zużywamy na dojazdy a ile na pozostałe aspekty naszego życia. To zupełnie inne zakresy.

Wykres szokuje skalą spadku zużycia paliw płynnych. Pamiętacie fotki kolejek przed stacjami wywołanymi 1 i 2 kryzysem naftowym? Dziś widzimy podobną skalę spadków ale bez żadnych kolejek i wraz z rosnącymi cenami ropy. W całej historii Stanów, mimo wielu kryzysów, jeszcze nie widzieliśmy takiej skali załamania konsumpcji ropy. To ‘zupełnie inne zwierze’ niż poprzednio. Tak jak o gospodarce Chin wiemy najwięcej z danych o zużyciu elektryczności i węgla bo dane rządowe są spreparowane, tak z tego wykresu widać co się dzieje w Stanach, i to dokładnie z tego samego powodu – preparowania danych przez rząd.

Trzeba zrozumieć, że załamanie amerykańskiej konsumpcji maskuje Peak Oil. Jeżeli nawet globalnie produkcja spada, to nie widać tego, ponieważ największy konsument świata ma ‘chwilowe’ trudności z trawieniem. Dopiero fakt rosnących cen daje nam do myślenia – jak to możliwe, że przy spadku popytu ceny rosną? Niewytłumaczalne z punktu widzenia tradycyjnej ekonomii.

Jeszcze jeden rzut oka na wykres – proszę sobie wyobrazić, że Peak Oil rzeczywiście ograniczy w najbliższych latach dostępność ropopochodnych. Czym je zastąpimy? Węglem? Trzeba by podwoić wydobycie niemal z dnia na dzień. Gazem ziemnym? Złoża ledwie dyszą i to wyłącznie dzięki niezbyt ekologicznemu wydobywaniu z łupków. Biopaliwami? Świat i tak stoi na krawędzi głodu spowodowanego wysokimi cenami płodów rolnych – ich spalanie w pojazdach to śmierć głodowa dziesiątków milionów ludzi.

Przyszłość energetyki nie wygląda zbyt różowo. Na początek będzie zaprzeczanie faktom (jak dobrze znane nam zapewnienia z 2006/7 roku, że żadnej recesji nie będzie, oraz z 2008/9, że crisis is contained), potem eksplozja cen, potem racjonowanie, a potem … no cóż, paliwa płynne przez jakiś czas nie będą dostępne.

Share This Post

Gdybanie

Władze często próbują rozwiązywać problemy strukturalne leczeniem objawowym, tak jakby chcieć leczyć gruźlicę syropem na kaszel. W Europie problemy nadmiernych deficytów leczy się skupowaniem obligacji krajów-utracjuszy (nie mylić z kategorią krajów-sygnatariuszy). W USA problemy zasypuje się gotówką zwyczajnie monetaruzując dług. Kolejnym krokiem będzie kontrola cen, nowe regulacje, być może również walka z ‘spekulantami’ na rynku złota i surowców. Jest to niekończące się zmaganie akcja-reakcja-akcja-reakcja, bez żadnej realnej woli dotknięcia sedna problemu, jakim w Stanach są (1) życie ponad stan, (2) zła polityka energetyczna i (3) zgoda na deficyt handlowy.

Można sobie nieco pogdybać co by się stało w różnych, całkiem możliwych scenariuszach. Ameryka może na przykład zdelegalizować złoto i poprosić wszystkich obywateli o dobrowolne oddanie do tymczasowego depozytu posiadanych kruszców, z tym zastrzeżeniem, że kto dobrowolnie nie ulegnie prośbie prezydenta (executive order), ten będzie podlegał karze do 5 lat więzienia lub/i do miliona dolarów grzywny. Co się stanie w takiej sytuacji? Część społeczeństwa pójdzie oddać kruszec, część zacznie wykopki w ogrodzie… Dane z poprzedniej rekwizycji złota wykazują, że społeczeństwo dzieli się w takiej sytuacji 50/50.

