Bieda z nędzą, czyli popyt wewnętrzny

Henry Ford zauważył kiedyś, że trzeba płacić robotnikowi godnie, ponieważ wyższa siła nabywcza społeczeństwa napędza biznes. Stąd dziś dość powszechnie uważa się, że popyt wewnętrzny stanowi o rozwoju gospodarczym kraju.

Ciekawe wnioski płyną z rozmów z Polakami i z czytelnictwa prasy wydawanej w Polsce. Wydaje się, że młodzież jest bardzo realistycznie nastawiona do rzeczywistości. Większość osób z jakimi rozmawiałem oblicza swoje oczekiwania płacowe (x) w następujący sposób:

x = (koszt wynajęcia pokoju) + (koszt wyżywienia) + (koszt biletu miesięcznego)

w przypadku młodego małżeństwa jest to zupełnie inne wyliczenie:

x’ = (koszt wynajęcia kawalerki) + (koszt wyżywienia 2 osób) + (koszt 2 biletów miesięcznych)

Mało kto zakłada takie ekstrawagancje jak posiadanie dziecka, fundusz wakacyjny, samochód czy oszczędzanie na emeryturę. Przypuszczam, że jakiekolwiek urodzenia należy tłumaczyć wyłącznie nieskuteczną antykoncepcją lub jej brakiem (rodziny patologiczne, rodziny talibo-katolickie).

Jest to ciekawe, biorąc pod uwagę wysoki poziom popytu wewnętrznego, który rzekomo zauważa GUS. Sądzę, że wytłumaczeniem dużej ilości nowych mieszkań i nowych samochodów są ludzie pracujący za granicą, szara/czarna strefa oraz ludzie wkręceni w którąś z legalnych mafii (np. notariusze, adwokaci, dzieci ordynatorów po specjalizacjach ograniczonych ilościowo, rodziny urzędników biorących łapówki itp).

O realiach panujących na rynku pracy niech świadczą artykuły tego typu. Dzięki recesji, atmosferze krwiożerczego 19wiecznego kapitalizmu oraz zbójeckim składkom ZUS na emerytowanych oficerów UB zabijających niegdyś AKowców, zatrudnienia na etat między Odrą a Bugiem nie prowadzi się. Środkowy palec w górę droga młodzieży.

Z rozmów z Polakami oceniam przeciętne wynagrodzenie netto w granicach 1500 – 2500 zł, w zależności od wielkości obozu pracy niewolniczej miasta. To są stawki głodowe. Oto przykład takiej oferty pracy – wyższe wykształcenie, język, doświadczenie no i stawka 1000 zł netto. Prawdopodobnie gdyby chcieć utrzymać niewolnika, koszt zakwaterowania i wyżywienia zupą z brukwi byłby wyższy. To są powody, dla których niewolnictwo zostało zakazane – było niewygodne (mała możliwość doboru kard) i drogie.

W USA płaca minimalna wynosi $7,25/h czyli około 4000 zł netto miesięcznie. Biorąc pod uwagę podobny koszt utrzymania (zakładając przeniesienie skromnego życia w Polsce na warunki amerykańskie) jest to minimalne wynagrodzenie pozwalające na godne życie. Pracownicy w Polsce powinni zarabiać 4000 lub więcej, żeby stopa życia zbliżała się do poziomu świata rozwiniętego. Co ciekawe, przy takich samych cenach w McDonaldzie kelnerka tam zarabia $7,25 a w Polsce 1 miskę ryżu i 1 kopa w dupę/h – i jakoś McDolandy dają radę przetrwać i oferować doskonałej jakości potrawy za zbliżoną, przystępną cenę.

Jako, że zwykle zadaję się z liberałami (czasem z libertynkami), zarzut jaki zwykle słyszę brzmi – ‘niech się spakują i wyjadą jak ty’. Niestety, to nie takie proste. Doskonale obrazuje to przykład pewnej znajomej projektantki mody, bezrobotnej od roku. Jak to ona określiła, woli umrzeć niż wyjechać. Strach przed głęboką wodą Irlandii jest tak duży, że całkowicie odbiera możliwość wyjazdu. Lepiej zdechnąć z głodu w ojczyźnie lub samemu odebrać sobie życie niż wsiąść do samolotu.

Nie bez znaczenia jest również fakt, że złoty okres emigracji (2004-2007) jest już odległą przeszłością. Gospodarki, które gwałtownie potrzebowały emigrantów jako pracowników nie mają pomysłu co zrobić z własnymi bezrobotnymi obywatelami.

Czasem zgubne bywają nadmierne roszczenia względem życia. Są ludzie, którzy nie chcą na obczyźnie kariery sprzątaczki ani hydraulika lecz roją o rozwijaniu się we własnym kraju. Na obudzenie repatriantów czekają już realia opisane w linkowanym artykule oraz urzędy skarbowe gotowe do naliczania podatku za pracę za granicą. Ale to łojeniu frajera przez fiskusa w kolejnym odcinku.

Share This Post