Monthly Archives: November 2010

WikilLeaks

Z uśmiechem czytam doniesienia związane z przeciekami publikowanymi na WikiLeaks.

Zupełnie nie dziwią mnie przecieki dotyczące Polski, z których wynika, że USA z Rosją handlują Polską. To się już zdarzało (Jałta, Poczdam), teraz dzieje i powtórzy się w przyszłości. Cała przyjaźń ze strony USA wynika z tego, że można Polską rozegrać w odpowiednim czasie. Jeżeli USA będzie miało jakikolwiek ważny powód by Polskę sprzedać Rosjanom – zrobi to bez zmrużenia oka. Amerykańscy dyplomaci różnią się od polskich tym, że są profesjonalistami, a w dyplomacji liczy się realizm i skuteczne wykorzystanie posiadanych atutów.

Dla nierozumiejących tego podam przykład. Załóżmy, że przychodzi do mnie człowiek i mówi mi, że kupi ode mnie Księżyc za $1000 i bierze na siebie wszelkie kwestie legalności tej transakcji. Oczywiście natychmiast sprzedaje mu to ciało niebieskie i jeszcze próbuje dołożyć Marsa za drugie $1000. A co w sytuacji, w której Rosjanie przyjdą do nas i zaoferują nam obwód Kaliningradzki w zamian za poparcie dla zajęcia Alaski? Będziemy się długo zastanawiać? Bo jeżeli Amerykanie zapytają Rosjan czy mają coś przeciw zajęciu Iranu, a Rosjanie zażądają Polski, Ameryka długo nie będzie się zastanawiać …

Drugi niesamowicie zabawny aspekt całej tej afery to próby zastosowania paragrafu 58 przeciw szefowi portalu. Była już próba oskarżenia go o gwałt, zablokowane zostały konta bankowe a teraz australijski prokurator stwierdza Mogło dojść do naruszenia różnych paragrafów.  Oczywiście, że mogło, nawet doszło z pewnością! Prawo jest dziś tak zawikłane, że nie sposób rano się ogolić, żeby w tym czasie nie naruszyć 2-3 paragrafów!

Kapitalne jest to, że ‘Australia rozważa też prośbę władz Stanów Zjednoczonych o unieważnienie paszportu szefa WikiLeaks’! Może jeszcze USA zmuszą Australię do odebrania mu obywatelstwa? Właściwie to czemu nie?

Reżim rządzący USA użyje wszelkich możliwych kroków wobec Szwecji i Australii – począwszy od fakowania przez telefon, przez wzywanie ambasadorów, po sankcje gospodarcze – by zlikwidować WikiLeaks.

Całą ta hecę udało się antycypować twórcom Simpsonów. Polecam obejrzenie odcinka 16 sezon 6.


16

Share This Post

Dom na wodzie

Bańka spekulacyjna oraz zmowa deweloperów doprowadziły do tego, że nikt rozsądny nie kupi dziś nieruchomości w Polsce. Każdy inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę, że ceny będą spadać i za jakiś czas ten sam dom będzie kosztować mniej. Zakup po paskarskich cenach wiąże się z tym, że zgrzytając zębami na spadające ceny będzie się legalnym niewolnikiem banku przez wiele lat. Cała ta sytuacja może oznaczać, że albo płaczemy i płacimy albo w nieskończoność frustrujemy się wynajmem. Czyżby nie było żadnego rozwiązania?

Trzeba myśleć niestandardowo, co w języku lengłicz nazywa się bardzo trafnie i obrazowo ‘out of the box thinking‘. Jeżeli grunty są wyspekulowane, to trzeba unikać mieszkania na twardym gruncie – można mieszkać na wodzie. Na Zachodzie dzieje się tak ‘od zawsze’ – w Polsce po prostu ‘nikt tak nie robi’ i nikt się nie odważy zostać tym pierwszym. To się już zmienia i pojawiają się osoby mieszkające na Wiśle i Odrze, ale do nasycenia takiego jak w Amsterdamie minie jeszcze wiele lat.

Oto 50 metrowy dom, który można kupić za 20 000 EUR – proszę mi pokazać dom za tą cenę, który można postawić w centrum dowolnego miasta – a większość dużych Polskich miast leży nad szeroką rzeką:

Powyższa barka jest sprzedawana na podstawie umowy notarialnej, co daje nam akt własności. Można ją zarejestrować za granicą i przypłynąć pod obcą banderą. W ten sposób pokazujemy palec środkowy bandytom z polskich urzędów, ponieważ nie kwalifikujemy się na żadne szykany z ich strony.