Ważniejsze będą jednak globalne konsekwencje – dolar jest walutą rezerwową świata i duża część znajduje się poza granicami USA, gdzie dekret o nielegalności złota nie ma mocy prawnej. Posiadacze dolara pogubią ręce i nogi w pędzie, by wymienić papier na metal. O ile poprzednim razem było przydatne w walce z deflacyjną depresją, by ludzie wyjęli dolary spod materaca i wydali je, to tym razem w stagflacyjnej depresji skłanianie ludzi do ucieczki od dolara doprowadzi do katastrofy. O ile akcja rządu z 1934 roku (świadomie i planowo) spowodowała spadek wartości dolara 20 do 35 $/oz złota, to tym razem taki krok może spowodować (całkowicie  niekontrolowany) spadek wartości dolara z 1 400 do na przykład 14 000 $/oz złota. To może za sobą pociągnąć ceny innych surowców, takich jak ropa czy pszenica, w rejony ‘astronomiczne’. I tu zacznie się problem dla zjadacza chleba w Polsce, bo zamiast czytać o podwojeniu cen zbóż będziemy czytać o 10x wzrostach. To przy dość stałym poziomie emerytur i wynagrodzeń spowoduje budowanie barykad zamiast autostrad.

Niezależnie czy złoto będzie legalne czy nie, zboża będą rosnąć w cenie, odzwierciedlając rozwadnianie dolara i podążając na wykresach śladem drożejącej (w ramach Peak Oil) ropy. Co więcej, na biopaliwa będzie przerabiać się coraz więcej płodów rolnych, co na ceny żywności wpłynie tak, jak na ognisko polewanie benzyną. I wtedy, dbając o dobro konsumenta i walcząc z spekulantami, wprowadzone zostaną ‘tymczasowe’ kontyngenty w eksporcie płodów rolnych. W takich krajach-eksporterach jak USA ceny na lokalnym rynku spadną. W krajach-importerach z Bliskiego Wschodu (szczególnie jeżeli dany kraj nie jest już w stanie oferować ropy na eksport) efektem będzie głód, rozruchy i totalny rozpad państwowości.

A w krajach-frajerach, takich jak Polska, każda zawierucha zawsze powoduje spadek jakości życia, bowiem każdy rząd jest kierowany przez kłamców i nieudaczników (wszyscy od Mazowieckiego do Tuska) i nie potrafi wykorzystać atutów i kart przetargowych. Z takimi ekipami rodem z ‘Gangu Olsena’ nawet manna z nieba przemienia się w tu niszczycielską klęskę urodzaju (język polski jest chyba jedynym językiem na świecie, gdzie ‘klęska urodzaju’ nie jest oksymoronem, lecz używa się tego określenia na poważnie). To już do przyszłego rządu należy określenie ram prawnych, w jakich zrujnowane będzie polskie społeczeństwo. Być może cała produkcja rolna zostanie zakontraktowana w przeddzień upadku dolara, tak że zamiast słynnego płacenia Polakom gliną przez Związek Radziecki, tym razem płatność otrzymamy w łże-dolarach.

Share This Post

Brodzik

Joanna Brodzik okazuje się być bardzo inteligentną osobą. Nigdy nie podejrzewałem o to celebrytki.

Mechanizmy Rynkowe odc. 8 – Rozmowa w studio

P. Brodzik celnie definiuje homedebetors jako niewolników franka szwajcarskiego. Co więcej, kolejna refleksja też jest trafna i dotyczy poprzedniej waluty papierowej. Szkoda, że mentalnie nie udało się jej dokonać jeszcze jednego małego odkrycia – zauważenia, że po paru dekadach odkrycie zwitka banknotów różni się zasadniczo od odnalezienia zawiniątka z paroma krugerrandami.
Share This Post

Dywersja, czyli ruch oporu

Polacy to dziwny naród. W czasie wojny Niemcy dali Polakom szansę na pracę na rzecz wysiłku wojennego Rzeszy. Dzięki temu programowi rodacy mieli gwarancję pracy (nawet nadgodziny były), zamieszkanie i wyżywienie. A Polacy odpowiadali na tą ofertę sabotując produkty opuszczające linie montażowe fabryk. I w konsekwencji stracili pracę, Sowieci okupowali Polsze przez 45 lat, a na Londyn spadło dużo mniej rakiet V2 niż mogłoby. Nie zginęło kilkadziesiąt tysięcy londyńczyków, którzy nie chcieli ginąć za Gdańsk, a może chcieliby ginąć za Londyn.

Dziś roboty są oferowane na jeszcze bardziej promocyjnych warunkach. Już nie trzeba jechać w bydlęcych wagonach – obozy pracy niewolniczej Fiata są zbudowane w Polsce (zresztą niedaleko Oświęcimia). Otrzymuje się też wynagrodzenie – fakt, że w wysokości 1/5 tego co zarabiają w normalnych krajach, ale na zupę z brukwi znaną z Niemiec akurat starcza.

Niestety, my Polacy ponownie gryziemy rękę, która rzuca nam plewy do koryta. Dochodzi do aktów sabotażu, samochody są celowo niszczone na linii produkcyjnej. Podobno nawet kilkaset samochodów mogło być zniszczonych na jednej zmianie. Nie potrafimy docenić tego, że dzięki Włochom mamy przywilej pracowania i przyczyniania się do tego, że paru grubych Włochów będzie jeszcze grubszych i że wymienią sobie stare 30 stopowe jachty na nowe 50 stopowe. Widocznie znajdują się jednostki (możemy ich nazwać brudnymi komunistami albo śmierdzącymi lewakami), którzy nie chcą wegetować zastanawiając się, czy 2 złote wydać na piwo czy może na bilet autobusowy.

Warto wspomnieć o tak zwanych ‘związkach zawodowych’. Tradycja wywodzi się hen z czasów Jüdischer Ordnungsdienst, czyli żydowskiej policji w gettach czy Podstawowej Organizacji Partyjnej obecnej w każdym zakładzie pracy PRL. To byli ludzie, którzy za parę srebrników pilnowali całą resztę towarzystwa, dzięki czemu biznes mógł się kręcić. I tak w obecnej RP działacze koncentrują się na utrzymaniu swoich stołków i pobieraniu sutych wynagrodzeń. Czy pracownik ma co żreć nie ma żadnego znaczenia; Włosi mogliby nawet rozstrzeliwać pracowników, byle tylko związkowcy otrzymywaliby właściwe wypłaty.

Choć w kwestii wyzysku mam zupełnie lewicowe podejście do tematu, to zakończę tą notatkę akcentem liberalno-prawicowym. Nikt tych ludzi nie zmusza do pracy, pod karabinem nikt ich nie trzyma. Sami są sobie winni, że pracują za 1500 złociszy netto i że przez to sprowadzają nędzę na siebie i swoje dzieci. W 2004 roku kilka milionów ludzi powiedziało ‘fuck you kochana Polsko’ i wyjechało. Gdyby wyjechało kolejne 5-10 milionów Polaków to właściciele tej fermy niewolników nie miałoby innego wyjścia niż tylko podnieść wynagrodzenia. I wtedy pozostałym dałoby się żyć.

Share This Post

Rynek złota w Polsce

Przy okazji wizyty w Londynie mam możliwość odbycia kolejnej rozmowy z jednym z dużych europejskich dilerów złota. Z tej rozmowy oraz wielu poprzednich wynikających z pracy w branży wyłania się ciekawy obraz sytuacji.

Najpoważniejsza i najbardziej profesjonalna firma handlująca kruszcem w Polsce znana jest pod nazwą e-numizmatyka. Każdy, kto ma zbędne 20 złotych może się zapoznać z ich sprawozdaniem finansowym. Wynika z niego, że spółka działając w trzech sklepach internetowych sprzedaje za jakieś 50 mln złotych osiągając zysk na poziomie 3 mln złotych rocznie. Już po operowaniu trzema sklepami widać, że właściciele nie są w ciemię bici (pozdrawiam 😉 ). Mało kto w polskim biznesie potrafi tak twórczo i skutecznie zastosować kanibalizację. Uważasz, że e-numizmatyka zarabia za dużo kasy? Przysłali oklepanego kruga? Idź, kup w kursach złota. Kasa i tak popłynie w tą samą kieszeń 😉

Jest też Mennica, firma tak nieprofesjonalna, że właściwie szkoda o nich wspominać. Idą tam kupować jelenie, którzy nie zrobili żadnego rozeznania na rynku i nie wiedzą, że ceny mają mało konkurencyjne, delikatnie mówiąc. Ale może taka jest strategia firmy, może chodzić o unikanie konkurowania złotem inwestycyjnym z istną kurą znoszącą złote jaja, jaką jest produkcja złotych monet kolekcjonerskich. Niestety, władcy Mennicy nie potrafią rozgrywać kart tak finezyjnie jak firma powyżej. Można by zarabiać na obu tych kierunkach, ale w imię ‘niekonkurowania ze sobą’ nie robi się tego i traci się kasę.