Żeby było zabawniej, polskie nabrzeża są przystosowane do mieszkania w barkach. Wrocław czy Szczecin to polskie Wenecje, z urokliwymi nabrzeżami, wyposażonymi w przyłącza elektryczne i słupki cumownicze. To zostało jeszcze z czasów poniemieckich, gdy dawni gospodarze bardziej doceniali uroki rzek i nie były one dla nich wyłącznie sposobem na pozbycie się ścieków.

Nie bez znaczenia są kwestie surwiwalowe. Zwykłego domu nie da się ewakuować przed nacierającą Armią Czerwoną Rosyjską. Tu wystarczy odciąć cumy, załatwić pchacz i można odpłynąć do dowolnego miejsca w Europie. Dodatkowo mieszkanie jest bezpieczniejsze w nocy i w czasie naszej nieobecności – wystarczy ponieść trap i włamanie czy pomazanie ścian sprejem będzie uniemożliwione.

Share This Post

Rodzina wielopokoleniowa

Gdy zastanawiam się nad konsekwencjami obecnego kryzysu finansowo-energetycznego to pierwsze co się nasuwa to drastyczny spadek siły nabywczej społeczeństwa. Bezrobocie jest wysokie i  będzie jeszcze wyższe. Ludzie tracą pracę a gdy nawet jakąś zdobędą, to wynagrodzenie jest zwykle niższe niż w poprzedniej. Wiadomo już, że wchodzący w wiek emerytalny będą otrzymywać dużo niższe emerytury niż przechodzący na emeryturę dziś, natomiast obecnie pobierający świadczenia mogą spodziewać się zabiegów z inflacją, celem obniżenia świadczeń.

Również kredyty będą znacznie trudniejsze do uzyskania. Biednemu pożycza się niechętnie, a gdy biedne jest całe społeczeństwo, bankom nie będzie się tak palić by udzielać kredytów jak dziś. Samo oprocentowanie nie będzie zachęcające – mamy przecież sytuację, gdy bankrutują kolejne kraje i wiele krajów pozwala na wysoką inflację by wyinflacjować się ze swoich zobowiązań. Kredyty w systemach monetarnych z wysoką inflacją są drogie, mało dostępne i bardzo trudne do spłaty.

Reasumując – pieniędzy na wydatki będzie statystycznie mniej. Cięcie zacznie się od błahych wydatków na ubrania, wakacje, wydatki na restauracje, czy drobne codzienne wydatki (cappuccino factor). Przestanie się regulować płatności i niektórzy posuwają się do kradzieży. Potem zacznie się głębsze zaciskanie pasa, którego ofiarą będą nieruchomości. Spłata kredytu/czynsz jest dziś głównym składnikiem kosztowym rodziny w Polsce. Nie będzie rady – ludzie będą wyrzucani z mieszkań lub sami będą się ich pozbywać by powrócić do rodziców.

To zjawisko już ma miejsce, i to na całym świecie. O zjawisku Bamboccioni można sobie poczytać podlinkowany dość naiwny artykuł. Coraz więcej ludzi w średnim wieku wraca do swoich rodziców. Dobrze, gdy warunki lokalowe na to pozwalają, gorzej, gdy małżeństwo z małym dzieckiem musi wrócić do sypialni, w którym jedno z małżonków dorastało. Trudne jest także współżycie z teściami – zawsze dochodziło i dochodzić będzie do konfliktów międzypokoleniowych.

Tradycyjna rodzina 3 pokoleniowa, choć obarczona wieloma wadami, ma również swoje plusy. Koszty życia są niższe – jeden czynsz za spłacone mieszkanie daje dach nad głową 3 pokoleniom. Rzadsze jest wychodzenie do restauracji przez co wydatki można głębiej ciąć – domowy obiad dla 5-6 osób jest tańszy i zdrowszy. Dziadkowie mogą zajmować się wnukami, przez co odpada wydatek na żłobek i przedszkole. Dodatkowo wychowanie się z dziadkami stymuluje do rozwoju bardziej, niż siedzenie w piaskownicy z rówieśnikami, umożliwia również przekazanie cennej wiedzy między pokoleniami.

Zapewne zaraz odezwą się głosy utrzymujące, że nie po to ciężko pracują, żeby mieszkać ‘nie jak ludzie’. Fakty są jednak takie, że mamy pogłębiający się kryzys na głowie i musimy z tym jakoś sobie radzić. Nikt nie powiedział, że będzie miło czy łatwo. Kto jest naiwny i wierzy w obietnice dostatniego życia prezentowane w reklamach, ten skończy jako bankrut pod mostem.