Mamy jeszcze jednego dużego gracza, tanio sprzedającego złoto. To KGHM SA. Jest tylko jedno ale – produkują sztabki 2 i 4 kilo. Trochę za duże dla przeciętnego inwestora, ale przynajmniej wyglądają ładnie:

Na zakończenie warto wspomnieć o maluchach. Zauważam rosnącą presję ze strony różnych bulionerów, kupujących po parę uncji u wspomnianych dilerów z zamiarem szybkiej odsprzedaże w Klecholandzie. Ludzie nie są debilami. Czytają Słomskiego i Cynika i podejrzewają, że możemy mieć trochę racji co do czekającego nas wyparowania systemu walut papierowych. Czemu nie zarobić na tym trochę kasy?

Niestety, wszystko wskazuje na to, że dobre czasy powoli się kończą, zarówno dla grubszych ryb na polskim łowisku, jak i dla płotek. Grubi międzynarodowi dilerzy nie są debilami i też potrafią kombinować – dlatego właśnie są grubymi rybami. Jakiś czas temu powalił mnie jeden z dyrektorów z Niemiec. Pokazał mi wydruki z Wikipedii  (!) z zakreślonymi danymi demograficznymi Polski i stwierdził, że oni po prostu nie mogą sobie pozwolić na to, żeby nie być na rynku polskim.

Proszę zwrócić uwagę, że największa polska spółka kupuje towaru za jakieś 10 mln EUR rocznie. Konkurent, którego mam na myśli, dokonuje zakupu za 1 500 mln EUR rocznie. Kto dostanie lepsze ceny? Kto pierwszy dostanie towar, gdy zacznie go brakować? Kto może nie dostać towaru w ogóle, gdy poprosi o to prezes dużo większej spółki?

I to się już dzieje. Jednym z większych graczy na Zachodzie jest Reiffeisen, który właśnie kupił Polbank. Do tej pory Austriacy skupiali się na obsłudze podmiotów biznesowych. Teraz doszli do wniosku, że chcą też zarabiać na rynku detalicznym. Do tej pory złoto było traktowane po macoszemu, można je było kupić w Polsce, ale po absurdalnych cenach. Od przyszłego roku złoto ma być sprzedawane w każdej (!) byłej placówce Polbanku.

O ile wiem, dwaj inni giganci szykują się do wejścia na nasz rynek. To tylko kwestia otwarcia magazynu w PL, najęciu paru pracowników i logistyki (to w tej branży największy ból). Ceny sprzedaży tych podmiotów w detalu w Polsce będą o 1-2% wyższe niż ceny hurtowe, które w tej chwili mają polskie firmy kupując swój towar. Będzie zwyczajnie pozamiatane, jak w branży sklepów spożywczych po ekspansji Tesco i Biedronki.

Moim celem bynajmniej nie jest odstręczanie od zakupu złota i nakłanianie do czekania aż do momentu wejścia rekinów. Złoto za rok będzie dużo, dużo wyżej niż dziś. Te parę procent mniejszej marży nie warte jest czekania, skoro całkiem prawdopodobny jest skok o dziesiątki czy setki procent. Ale to tylko moja opinia, co ja tam wiem 😉

Share This Post

Odroczenie egzekucji

Peak Oil staje się powoli faktem, choć publika podłapie to na samym końcu. Trzeba zastanowić się co dalej, jakie kroki można podjąć w średnim horyzoncie czasowym. W dłuższej perspektywie starsze technologie będą zastępowane nowocześniejszymi i ropa naftowa zejdzie na dalszy plan. Chodzi o wypełnienie tej luki, między dniem dzisiejszym, gdy zupełnie nie jesteśmy przygotowani do spadającej dostępności paliw płynnych a przyszłością, gdy paliwa te nie będą tak krytycznie konieczne.