Share This Post

Analiza techniczna złota

Kolega SiP sygnalizował ryzyko wystąpienia formacji RGR na wykresie złota wyrażonym w dolarach. Wszystko wskazuje, że rzeczywiście ma racje. Przyjrzyjmy się wykresowi:

Mamy więc niższy szczyt, wyższy i jeszcze raz niższy – typowa formacja Ramie Głowa Ramie. Wielce prawdopodobny jest zjazd do poziomu $1280, szanse oceniam na 80%. To co przemawia za dalszym wzrostem cen to kryzys zadłużenia w kolejnych państwach PIIGS.

To oczywiście będzie zjazd wyrażony w dolarach, czyli walucie która właśnie się umacnia. Dla posiadaczy złotówek oznacza to, że nawet jeżeli dojdzie do spadku cen, to będzie on nieznaczny, skompensowany spadkiem wartości złotówki w stosunku do dolara.

Pamiętać trzeba, że ewentualny spadek cen złota pociągnie za sobą spadek cen srebra. Jeżeli cena srebra spadnie poniżej $25 oznaczać to będzie przebicie oporu i dalsze spadki. Wydaje się, że cena $20 za uncję srebra jest ceną bardzo okazyjną i nie sądzę, by cena mogła spaść niżej.

Spadki cen są błogosławieństwem dla osób inwestujących w metale. Należy wyłapywać takie korekty i nie kupować w górce, ze strachu, że jutro świat się skończy i metale będą niedostępne. Z kolei nie należy przejmować się spadkami cen i nie myśleć, że spadki są trwałe i metale stracą całą swoją wartość – to nie akcje.

Dla tych, którzy mają mocne nerwy rada – poczekajcie aż złoto spadnie do poziomu nieco ponad $1280 a srebro poziomu nieco ponad $20 – wtedy zapraszam do mnie na zakupy. Dla osób o słabych nerwach – zapraszam na zakupy już teraz. Warto jednak pamiętać, że żyjemy w reżimie pieniądza papierowego – wszelkie spadki cen to tylko korekty bo papier nieustannie i nieodwracalnie traci wartość nabywcza. Jest tylko jeden kierunek cen w dłuższym okresie czasu – w górę.

Share This Post

Dylemat

W szeregu wcześniejszych wpisów oraz towarzyszących im komentarzach powraca pytanie – czy ludzie są odpowiedzialni za dramatyczny stan swoich finansów? Czy być może zamiast oszczędzać i troszczyć się o przyszłość ludzie ci przehulali swoje pieniądze, a teraz zwracają się o pomoc? Udzielenie takiej pomocy byłoby czystym hazardem moralnym – ludzie ci zostaliby nagrodzeni za złe zachowanie, koszty pokryliby inni, bardziej odpowiedzialni ludzie.

Wydaje się, że podobne dylematy odczuwają lekarze. Co ma zrobić lekarz, który bada pacjenta z chorobą wieńcową i stanowczo zabrania palenia papierosów. Pacjent obiecuje, że już więcej nie zapali a kilka minut później lekarz widzi go przez okno zapalającego papierosa. Czy lekarz może odmówić leczenia tego pacjenta? Czy być może niezwykle drogie zabiegi kardiologiczne powinny być zachowane dla pacjentów stosujących się do zaleceń lekarskich?

Podobne dylematy towarzyszom transplantologii. Marskość wątroby często wynika z choroby alkoholowej, jedynym ratunkiem jest jej przeszczep. Tymczasem ilość wątrób do przeszczepienia jest wysoce ograniczona. Pacjenci z aktywną chorobą alkoholową (pijący) nie są rekomendowani do zabiegu – nie dość, że przepili swój organ, to jeszcze najprawdopodobniej przepiją następny. Lepiej tą wątrobą uratować komuś życie, kto bardziej na to zasłużył.

I tu zbiegają się oba dylematy. Czy pacjent powinien pozwolić upartemu pacjentowi umrzeć? Czy ekonomista powinien pozwolić, by ludzie podejmowali złe decyzje inwestycyjne na skutek celowo błędnych porad? Czy obywatele powinni pozwolić głodować innym ludziom, którzy są zwyczajnie głupsi, pazerniejsi czy lekkomyślni?