Nasze rozważania są czystą dywagacją. Nikt nie będzie pytał tutaj obecnych, jakie kroki trzeba podjąć. Konsultacje społeczne rządu będą sprowadzać się do populistycznego podążania za wskaźnikami sondażowymi, a wielki biznes będzie robił swoje ponieważ ma swoich pracowników od R&D, którym płaci za myślenie. Ten wpis i późniejszą dyskusję trzeba traktować jako niegroźną formę zabijania wolnego czasu.

Mimo naszego samozachwytu nad rozwojem naszej cywilizacji prawda jest taka, że nasze osiągnięcia są dość skromne. Na naszym satelicie byliśmy parę razy i nic nie zapowiada rychłego powrotu. Samochody, które tak błyszczą w reklamach, są niebezpiecznym środkiem transportu zabijającym setki tysięcy ludzi rocznie. Nasza cywilizacja nie produkuje energii, jak by się mogło wydawać patrząc na elektrownie. Większość energetyki opiera się na przetwarzaniu energii cieplnej spalania węgla na energię elektryczną z żenującą sprawnością nie przekraczającą 60%. Trzeba jeszcze dziesięcioleci, by udało się nam porzucić paliwa kopalne. I jeszcze raz podkreślić należy, że konieczne jest znajdywanie sposobu będącego pomostem między dniem dzisiejszym i kryzysem Peak Oil a dość odległą przyszłością, gdy do baków nie będziemy musieli wlewać ropopochodnych.

Konieczne jest założenie, że nowe technologie będą odkrywane i wprowadzane. Z jednej strony na rozwiązaniu problemu Peak Oil skupią się najtęższe umysły świata (gdy tylko zdadzą sobie z tego sprawę) a inwestować będzie cała światowa oligarchia. Z drugiej jednak strony istnieją jednak trudne do rozwiązania problemy, które sprowadzają się do tego, że nie potrafimy tak naprawdę produkować energii. Przerabiamy jedną formę energii (np. chemiczną w węglu kamiennym) na cieplną (np. na ogrzanie miasta). I tu pojawia się problem, polegający na tym, że dostępnych źródeł energii nie znamy zbyt wiele i są one nieodnawialne. Tak więc jeżeli nie znajdziemy nowych technologii, działania zaradcze o których za chwilę, będą tylko odraczaniem egzekucji.

Polska jest w dość szczęśliwym położeniu. Mamy dość duże zasoby węgla brunatnego, szacowane na jakieś 30 000 mln ton. To jest ogromna liczba. Tymczasem zużywamy rocznie jakieś 25 mln ton paliw płynnych, które można wytworzyć właśnie z tego surowca. Z racji niskiej zawartości energetycznej węgla brunatnego i zużycia energii w procesie technologicznym, szacuję, że potrzeba około 6 jednostek wagowych węgla by wyprodukować 1 jednostkę paliwa płynnego. Zatem rocznie zużywalibyśmy 150 mln ton węgla, co daje nam teoretycznie paliwa na 200 lat.

Nawet gdy do korytka będą chcieli podłączyć się Niemcy (którzy zresztą też mają swój węgiel brunatny) można zapatrywać się na syntezowanie paliw dość optymistycznie. Zresztą Niemcy mają swoje osiągnięcia w tej dziedzinie. Byli pionierami już w przed wojną wdrażając technologię Fischera Tropscha, również na terenach dzisiejszej Polski. W RPA firma Sasol produkująca paliwo syntetyczne jest najbardziej spektakularnym przedsięwzięciem biznesowym w tym kraju. Technologia rozwinęła się całkiem obiecująco i znana jest dziś bardziej pod nazwą MTG (tu jest ogromna ilość informacji w temacie).

Wielkim minusem jest duża emisja CO2 przy produkcji. Szacuje się, że połowa węgla z węgla brunatnego ‘idzie’ w paliwa, a połowa w komin. W obecnym szaleństwie likwidowania emisji CO2 (jest to chyba element planu przenoszenia ludzkości z powrotem do jaskiń) MTG spowoduje głośny skowyt eko-terrorystów.