Osobiście staram się ratować ludzi jak tylko się da. Stoję na stanowisku, że ważna jest praca organiczna. Każdy powinien pracować nad poprawianiem rzeczywistości i pomaganiem ludziom tak dalece jak tylko chcą tą pomoc przyjąć. W tym celu zupełnie gratis dzielę się informacjami, zarówno w kontaktach osobistych jak i na blogu. Dodatkowo pomagam ludziom w zakupie metali inwestycyjnych – wierzę, że w ten sposób pomagam ludziom zabezpieczyć swoje ciężko zarobione pieniądze przed wyparowaniem wartości z pieniądza papierowego.

Da się zmieniać rzeczywistość wokół nas na lepsze. Pomaga zarówno praca nad budowaniem czegoś nowego jak i protest przeciw temu, co złe. Każdy powinien wziąć sprawy w swoje ręce – pracą i oporem wyraża się patriotyzm znacznie bardziej, niż machaniem flagą.

Share This Post

Dolar

Serwis inflation.us wyprodukował nowy film pokazujący możliwy scenariusz kryzysu dolara. Od wielu lat ostrzegam przed taką sytuacja i uważam, że takie wydarzenia są wysoce prawdopodobne. Zawsze tak kończyło się nadmierne drukowanie waluty połączone z zadłużaniem kraju, tak samo skończy się i tym razem. Ludzie za 10 lat będą mówić – to przecież oczywiste, że tak się musiało stać oraz każdy wiedział, że to się tak skończy.

Share This Post

Populizm

Andrzej Lepper jest dziś ikoną polskiego populizmu. Taki ordynarne jechanie pod publikę jest po prostu śmieszne i już nigdy społeczeństwo nie złapie się na jego lep. Czyżby?

Każdy rząd demokratyczny jest populistyczny. Na tym opiera się koncepcja demokracji telewizyjnej, że codziennie badane są opinie społeczne i podejmowane są takie kroki by publikę zadowolić, gdy tymczasem oligarchia rządzi i zarabia. Przykład?

Społeczeństwo zaniepokojone jest zabójczymi dopalaczami. (Nieważne, że dotąd nikt od nich nie umarł). Zakazujemy, nawet gdy jest to niezbyt zgodne z prawem. Przy okazji dyskusja społeczna odchodzi od najważniejszego tematu – zbliżającego się bankructwa systemu emerytalnego, który pociągnie za sobą całą resztę finansów publicznych. Mamy więc zasłonę dymną, gdy tymczasem wielki biznes produkujący leki ma układ z ministerstwem polegający na refundowaniu leków, nawet gdy są tańsze zamienniki. Paru cwaniaków zbija kolosalna kasę gdy tymczasem cały kraj pędzi w stronę przepaści!

Problem rządu polega na tym, że nie można zmienić zasad matematyki. Na pytanie ‘Ile jest dwa plus dwa’ Tusk odpowiada ‘Krzyż !’ albo ‘Dopalacze !’, ale nie zmieni to faktu, że kiedyś trzeba będzie przyznać że ‘cztery’. Bankructwo Polski jest nieuniknione tak samo jak Grecji, jest to tylko kwestią czasu kiedy się to stanie i kiedy ten fakt przebije się do móżdżków wyborców, ogłupionych ciągłymi tematami zastępczymi.

Gdy się już jednak stanie tak, że ‘płaszcza nie ma’ i brakuje kasy na wypłatę zobowiązań budżetowych wtedy będą dwie możliwości – zgwałcić porządek konstytucyjny i nakazać NBP druk złotówek (powrócimy do wysokiej inflacji znanej z końcówki PRLu) lub ciąć wydatki (na przykład na edukacje).

Takie zabiegi wywołają niepokój posiadaczy polskiego zadłużenia, z którego duża część jest krótkoterminowa i wymaga ciągłego rolowania. Odmówią oni zakupu kolejnej porcji obligów, wybiorą złotówki, które natychmiast zamienia na walutę i wytransferują. To spowoduje osłabienie złotówki i wzrost kosztów obsługi długu zagranicznego wyrażonego w walutach obcych. Nie dość, że brak kasy na bieżące wydatki budżetowe, to pożyczyć trudno i drogo a obsługa zadłużenia coraz droższa. Dodatkowo UE nam nie pomoże, ratując strefę euro resztkami posiadanych zasobów. Jest to przepis na idealną burzę i co więcej – jest to scenariusz 100 % pewny i nie do uniknięcia.

I w tym miejscu trzeba powrócić do Leppera. Na kogo zagłosują wyborcy w Polsce, gdy zbankrutuje? Na Tuska i jego kolegów pseudoliberałów? Raczej na kogoś nowego, kto obieca, że rozliczy winnych i przywróci czas prosperity, no może trochę kosztem ‘tymczasowego’ ograniczenia ‘części’ wolności politycznej i gospodarczej. Chyba wszyscy się na to zgodzą, nie pojawi się żaden zdrajca życzący ojczyźnie źle? Taki element od razu się będzie ‘tymczasowo’ izolować na jakimś naszym odpowiedniku Guantanamo. Kaczyński wydaje się przy takiej opcji mężem opatrznościowym, dla którego warto rozdać klerowi resztę majątku narodowego i wprowadzić karę 25 lat więzienia za posiadanie prezerwatywy.

Jestem całkowicie pewny, że sytuacja w gospodarce światowej przypomina dwa pędzące na siebie dwa parowozy, z tym że całą sytuację oglądamy klatka po klatce. Wiadomo, że dojdzie do katastrofy i że jest to nieuniknione. Efektem będzie nędza, będąca pożywką dla populizmu. A populizm wiemy czym się kończy – obozami koncentracyjnymi i kopaniem okopów.

Ostatnio zabrało nam 10 lat od początku kryzysu w USA (1929), przez populizm w Niemczech (1933) do wojny w Europie (1939). Kryzys zaczął się w 2008, populizm będziemy mieć w 2012 a czołgami pojeździmy sobie (lub po nas pojeżdżą) w 2018.

Share This Post

Planus regius

Niektóre treści przekazać łatwiej w formie żartu, ‘na Stańczyka’:

Facet ma wiele racji – cały postęp jest wytwarzany przez garstkę genialnych specjalistów. Gates przyznał, że 90% prac koncepcyjnych w Microsofcie wykonuje 20 inżynierów. To dotyczy wszystkich branż. 99,99% populacji wyłącznie konsumuje wysiłek intelektualny i kreatywność innych ludzi.

Wystarczy odpowiednio silny wstrząs – np. Peak Oil – by cała ta delikatna struktura uległa zniszczeniu. Wystarczy kilkanaście lat chaosu, w czasie którego nie będzie dopływu nowych kadr a stare wymrą. Wystarczy, że w ciągu tych kilkunastu zim zmarznięci mieszkańcy miast opróżnią wszystkie biblioteki, przeznaczając książki na opał. I pozamiatane, nie potrzeba nam żadnego upadku meteoru.

Share This Post

Nowy plan

Budowanie sieci szybkiej kolei ma kolosalne znaczenie. W świecie post-Peak-Oil lotnictwo przejdzie do historii lub na loty stać będzie wyłącznie najbogatszych oligarchów. Kolejnictwo elektryczne wróci w wielkim stylu – jakoś trzeba będzie skomunikować ze sobą odległe krańce kontynentów – np. NY z LA lub Moskwę z Londynem.

Przeszkodą jest ogromna ilość kapitału jaką trzeba zaangażować w takie przedsięwzięcie i duże ryzyko powstania strat. Nikt z oligarchów nie kwapi się do takiej inwestycji biorąc pod uwagę to właśnie ryzyko. Tymczasem rządy zachodnie są zbankrutowane i nie mają na podstawowe wydatki, co dopiero mówiąc o takich ogromnych inwestycjach. Można się jedynie przyglądać z zawiścią jak Chiny budują swoją infrastrukturę.

Istotnym czynnikiem jest zapewnienie bezpieczeństwa. Kraje zachodnie są smacznym kąskiem dla ekstremistów religijnych (których nasze lokalne zmutowane wersje można oglądać na blogu p. Cynika, gdzie ubliżają mu od ‘bluźnierców’ lol). Zamachy w Hiszpanii pokazały dobitnie, że kolej jest idealnym celem – nie sposób umieścić policjanta w każdym przedziale oraz postawić strażnika co metr torów. Wysadzenie szybkiego pociągu będzie niesamowicie spektakularne – zwykły pociąg po prostu wylatuje z szyn i spada z nasypu, ginie kilka osób. Szybki pociąg rozpadnie się na drobne kawałki jak samolot po katastrofie – ofiar będą setki. Stacje telewizyjne zarobią miliony na przerywnikach reklamowych w czasie relacjonowania takich spektakularnych wydarzeń.

Dlatego The Onion wymyślił i zarekomendował Obamie rozwiązanie tych wszystkich problemów stworzeniem sieci szybkich autobusów. Tanio i bezpiecznie. Polecam materiał filmowy:

Share This Post

Miliony odrzuconych

Poniżej wpis gościnny. KJ – dziękujemy.