Reasumując – wkrótce konieczne będzie całkowite przestawienie gospodarki energetycznej Polski. Węgiel spalany w elektrowniach musi być przetwarzany na paliwa płynne, a energia elektryczna musi być produkowana z atomu. To będzie ogromny wysiłek inwestycyjny, ale jest to jedyna droga by dostarczyć gospodarce i społeczeństwu niezbędnej energii. Bez tego czeka nas zapaść gospodarcza – i w konsekwencji – cywilizacyjna.

Share This Post

Kratki

Uwielbiam czytać Wybiórczą. Kapitalne jest podłapywanie przez pismaków tonu rządowej propagandy. Zdumiewa i zastanawia, czy on są po prostu głupi czy naprawdę wierzą w to co piszą:

Załamanie na rynku nowych aut po likwidacji “kratki” i podwyżce VAT.

To nie załamanie w styczniu tylko sztuczny pik w grudniu, wytworzony przez tysiące ludzi ratujących się przed dokręcaniem śruby fiskalnej.

To załamanie wynika głównie z wprowadzonego od stycznia na dwa lata ograniczenia w ulgach podatkowych dla przedsiębiorców kupujących tzw. auta z kratką.

Haha, tak, to ograniczenie jest tak samo ‘tymczasowe’ jak ‘tymczasowe’ było zawieszenie wymienialności dolara na złoto w 1971 roku. Nadal czekam na przywrócenie wymienialności po ówczesnym kursie 35$/oz i codziennie dzwonię do Białego Domu z pytaniem kiedy obietnica prezydenta Nixona (przywrócenia wymienialności) zostanie zrealizowana.

Zachodzę też codziennie do Banku Gospodarki Żywnościowej zapytać kiedy mi wypłacą obligacje, które rząd po wojnie uznał lecz tymczasowo zawiesił ich spłatę. Śmieją się jak im pokazuję palcem na napis na obligacjach, że wypłaty dokonuje każdy oddział BGŻ i odsyłają mnie do oddziałów we Lwowie i Wilnie. Ale przestają się śmiać, jak im przypominam, że ich emerytury OFE opiera na obecnych obligacjach obecnego RP, i że nie mają nawet ich w formie papierowej, którą będą mogli powiesić sobie na ścianie.

Rząd uznał, że to zbyt kosztowne dla budżetu i za zgodą Komisji Europejskiej na dwa lata ograniczył ulgi.

A co się stanie, gdy rząd uzna, że niepłacenie 50% czy 100% podatku dochodowego jest zbyt kosztowne dla budżetu? Bo przecież to, że ludzie nie oddają wszystkich dochodów na pokrycie żywotnych potrzeb narodu jest przecież bardzo kosztowne dla budżetu.

przedsiębiorcy mogli odliczyć pełny VAT od ceny auta z kratką oraz paliwa do tego auta

Pierwotnie koncepcja VAT opierała się na płaceniu do budżetu różnicy między podatkiem należnym a naliczonym. Czyli przedsiębiorca sprzedawał za 10 000 zł miesięcznie przy kosztach 8 000 zł, więc do rachunek był prosty. VAT = (10 000 * 0,22) – (8 000 * 0,22) = 440.

A potem rząd uznał, że budżetu nie stać na takie rozwiązanie. Paliwo się nie kwalifikuje do odliczenia, to naturalne i zrozumiałe. Dlaczego miałoby się kwalifikować nabycie spinaczy? Papieru do drukarki? Abonamentu telefonicznego? Czynszu? Ba, dlaczego umożliwiać odliczenie VAT od zakupu surowców?

Jestem całkiem pewien, że wkrótce te złodziejaszki Rostowskiego ustalą rozliczenie VAT w następujący sposób VAT = (10 000 * 0,25) – (0) = 2 500. Budżetu przecież nie stać na inne rozwiązania.

Oczywiście powyższy sposób rozliczenia VAT będzie tymczasowy, do czasu aż budżet nie zostanie zrównoważony i nie spadną potrzeby budżetowe.

Share This Post