Zjawiska niestałości oraz braku poczucia bezpieczeństwa, chociaż znane od dawna i niegdyś dotyczące głównie działań w celu utrzymania pokoju na wiecie, u progu XXI wieku chwieją niemal wszystkimi, do tej pory stabilnymi fundamentami ludzkiego życia. Ta sytuacja będzie trwać tak długo, jak długo światowe multikorporacje będą przeczesywać glob w poszukiwaniu coraz tańszej siły roboczej, a zakup czy budowa własnego schronienia będzie wyczynem ponad możliwości przedstawicieli topniejącej klasy średniej. Czy takie pojęcia jak „zatrudnienie” czy „rodzimy biznes” staną się anachronicznymi określeniami?

Czy istnieją podobieństwa w warunkach pracy pomiędzy Pierwszym a Trzecim Światem? Ta teza brzmi kontrowersyjnie, ponieważ z pozoru trudno jest porównywać warunki pracy osoby w wypucowanej korporacji czy lśniącym od świateł i wystaw centrum handlowym w Europie czy Ameryce z wyzyskiem pracowników w krajach produkcji eksportowej. Przecież wynagrodzenie wystarcza pracownikowi w Pierwszym Świecie na utrzymanie, a szef nie bije pałką po głowie za spowolnienia w pracy. Właśnie, tu można dojść do sedna sprawy.

W Trzecim Świecie zakłady zatrudniają głównie ludzi młodych, opłacanych poniżej minimum i mieszkających w spartańskich warunkach. Tacy ludzie zgodzą się na każde warunki finansowe, każda formę zatrudnienia i traktowanie, aby nie stracić jedynego źródła dochodów, wystarczającego przynajmniej na jedzenie i pokrycie kosztów pobytu w noclegowni. Jednak ten sposób wynagradzania i traktowania pracowników zagościł również w bogatym Pierwszym Świecie, wyżerając niczym kwas stabilne wcześniej podstawy normalnego, przewidywalnego funkcjonowania w pracy. W wyniku ostatnich działań globalnych megakorporacji, banków oraz spekulacji na rynku nieruchomości, wielu kompetentnych pracowników musiało rozstać się z praca w swoim zawodzie i szukać jakiegokolwiek zajęcia.

W marcu ubiegłego roku szef nowo otwartego McDonalda w Co. Clare w Irlandii otrzymał 500 sztuk CV, z których sporo pochodziło od prawników, architektów oraz byłych pracowników banków. „Oni są bardzo wykwalifikowani, umieją pracować i są entuzjastyczni”- podkreślił pan McDermott w wywiadzie dla „Irish Examiner”. Tacy ludzie jednak mają niewielkie szanse na znalezienie jakiejkolwiek pracy, ponieważ najczęściej usłyszą, ze jest to zajęcie nieodpowiednie dla ‘dorosłych’. Kilka miesięcy temu w Wielkiej Brytanii głośne stało się samobójstwo popełnione przez Vicki Harrison, która przez dwa lata nie mogla znaleźć żadnej pracy, nawet przy wykładaniu towaru w Tesco. Po tym zdarzeniu Liz Jones, dziennikarka „Mail Online”, w artykule „Dlaczego Wielka Brytania nie może znaleźć pracy dla inteligentnej dziewczyny jak Vicki?” („Why can’t Britain find a job for a bright girl like Vicki Harrison”) napisała następująco: „To nasze pokolenie obrabowało nasze dzieci z przyszłości, z nadziei”(…) „Obarczyliśmy młodych ludzi ogromnym długiem i drogimi nieruchomościami, na które oni nie mają szans nawet zacząć zarabiać”. W swoim artykule przytoczyła sytuację, gdy fryzjer powiedział jej, ze najchętniej zatrudniłby dziewczynę z Włoch, nie z Anglii, oczywiście za darmo. Ewentualnie potem zapłaciłby jakieś pieniądze za postępy w pracy i dał drobne na lunch. „Myślałam, ze niewolnictwo zostało zabronione”- pisze pani Jones po tym, oraz gdy chciała pomóc innej dziewczynie w znalezieniu pracy w firmie odzieżowej . Dostała tylko jedna odpowiedz z firmy Jaeger. Na pytanie, czy ta praca byłaby płatna, usłyszała, ze nie. Dalej wspomina, ze gdy w latach 80 wybuchł strajk w drukarni, która współpracowała z redakcja pracodawcy pani Jones i wydawanie gazety było wstrzymane przez długi czas, dziennikarka nadal otrzymywała wynagrodzenie, siedząc bezczynnie w redakcji i jedząc kanapkę. Otrzymywała również zapłatę wtedy, gdy popełniała błędy w pracy, za które nie wyrzucano, tylko uczono pracowników. Wspomina również, ze swój dom z ogródkiem kupiła w latach 80 za 36 tysięcy funtów. Obecnie wiele korporacji żeruje na zdesperowanych kandydatach, którzy chcieliby wpisać nawet bezpłatne doświadczenie zawodowe do CV albo zdobyć referencje.

Wielu Polaków pomyślałoby, ze kryzys nas nie dotyczy, to wina „głupich” Brytyjczyków, Irlandczyków czy Amerykanów, ze targnęli się na kredyty mieszkaniowe jak z motyka na Słońce i stad obecnie tyle u nich bezrobotnych i bezdomnych frustratów. Nie chcą jednak przyznać, ze w polskich warunkach praca zawodowa wykonywana jest od dawna w podobny sposób jak w Trzecim Świecie. Wynagrodzenie zwykłego pracownika ma wystarczać tylko na podstawowe potrzeby, większości osób nie stać na zakup własnego mieszkania, posiadanie dzieci ograniczone jest do jednego- matki nie są mile widziane jako kandydatki do pracy, a młode mężatki, w przeciwieństwie do młodych żonatych mężczyzn są pytane o plany rodzinne. Ludzie niegdyś aktywni zawodowo, którzy doświadczyli bezrobocia i bezdomności, albo mało zarabiający, nierzadko są zmuszeni do powrotnego zamieszkania z rodzicami. Powrót do dziecięcego pokoju w rodzinnym domu jest bardzo często traumatycznym przeżyciem, zwłaszcza wtedy, gdy ktoś cale lata pracował nad tym, aby wyrwać się z toksycznej rodziny, gdzie był popychadłem. Wpływ toksycznych rodziców zostawia spustoszenie w psychice człowieka, aby się dowiedzieć o rozmiarach tego problemu, wystarczy wpisać ten termin w wyszukiwarkę. Jeśli jeszcze na relacje z toksycznymi rodzicami nałożą się niepowodzenia w pracy, sytuacja jest bardzo trudna do przejścia. Bezowocność poszukiwania nowej pracy wyzwala w domu demony przeszłości i powraca tyrania ze strony rodziców w stosunku do dorosłego dziecka, które mając 30-40 lat czuje się znowu tak samo, jak w podstawówce. Nawet jeśli bezrobotny jest aktywny w domu, ma samochód, dokłada się do wydatków domowych ze swoich oszczędności, nadal traktowany jest jako nieudacznik. Napięcia w rodzinnym domu oraz brak wsparcia w trudnych sytuacjach są tematami tabu, jak większość problemów w naszym społeczeństwie.

Przypadek wyżej wspomnianej Vicky Harrison został publicznie nagłośniony w Wielkiej Brytanii i nie schodził z prasy przed oraz po wyborach parlamentarnych w tamtym kraju. W Polsce rocznie notuje się 4000-5000 samobójstw, często związanych z utratą pracy i brakiem wsparcia rodziny i jak dotąd żaden z polityków czy dziennikarzy nie podniósł tego problemu do poziomu publicznej debaty.

Ktoś może powiedzieć, ze ma dobra prace, zarobki powyżej średniej, zbudował dom i wyżej wymieniony problem go nie dotyczy. Jednak w wieku 35-50 lat może uderzyć głową w szklany sufit w korporacji i zostać zastąpiony młodszym i tańszym pracownikiem. Utrata pracy w Polsce może oznaczać radykalne wypadniecie z rynku. Aby usunąć dobrego pracownika z firmy, trzeba znaleźć na niego haka i wtedy firma sięga po rozpowszechniony sposób, czyli mobbing, określany popularnie w krajach byłego Commonwealth jako bullying. Jest to o tyle skomplikowana sytuacja, ze mobbing jest bardzo trudny do udowodnienia. Do początku lat 70 pracodawca praktycznie mógł nawet uderzyć pracownika. Jednak, odkąd w krajach zachodnich zaczęły pojawiać się ustawy przeciwdziałające przemocy fizycznej w pracy, sprawcy mobbingu zaczęli stosować coraz bardziej wyrafinowane metody psychologiczne aby pozbyć się niechcianego pracownika.

W Internecie można znaleźć wiele informacji dotyczących mobbingu, gdzie perfekcyjnie są opisane metody tyranii stosowane przez szefa, ale już naiwnie brzmią porady, jak rozwiązać problem w pracy. Zaleca się m.in. rozmowę z pracownikami dzialu HR, kolegami i związkiem zawodowym. Jest to oczywiście bzdura, ponieważ działy kadr na ogół siedzą w kieszeni szefa-tyrana, wiec jakakolwiek próba rozmowy z panią z HR tylko pogorszyłaby sytuację. Napisanie formalnej skargi na szefa jest skuteczne o tyle, o ile koledzy poszkodowanego zechcą wystąpić jako świadkowie podczas rozstrzygania sporu. Dla związków zawodowych mobbing nie jest powodem do pozwania szefa, którego można oskarżyć jedynie z konkretnych powodów typu dyskryminacja, molestowanie czy niepłacenie wynagrodzenia. Związek może odstąpić od obrony pokrzywdzonego, jeśli uzna jego sprawę za zbyt błahą. Nawet jeśli poszkodowany wygra w sadzie pracy, to często wzbudza lęk wśród potencjalnych pracodawców i pomimo wielkiego doświadczenia, jego CV często ląduje w koszu. Po utracie pracy ciężko mu znaleźć ludzi w podobnej sytuacji, którzy stanowiliby grupę wsparcia.

W kolorowych czasopismach albo w Internecie pojawiają się porady oraz przypadki bezrobotnych osób, które znalazły sposób na radzenie sobie w czasie recesji. Jednak są to przykłady nieprzystające do brutalnej rzeczywistości, z która musi się zmagać osoba pozbawiona pensji. Takie porady, aby zająć się malarstwem albo fotografią, otworzyć cukiernię czy wyjechać na drugi koniec świata są dobre dla wypalonych zawodowo byłych wiceprezesów wielkich korporacji, ale nie dla zwykłych zjadaczy chleba. Założenie własnego biznesu może tylko pogorszyć sytuacje zdesperowanego bezrobotnego z różnych przyczyn, wliczając w to kontrole fiskusa czy oskarżenia o zawłaszczenie praw autorskich, o czym już wcześniej kilkakrotnie napisał autor niniejszego bloga.
Na nieudaczników, którzy nie umieli utrzymać się w pracy w zachodnim świecie, czekają z otwartymi ramionami organizacje charytatywne, bazujące na desperacji ludzi, którzy pragną załatać dziurę w CV jakakolwiek aktywnością. Bezużytecznym wykwalifikowanym desperatom z Pierwszego Świata te organizacje proponują wyrwanie się z beznadziejnej europejskiej czy amerykańskiej rzeczywistości, oferując prace w odległych miejscach w Afryce, Ameryce Południowej czy Azji, gdzie nikt nie garnie się do nauczania biednych dzieci czy do pomocy farmerom. Oczywiście ta praca jest bez wynagrodzenia, albo jeszcze desperat musi zapłacić określoną sumę pieniędzy za uczestnictwo w programie organizacji charytatywnej i najczęściej ta suma jest nie niższa niż 1000 Euro. Są również organizacje płacące pieniądze zgłaszającym się do nich chętnym, jednak są oni wysyłani w najbardziej konfliktowe miejsca na świecie, gdzie raz złapany przez talibów człowiek ma bardzo niewielkie szanse powrotu do domu.

Niemniej jednak, wzrastająca liczba wolontariuszy oraz pracowników humanitarnych, pochodzących z bogatego Zachodu nie zawsze wynika ze współczucia i chęci niesienia pomocy pokrzywdzonym ludziom pod inna szerokością geograficzna. Jest to często desperacka ucieczka od społeczeństwa w Pierwszym Świecie, w którym niepowodzenia typu utrata pracy, domu czy problemy osobiste, są traktowane jako przejaw niezaradności życiowej. Niestety, uciekając do Trzeciego Świata raczej niewielkie są szanse na to, aby budować tam od zera swoje życie w stylu holenderskich Burów czy australijskich osadników i być samowystarczalnym. Tort jest w globalnym świecie podzielony miedzy megakorporacje, które dyktują tubylcom swoje warunki pracy i konkurencji na rynku, grożąc śmiercią głodową tym, którzy nie chcą się im podporządkować, nieważne, czy mieszkają w bogatych zachodnich metropoliach czy w najdzikszych zakątkach dżungli.

Share This Post